Bogini Flora

utworzone przez | Lis 21, 2016 | Historia, Rozmowa, Rozmowy przy Oknie | 0 komentarzy

Barbara Siedlicka zajmuje się zielenią uniwersytecką od ponad 40-stu lat. Cieszy się uznaniem i szacunkiem współpracowników. W pomieszczeniach swojego zaplecza gospodarczego posiada zbiór fotografii z różnych epok funkcjonowania uczelni. Chętnie opowiada o miejscu, w którym pracuje, łącząc zamiłowanie do historii z pracą ogrodnika.

Maria Kamińska: Rok 2016 jest rokiem Wielkiego Jubileuszu Uniwersytetu Warszawskiego. Celebruje Pani ten jubileusz?

Barbara Siedlicka: Obchody 200. lecia zaczęły się już dawno. Szkoła Lekarska i Wydział Prawa powstały wcześniej niż 200 lat temu. Celebrowanie jubileuszu, wpływa na budowanie wspólnoty uniwersyteckiej i zwiększa krąg odbiorców, na który oddziałuje uniwersytet. Już w 2011 Muzeum Uniwersytetu Warszawskiego, w osobach dyrektora Jerzego Miziołka i wicedyrektora Huberta Kowalskiego, przygotowało wspaniałą wystawę dotyczącą powstania pierwszego Ogrodu Botanicznego w Warszawie. Historia warszawskich ogrodów botanicznych zaczyna się przecież pod skarpą uniwersytecką, gdzie był pierwszy ogród prowadzony przez Jakuba Fryderyka Hoffmana i Karola Lindnera. Ogród Botaniczny w al. Ujazdowskich utworzono w 1818, za czasów Michała Szuberta, kiedy niemożliwe stało się utrzymanie go na terenie skarpy. Zachowały się jednak plany oraz spisy roślin, zawierające blisko 300 gatunków. Kiedy zaczęłam czytać te dokumenty pomyślałam, że muszę nawiązać w naszym ogrodzie uniwersyteckim do kwiatów, które wówczas były sadzone. Miłym zaskoczeniem było dla mnie, że nie znając tych spisów roślin, posadziliśmy te same gatunki, bezwiednie nawiązując do tradycji sprzed dwustu lat… To było odkrycie poczucia więzi z pozostawioną tu myślą ogrodniczą, przypisaną do miejsca. W owym spisie były moje ulubione datury.

Opiekuje się Pani zielenią na terenie zabytkowym przy Krakowskim Przedmieściu i w ogrodach Biblioteki Uniwersyteckiej na ul. Dobrej, ale to nie wszystko, prawda?

Staram się służyć radą i pomocą wszystkim, którzy posiadają tzw. tereny zieleni wokół budynków. Nasza uniwersytecka zieleń jest więcej lub mniej dopieszczana. Wszystko zależy od finansów. Pieniądze na zieleń są niestety na ostatnim miejscu. Wiele też zależy od gospodarza. W dużej mierze czynności pielęgnacyjne są wykonywane przez pracowników wydziałów, trudniejsze zadania np. konserwacje drzew wykonują firmy zewnętrzne. Większość ludzi pracujących na UW kocha swoje ogrody i chętnie pracuje. Tak się dzieje przy Wydziale Chemii, Psychologii, Matematyki, tak się dzieje przy akademiku na ul. Radomskiej. Tam zieleń jest dopieszczana regularnie. To samo się dzieje przy akademikach na ul. Żwirki i Wigury, Smyczkowej. Czasy, w jakich żyjemy, uczą ludzi wrażliwości na rośliny, kwiaty i patrzenia na to, w jakim otoczeniu żyjemy. Widać to na każdym kroku – choćby każda restauracja stara się teraz o dekoracje kwiatowe, bo wtedy tworzy się inna atmosfera, przyjemniejszy klimat do rozmów.

Czuje się Pani strażnikiem tradycji uniwersyteckiej?

Pamięć o zmarłych czcimy pod tablicami i na cmentarzach. Wiązanki przygotowują ogrodnicy. Mamy kalendarz rocznic. Pamiętamy. My, jako uniwersytet, szczególnie dbamy o tablicę poświęconą Zgrupowaniu Krybar i Batalionowi Harnaś, walczącym o budynki uniwersytetu na Krakowskim Przedmieściu. Marzę, żeby wróciła piękna tradycja, kiedy to 1 października orszak wychodzący z Pałacu Kazimierzowskiego, na czele z rektorem, prorektorami, dziekanami, najpierw obchodził główne miejsca pamięci na uniwersytecie. Mam na myśli tablicę na budynku Wydziału Historycznego z nazwiskami zamordowanych pracowników naukowych UW, czy kamień poświęcony pamięci studentów, pod którymi orszak złożony z kilkudziesięciu osób składał kwiaty i kłaniał się, oddając należny hołd. Byłoby to podtrzymanie i ciągłość tradycji, która kilka lat temu została zaniechana. To ważne, jako element tożsamości środowiska akademickiego.

Jak zaczęła się Pani przygoda z ogrodnictwem?

Moi przodkowie ze strony ojca są z Ochoty, mama z poznańskiego, dziadowie studiowali rolnictwo, ojciec ogrodnictwo. Od pokoleń rodzina była związana z posiadaniem ziemi. Kiedy się urodziłam mój ojciec powiedział, że będę ogrodniczką. Bardzo długo jednak dojrzewałam do ogrodnictwa. Chciałam studiować historię. To było marzenie życia. Moja bardzo mądra historyczka powiedziała mi wtedy, że i tak nie będę się uczyła prawdziwej historii. Wybrałam więc ogrodnictwo. Dużo działałam społecznie, organizowałam wyjazdy turystyczne, wydarzenia kulturalne, bardzo mi się to podobało. Miałam dwa odkrycia własnej tożsamości – ogrodnictwo na uniwersytecie i zamiłowanie do historii, które pozostało we wnętrzu. Obydwie moje pasje realizuję w pracy na uniwersytecie oraz zajmując się społecznie Cmentarzem Powstańców Warszawy, czy działając w związku branżowym przy NOT czyli w SITO. Ale tu, jako ogrodnik uniwersytecki poczułam i dumę, i radość, z tego, że jestem kim jestem. Zdążyłam też podziękować ojcu za wybór zawodu… Cały czas wierzył, że będę się zajmować zawodowo ogrodnictwem.

Wspomniała Pani wcześniej o tym, że kobietom ogrodniczkom było trudniej? Jakie były początki Pani pracy na uniwersytecie?

Kiedy szukałam pracy po studiach, zawsze znajdowałam propozycje wyłącznie dla mężczyzn. Pracę na UW znalazłam sama i bardzo się z tego cieszę. Podczas pierwszego spotkania, moja późniejsza zwierzchniczka powiedziała mi: „Szukamy mężczyzny i technika, pani jest kobietą i po studiach. No nie wiem, czy dyrektor się zgodzi.” Umówiłyśmy się kilka dni później. Wtedy usłyszałam: „Dyrektor się zgodził”. Ale mnie to już nie do końca interesowało i początkowo nie przyjęłam tej oferty, argumentując odmowę małą ilością pracy. Wtedy poinformowano mnie, że uniwersytet ma zaadoptować do własnych celów zabytkowy pałac z parkiem w Błędowie za Grójcem, którym miałam się zająć. Planowano zaadoptować Błędów na dom pracy twórczej dla pracowników UW. Ówczesny rektor Rybicki oddał niestety ten majątek pod opiekę konserwatora zabytków w Radomiu. Byłam tam, 1-go lipca tego roku, po prawie 40-stu latach. Obiekt kupił pan Marek Kapuściński, do niedawna dyrektor generalny i prezes Procte & Gamble w Europie Środkowej, który na pewno przywróci mu właściwą świetność i blask. Słuchając jego przemówienia, wzruszyłam się do łez. Na pewno uczyni z tego miejsca perełkę.

Czyli historię związaną z Błędowem można zakwalifikować do Pani niezrealizowanych projektów? Są inne niezrealizowane w Pani karierze?

Myślę, że tak – Błędów jest takim ważnym obiektem w moim życiu zawodowym, wpłynął na wybór miejsca pracy, chociaż nie dane mi było zająć się tamtejszym parkiem. Jedna rzecz, która mi się w życiu nie udała, i nie sądzę, żeby udała się jakiemukolwiek ogrodnikowi, to wytłumaczenie pracownikom budowlanym, że nie wolno zakopywać resztek cegieł i betonu w miejscach przeznaczonych na trawnik, że nie należy wszystkich urządzeń (zawory, studzienki itp.) umieszczać w rabatach, trawnikach. Takie rzeczy zdarzają się nagminnie.

Które z drzew na terenie centralnym UW są najstarsze? Jakie czasy pamiętają?

Jeszcze parę lat temu powiedziałabym, że najstarsze drzewa i pomniki przyrody to klon i kasztanowiec. One już niestety skończyły swój żywot. Teraz najstarsze drzewa na uniwersytecie to wysokie wiązy – rosną przy Wydziale Prawa i z prawej strony, przed starą biblioteką. Myślę, że są w wieku uniwersytetu lub nawet trochę starsze. Bardzo źle reagują teraz na suszę, co mnie ogromnie martwi. Reszta drzew umarła w czasie wojny. Ostrzał zza Wisły okaleczył nie tylko budynki, uszkodził również drzewa. Wojnę przeżył kasztanowiec – pomnik przyrody, który był za Pałacem Kazimierzowskim. Niestety był zupełnie pusty w środku i 2 lata temu przewrócił się. Dziś zostały jego resztki, są obrośnięte bluszczem. Znakomita większość, to są nasadzenia lat powojennych. Szperając w papierach znalazłam projekt, który miał być zrealizowany w Parku Kazimierzowskim, czyli na terenie przed pałacem i u podnóża – w dół skarpy. Niestety nie został on zrealizowany, myślę , że ze względów finansowych. Był to projekt pary znakomitych architektów – Romualda Gutta i Aliny Scholtz – Richert. Tę parę projektantów „spotkałam” kilkanaście lat temu zajmując się Cmentarzem Powstańców Warszawy. Zamiast realizacji projektu posadzono na uczelni drzewa szybko rosnące czyli głównie topole. Teraz wszyscy narzekają na nie, ale wtedy były one ratunkiem dla miasta „bez drzew…” Kiedy przyszłam tu do pracy, starałam się trochę uatrakcyjnić ten teren. W tamtym ustroju wszystko się zdobywało, ciekawe odmiany drzew i ciekawe gatunki roślin też się zdobywało. Więc część jest z tych zdobyczy. Część to były dary, np. metasekwoja, którą sadziłam w 80-tych latach, wyższa od Wydziału Prawa, jest darem kogoś z Wydziału Chemii. Część magnolii jest darem od zaprzyjaźnionych ogrodników, choćby magnolia na Krakowskim Przedmieściu 32 była darem starych ogrodników Ochoty. Mamy na terenach uniwersyteckich mieszaninę darów i celowego nasadzenia.

Na jakie oryginalne gatunki roślin na terenie zabytkowym warto zwrócić uwagę? 

Moją zdobyczą sprzed 10-ciu lat jest pięknotka. To jest krzew ozdobny, który rośnie obok Szkoły Głównej, po lewej stronie. Po prawej rośnie judaszowiec. Takie ciągoty dydaktyczne odzywają się we mnie, żeby to ludziom pokazać i zainspirować być może modę ogrodniczą, którą część ludzi się zarazi. W wielu wypadkach są to prezenty od moich kolegów ogrodników. Ciekawym krzewem jest kłokoczka – z jej owoców robiło się różańce, korale. Odganiała złe moce. Boleję nad tym, że budynki nie są obrośnięte pnączami, jak przed wojną. Nadawało to im urok, tworzyło klimat.

Czy na dzisiejszym terenie zabytkowym są relikty ogrodów przy Villa Regia z XVII w. opisanych przez Adama Jarzębskiego w „Gościńcu” ?

Właściwie nikt nie zwraca uwagi na fakt, że kiedyś był tu owalny dziedziniec, na którym w XIX w. powstał gmach biblioteki. Czasy Villa Regia, kiedy rezydencję Wazów otaczała roślinność i zwierzyniec poniżej zbocza, są na tyle odległe, że trudno dziś mówić o reliktach z tamtej epoki, czy nawet epok późniejszych – z czasów Szkoły Rycerskiej, Liceum Warszawskiego. Widoki dziedzińca przed Pałacem Kazimierzowskim i zieleni wokół oficyn zachowały się na obrazach Marcina Zalewskiego, Jana F. Piwarskiego czy Ludwika Horwarta. Kiedy pytam różnych ludzi, z czym im się kojarzy zielony uniwersytet, większość ma skojarzenia kwitnących magnolii. To nasza współczesność. Jak przyszłam do pracy na UW – już rosły, były to magnolie Kobus. Teraz rosną w ich miejscu magnolie gwiaździste. Nie zasłaniają budynku biblioteki. Jednak patrząc od strony Krakowskiego Przedmieścia w kierunku starego BUW-u niektórzy mają skojarzenia z komisem samochodowym. W takiej scenerii nie można mówić o reliktach dawnego założenia między dziedzińcem a ogrodem.

Brakuje Pani kontynuacji ogrodu górnego u podnóża skarpy?

Bardzo brakuje, to był właściwy Park Kazimierzowski ogród na górze i na dole… Po 1968 ogrodzono uniwersytet od strony skarpy. Pamiętam jeszcze furtkę i Ogród Farmakognostyczny, który należał do Wydziału Lekarskiego, rozwiązany w latach 70- tych. W czasach studenckich odwiedzałam ten teren, nie wiedząc, że będę tu pracować. A w połowie lat 70 – tych XX w. miasto odebrało uczelni teren pod skarpą.

Co uważa Pani za swoje największe osiągnięcie?

Największą dla mnie satysfakcją zawodową jest ogród w Bibliotece Uniwersyteckiej. Byłam od początku jego zakładania. To jest wizytówka Warszawy, ale i olbrzymia satysfakcja. Pani Irena Bajerska, projektantka tego ogrodu, jest nadzwyczajną osobą. W praktyce sprawdziło się to, co zaprojektowała z olbrzymią wyobraźnią. Pani Irena pracowała w zespole architektów Badowski- Budzyński, od początku jako osoba odpowiedzialna za projekt ogrodów. Ogród jest częścią całego budynku. Przykład miejskiej architektury, która stara się być integralną częścią natury.

Czy trudno jest utrzymać ogrody na dachu biblioteki? 

Fantastycznie to wszystko wygląda, bardzo trudno jednak utrzymać rośliny w doskonałej kondycji. Sezonowość naszej pracy jest wszechobowiązująca. Biblioteka korzysta z usług firm zewnętrznych. Firmę wyłania się w ramach przetargu i to jest przekleństwo dla właścicieli ogrodów, dla roślin, ponieważ co jakiś czas – co trzy lata lub co 1, 5 roku zmienia się firma ogrodnicza. Następuje zaburzenie ciągłości w opiece nad długoletnimi roślinami. Przetargi, tymczasowość, to jest tragedia też miasta, tragedia państwa. Nie ma planowania perspektywicznego, jedynie od do, na czas kadencji lub obowiązywania umowy. Bardziej liczy się krótkotrwały interes niż idea i dobro nadrzędne. Można powiedzieć, że jak w soczewce skupiają się tutaj te same problemy, które ma całe społeczeństwo.

Czy ogrody na dachu Wydziału Lingwistyki Stosowanej i Wydziału Neofilologii, na ul. Dobrej 55 są dostępne dla wszystkich?

Są dostępne w godzinach otwarcia budynku. Aktualnie zagospodarowana jest jedna trzecia planowanego nasadzenia. W tym roku, pod koniec lata, uniwersytet planuje budowę dalszego ciągu tego założenia. To będzie duży ogród – cały dach od Browarnej do Dobrej, przez całą długość i szerokość działki. To jest inny projekt od tego w Bibliotece Uniwersyteckiej. Bardzo ciekawy lecz bardzo trudny do uzyskania ogrodniczo. Składa się z ogrodów tematycznych, które powstaną w patiach. Będą patia słowiańskie, germańskie, francuskie… Projektantką tego ogrodu jest pani Urszula Maciejewska-Stefańska, która przez wiele lat pracowała w Łazienkach Królewskich.

Jakie spektakularne koncepcje Pani zrealizowała? 

Trawniki, rabaty i żywopłot z bukszpanu przed dawaną biblioteką. Wzór posadzenia żywopłotu jest oparty na wzorach XIX-wiecznych rabat, które były w Warszawie. W miejscach centralnych na terenie zabytkowym wymieniamy nasadzenia na rabatach trzy razy do roku, wg zwyczajów utrzymania ogrodów przypałacowych. Zmieniamy gatunki roślin w zależności od pory roku – od bratków do chryzantem. W tym roku staramy się utrzymać większość nasadzeń w kolorach uniwersyteckich białym i niebieskim. Jubileusz pomógł odnieść wielkie zwycięstwo – prawdziwe wazy kwiatowe, które stoją przed Pałacem Kazimierzowskim, starym BUW-em i Audytorium Maximum. Są wykonane na wzór wazy, przylegającej do północnej fasady biblioteki. Łącznie 12 waz, niezwykle efektownych, nawiązujących do elementu istniejącej architektury, znakomicie wykonanych.

Jakie są Pani najpiękniejsze wspomnienia związane z uniwersytetem? 

Dla mnie wspomnienia, poza budynkami, związane są z ludźmi. Poznałam tu niezwykłe osoby i miałam szczęście pracować w większości z odpowiedzialnymi i dobrymi ludźmi – byli też tacy, którzy podzielali pasje ogrodnicze i zafascynowanie miejscem, którzy żyli uniwersytetem. Kiedy zaczęłam swoją przygodę na uniwersytecie, większość ludzi tu pracujących doceniało to miejsce. Byli to ludzie zaprzyjaźnieni ze sobą i nawzajem się wspierający. W tej chwili, w czasach brutalnego kapitalizmu, to niestety zanika. Ludzie traktują uniwersytet jak fabrykę, miejsce pracy – przychodzą na 8-mą, wychodzą o 16-stej. A wtedy była spora grupa ludzi związanych z tym miejscem, traktująca to miejsce i relacje międzyludzkie zupełnie inaczej. Wzorem dla mnie była moja pierwsza zwierzchniczka pani Daniela Chlebowska, niezwykle wymagająca od siebie i od innych, doceniająca i sprawiedliwa. Z latami zdawałam sobie sprawę, w jakim pięknym jestem miejscu, że wszędzie jest historia. Bardzo mnie denerwuje jak ktoś niszczy, zmienia, nie szanuje ciągłości, tradycji. Nie tylko uniwersytet, ale to miasto, które tyle przeżyło, wymaga niezwykłego szacunku, choćby ze względu na trud odbudowy po wojnie, po Powstaniu Warszawskim. Myślę, że uświadamianie sobie tego, w jakim miejscu jesteśmy, żyjemy, ile pokoleń na to patrzyło, współtworzyło – ubogaca, obdarowuje dziedzictwem i dumą, zobowiązuje. Odkąd zaczęło działać Muzeum UW przychodzi do nas coraz więcej wycieczek. Nie tylko szkolnych, odwiedzają nas turyści zagraniczni. Od strony skarpy teren został zdewastowany, ale trzon środkowy założenia przetrwał. Patrzę na turystów, którzy korzystając z wiedzy o Chopinie, zwiedzają teren uniwersytetu. Widzę ich zachwyt. Nie dziwię się, bo miejsce było i jest cudowne. I to nasze sąsiedztwo – Kościół Wizytek z ogrodem, w którym bywam. Czas jubileuszu to piękne miesiące i lata w życiu uniwersytetu. Ilość osób zaangażowanych w obchodzenie tego święta, których przy tej okazji poznaję jest imponująca. Odżywa atmosfera, której doświadczyłam na początku swojej pracy, kiedy ważne było, żeby realizować wspólne inicjatywy edukacyjne, kulturalne, towarzyskie. Wehikuł czasu – całodzienną imprezę na terenie centralnym – zorganizowały osoby z Uniwersytetu Otwartego. Wielką przyjemnością było obserwowanie efektów ale i współpraca z tymi młodymi, zaangażowanymi ludźmi. Drugi oddany zespół pracowników i pasjonatów związany jest z Muzeum UW, które mieści się w pałacu Tyszkiewiczów – Potockich. Wielką przyjemnością jest obserwowanie efektów ale i współpraca z tymi młodymi, zaangażowanymi ludźmi. Jestem dumna z miejsca, w którym pracuję, z zawodu, który wykonuję, z miasta, w którym żyję.

Dziękuję za rozmowę.

Rozmawiała Maria Kamińska,
Członek Komisji Historycznej Towarzystwa Przyjaciół Warszawy i Klubu Organizatorów Ruchu Turystycznego TPW (Oddział KORT TPW)
zdjęcia: Maria Kamińska, Franciszek Trynka, Barbara Siedlicka