Singer po raz czternasty

Singer po raz czternasty

Wielkimi krokami zbliża się czternasta edycja festiwalu Warszawa Singera — imprezy, która wielu miłośnikom teatru, muzyki i słowa pisanego nierozerwalnie kojarzy się z kulturą żydowską.

Festiwal Singera to już stały punkt na kulturalnej mapie Warszawy, który, opatrzony logiem łączącym warszawską Syrenkę z wizerunkiem Skrzypka na dachu, od lat przyciąga dużą publikę. Tegoroczna edycja przyniesie kilka zmian i niespodzianek, o czym na specjalnej konferencji prasowej opowiadali organizatorzy Festiwalu, z Gołdą Tencer na czele.

Spotkanie zaczęło się od minorowego akcentu — dyrektor Tencer zauważyła, że w porównaniu do poprzednich edycji jedyną niekorzystną zmianą jest brak stałej sceny Teatru Żydowskiego. „To była dusza festiwalu” — podkreśliła. — „Powtarzam jeszcze raz, zostaliśmy sprzedani przez Towarzystwo Społeczno-Kulturalne Żydów w Polsce i możemy grać tylko dzięki uprzejmości wielu innych teatrów”.

Pozostałe informacje na konferencji były jednak znacznie bardziej pozytywne. Organizatorzy zadbali o zaprezentowanie najciekawszych punktów programu ze wszystkich jego kategorii, a więc  między innymi teatralnej, muzycznej i literackiej. Przedstawiono ponadto miejsca, w których odbywać się będzie tegoroczny Festiwal — do scen znanych już wcześniej bywalcom tej imprezy, takich jak Teatr Kwadrat czy Plac Grzybowski dołączył Klub Garnizonowy Garnizonu Warszawa oraz Park Saski, gdzie zorganizowano tymczasowy ogródek Teatru Żydowskiego.

A zatem na jakie wydarzenia warto udać się w ramach Warszawy Singera? Teatromanów bez wątpienia zainteresuje spektakl „Ginczanka” w reżyserii Krzysztofa Popiołka — będzie to historia polskiej poetki o żydowskich korzeniach, Zuzanny Ginczanki, stworzona w oparciu o jej poezję. Sam reżyser zapewnia jednak, że adaptacja będzie dziełem wyjątkowym, nieprzystającym do klasycznej formy spektaklu dokumentalistycznego. „Postawiliśmy sobie za cel być uczciwymi wobec Ginczanki, która nie jest podmiotem lirycznym, a żywym człowiekiem” — zauważył Popiołek. —  „Mechanika spektaku jest porwanym albumem fotograficznym, w których nie próbujemy uzupełniać białych plam w życiorysie poetki”.

Od strony muzycznej bez wątpienia wartym uwagi będzie koncert zespołu Naxos, odbywającego się w ramach 4. edycji Singer Jazz Festival. Zespół, założony z inicjatywy Milo Kurtisa i Konstantego Joriadisa zaprezentuje materiał z wydanego w 2014 roku albumu „Podróż Dookoła Mózgu”. Sam Kurtis podkreślał, że muzyka zespołu wymyka się ścisłej klasyfikacji, najbliżej jest jej jednak do world music — i stąd też nawiązanie do podróży dookoła świata w tytule płyty. Równie interesujący dla melomanów powinien być koncert finałowy Festiwalu, podczas którego wystąpi Dawid D’Or — wybitnie utalentowany izraelski wokalista z głosem o niespotykanej rozpiętości czterech oktaw.

Atrakcje związane ze słowem pisanym przewidują między innymi czytanie „Sklepów cynamonowych” nieco zapomnianego już Brunona Schulza w interpretacji Jerzego Radziwiłłowicza oraz spotkanie z Hanną Krall, poświęcone jej własnej książce „Fantom Bólu”.

Tegoroczny Festiwal Warszawa Singera będzie trwał 9 dni. Szczegółowy program dostępny na stronie internetowej http://www.festiwalsingera.pl.

„Przenosimy sztab do Adrii!”

„Przenosimy sztab do Adrii!”

— krzyczał Bolesław Wieniawa-Długoszowski, a właściwie odgrywający jego rolę Mikołaj Cieślak w jednym ze skeczy Kabaretu Moralnego Niepokoju. I choć to tylko humorystyczna scenka, to skutecznie przywołuje postać słynnego generała-szarmanta i koloryt legendarnego wręcz warszawskiego lokalu „Adria”. Dość nieoczekiwanie, „Adria” została wskrzeszona w dokładnie tej samej co dawniej lokalizacji — przy ulicy Moniuszki. 11 kwietnia odbył się tam pierwszy od lat uroczysty bankiet.

„Adrii” żadnemu miłośnikowi Warszawy przedstawiać chyba nie trzeba. Przypomnijmy jednak, że mowa o jednym z najbardziej eleganckich i modnych miejsc przedwojennej stolicy. Otwarta w 1931 roku, stanowiła prawdziwy rozrywkowy kombinat, łącząc cechy restauracji, baru w stylu amerykańskim i dancingu. Inżynierów zachwycała innowacyjnymi rozwiązaniami technicznymi, stałych bywalców kusiła wykwintną atmosferą i luksusem, a wielbicieli kultury — przyciągała koncertami takich znakomitości jak Jerzy Petersburski czy Hanka Ordonówna.

Wokół „Adrii” szybko wytworzył się nimb luksusu i elitarności, a także cały szereg anegdotek, których bohaterem nierzadko stawał się wspomniany już Wieniawa-Długoszowski, jedna z najbarwniejszych postaci polskiego 20-lecia międzywojennego (najsłynniejsza chyba z owych historii głosi, że generał miał onegdaj wjechać do lokalu na koniu). Niestety, na długiej liście ofiar II wojny światowej nie zabrakło „Adrii”; została co prawda reaktywowana w latach 70., jednak wyraźnie brakowało jej dawnego prestiżu. W końcu podupadła zupełnie i została zamknięta na cztery spusty.

Nie jest więc dziwne, że informacja o ożywieniu „Adrii” wywołała w redakcji „Okna na Warszawę” poruszenie. Odtworzenie klimatu takiego miejsca wydawało się zadaniem niezwykle trudnym (jeśli w ogóle możliwym). Warto dodać, że jest to kolejna — po „Małej Ziemiańskiej”, otwartej w 2015 roku przy ulicy Oleandrów — godna uwagi inicjatywa przywracania zapomnianym warszawskim lokalu dawnego blasku. 

Bankiet rozpoczął się około godziny 19:30 i już od samego początku widać było, że organizatorzy dołożyli starań, by nadać mu cechy eleganckiego wieczoru. Pośród gości — ubranych, jak na taką okazję przystało, w stroje wieczorowe — krążyli nie tylko kelnerzy serwujący napoje i przekąski, ale i dźwięki przedwojennej muzyki w wykonaniu kilku zespołów. Stare melodie można było usłyszeć na obu „pokładach” lokalu, a bezbłędny repertuar skutecznie przeniósł całe towarzystwo w przeszłość. Stroną gastronomiczną przedsięwzięcia zajął się popularny restaurator Michel Moran, który, znany jest nie tylko zabawnych potyczek z językiem polskim, ale i znakomitej kuchni. Całość uświetniły występy taneczne w dawnej sali dancingowej.

Jaka będzie nowa „Adria”? Nowi właściciele budynku przy ulicy Moniuszki zdradzają, że chcą przywrócić kamienicy dawny blask. Już wkrótce dowiemy się, co dokładnie powstanie w tym słynnym miejscu.

Wypada cieszyć się z faktu, że legenda „Adrii” nie została zapomniana i że znalazły się osoby skore do jej ożywienia — w tej czy innej formie. Kulturalna mapa stolicy wzbogaciła się zatem o kolejny punkt utrzymany głęboko w stylistyce „retro”, a takiej informacji trudno nie uznać za miłą. „Premierowy” wieczór przy ulicy Moniuszki 8 napawa optymizmem i pozostaje mieć nadzieję, że uda się odbudować legendę „Adrii” jako jednego z najelegantszych i najbardziej wykwintnych miejsc Warszawy.

Wieczór galowy „Cafe Adria”, wtorek, 11 kwietnia 2017 r., ul. Moniuszki 8. Partnerem wydarzenia była marka Saska. Tekst Bartosz Cheda, zdjęcia: Narodowe Archiwum Cyfrowe, materiały organizatora

Kolejowa perła Warszawy

Kolejowa perła Warszawy

Dworzec Centralny to jeden z najbardziej rozpoznawalnych budynków w Warszawie. 5 grudnia 2016 roku kończy dokładnie 41 lat. O przebiegu prac budowlanych, tajemnicach skrytych w korytarzach „Centralnego” i jego przyszłości w dynamicznie rozwijającej się stolicy rozmawiamy z inżynierem Kazimierzem Zawałłą — jednym z głównych wykonawców dworca.

Bartosz Cheda: Jesteśmy w miejscu, gdzie ponad 40 lat temu na Pana oczach tworzyła się historia. Jak wyglądała ceremonia otwarcia Dworca Centralnego?

Kazimierz Zawałło: Samo otwarcie było długo przygotowywane. Budowa dworca trwała 1100 dni, z tym że najbardziej uciążliwym okresem był czas tuż przed jego oddaniem. Prace budowlane takie jak wykopy czy stawianie murów oporowych były proste. Najtrudniejszy był rok 1975, kiedy stanęły już mury i trzeba było dworzec wyposażać. Według ówczesnych założeń, dworzec był bardzo rewolucyjny — inżynierowie przewidzieli najnowsze rozwiązania, które były dostępne na rynku europejskim. Rząd polski również przyłożył do tego rękę, przeznaczając w zasadzie nieograniczone środki finansowe, zarówno w złotówkach jak i dewizach.

Samo oficjalne otwarcie, wyznaczone na dzień 5 grudnia, odbyło się w wielkiej oprawie delegacji partyjno-rządowej. Przybyli najwyżsi przedstawiciele władz partyjnych i rządowych, na czele z Edwardem Gierkiem, Piotrem Jaroszewiczem i Henrykiem Jabłońskim. Wiec główny, z budowniczymi i mieszkańcami Warszawy, odbył się na hali głównej. Przemawiali wykonawcy, zaproszeni goście i oficjele. Było bardzo dużo ludzi — z poziomu antresoli widziałem wtedy prawdziwe „morze głów”. Następnie delegację rządową po terenie dworca oprowadzili wykonawcy i projektanci, to znaczy inżynier Arseniusz Romanowicz, główny projektant dworca i inżynier Zdziarski, który był generalnym wykonawcą. Potem delegację przejąłem ja — byłem odpowiedzialny za realizację części gastronomicznej. Strefa dla konsumentów znajdowała się na antresoli, w części wschodniej — tam, gdzie dzisiaj działa McDonald’s i bar sushi. Oprowadziłem delegację po już działającej części gastronomicznej, zarówno po powierzchni dostępnej dla klientów, jak i po bardzo dużym zapleczu. Na koniec wszyscy wypiliśmy po uroczystej lampce szampana. Następnego dnia, 6 grudnia, dworzec został udostępniony podróżnym.

Na czym dokładnie polegało pana zadanie? Jaka była skala realizacji zaplecza gastronomicznego?

Z całej kubatury Dworca Centralnego, która jest ogromna — dość powiedzieć, że sam dach ma powierzchnię jednego hektara — aż 40% zostało przeznaczone na część gastronomiczną. Co więcej, miała ona zajmować aż trzy poziomy — podziemie, poziom pierwszy i drugi, czyli antresolę. Zakład gastronomiczny obliczony był na obsługę 10% pasażerów przewijających się przez dworzec w ciągu doby, a z kolei ich liczbę przewidziano — jak się potem okazało, słusznie — na 100 tysięcy. Trzeba było więc przyjąć około 10 tysięcy konsumentów na dobę. W związku z tym wydzielono dwa główne obszary — bar szybkiej obsługi na 140 osób oraz restaurację z 260 miejscami. Żeby obsłużyć tak dużą ilość gości, zainstalowano urządzenia gastronomiczne wcześniej w ogóle niestosowane w Polsce, a nawet Europie. Były to olbrzymie magazyny, chłodnie, stanowiska obróbki mięs. Nowością był również elektroniczny transport wewnętrzny. W związku z tym, że magazyny znajdowały się w podziemiach (poziom -1), a kuchnia główna na poziomie +2, droga produktów spożywczych rozciągała się na trzy poziomy i dwie windy. System, który zaadaptowaliśmy i zainstalowaliśmy, był do tamtej pory stosowany praktycznie wyłącznie na dworcach lotniczych i w zakładach przemysłowych. Zamawiający, niezależnie od poziomu, na którym się znajdował, przyciskał odpowiedni przycisk na specjalnej tablicy. Wtedy wózek elektryczny jechał w żądane miejsce, np. do magazynu obróbki warzyw albo chłodni. Pracownicy ładowali i zamykali pojemnik, a następnie odsyłali w miejsce przeznaczenia. Pod względem technicznym było to prawdziwe cacko, natomiast obsługa nie do końca zdawała egzamin. Zdarzało się, że wózek wiózł mięso albo napoje, a że można go było bez problemu zatrzymać w trakcie jazdy, produkty czasem przepadały w dziwnych okolicznościach. Dlatego system został odsprzedany zakładom przemysłowym w Białymstoku.

Warto dodać, że zakład gastronomiczny cieszył się bardzo dobrą opinią nie tylko wśród podróżnych, ale także wśród warszawiaków. W weekendy całe rodziny z dziećmi przychodziły skorzystać z naszej kuchni — pamiętajmy, że w latach 80. zostały wprowadzone kartki, a w dworcowej restauracji wszystko było bez ograniczeń.

Jak wyglądałby dworzec, gdyby nie narzucono „Wyzwania 1100 dni”? Z jakich elementów zrezygnowano ze względu na naglące terminy?

Tak naprawdę z niczego nie zrezygnowano, ale faktycznie największym przeciwnikiem był czas. Na przykład nasze brygady, przeszkolone najpierw we Francji, miały tylko 3 miesiące. Trzeba było naprawdę wiele wysiłku, by zamontować wszystkie urządzenia w planowanym terminie, przez ostatnie dni pracowaliśmy praktycznie na okrągło. Doszło nawet do tego, że „wyeksmitowałem” swoją żonę i dziecko do teściów — mieszkaliśmy blisko placu budowy, na ulicy Grzybowskiej, i dzięki temu mogłem zaoferować miejsca do spania kolegom z brygady. Podobnie inne systemy — sterowania ruchem czy obsługi pasażera — działały bez zarzutu. W zasadzie ilość roboczogodzin przewidzianych w pierwotnym planie (rozłożonym na 10 lat) zgadzała się z tym faktycznie wykonanym. Poza tym dziesięcioletni czas pracy byłby dużo większym utrudnieniem dla centrum Warszawy, w dużej mierze zablokowanego i wyłączonego z ruchu — tak, jak to dzisiaj obserwujemy przy budowie metra na Woli.

Ale czy mimo wszystko nie pomyślał pan w pierwszej chwili, że zadanie zbudowania dworca w tak krótkim czasie jest po prostu niewykonalne?

Nie. Głównie dlatego, że propozycję współpracy przy budowie dworca otrzymałem dopiero w roku 1975, będąc etatowym pracownikiem PKP. Właściwie całe swoje życie zawodowe poświęciłem kolei — najpierw skończyłem technikum kolejowe, potem jako stypendysta rządu polskiego ukończyłem Leningradzki Instytut Inżynierów Transportu Kolejowego, a następnie pracowałem w Centralnym Ośrodku Badań i Rozwoju Techniki Kolejnictwa, gdzie byłem kierownikiem sekcji aparatury pomiarowej. Dzięki temu uznano mnie za „nadającego się” do tej pracy.

Poza tym, co ciekawe odpowiedni był mój wiek — tak jak w serialu, na budowie pracowali „czterdziestolatkowie” (ja wtedy miałem 38), czyli ludzie, którzy mieli z jednej strony bogate doświadczenie, a z drugiej dużo siły do wyczerpującej pracy.

Ilu ludzi pracowało przy budowie dworca?

Ta liczba zmieniała się w czasie. Bywało, że około tysiąca. Po wykonaniu podstawowych prac budowlanych ilość zaangażowanych w projekt osób zmniejszyła się, ponieważ wtedy potrzeba było raczej wyspecjalizowanych fachowców. Jeśli chodzi o moją „działkę”, polska brygada liczyła około 20 osób, do tego pracowało kilkunastu fachowców ze strony francuskiej, niecała dziesiątka z Niemiec i tyleż samo z Anglii.

W końcowym okresie budowy dworca mieliśmy też znaczące wsparcie wojska — nawet kilkuset żołnierzy dziennie, którzy mogli wykonywać proste, pomocnicze prace. Każdy z kierowników budowy, w tym ja, wychodził wtedy przed dworzec i zarządzał na przykład: „Potrzebuję dwudziestu ludzi — wystąp!”.

W ostatnim czasie dworzec przeszedł poważną modernizację — mowa oczywiście o powstaniu antresoli. W jednym z wywiadów przyznał pan, że inżynier Arseniusz Romanowicz pragnął jej powstania, by wypełnić zbyt wielką pustkę w hali głównej. Z drugiej strony kształt i estetyka antresoli budzą wiele kontrowersji. Jakie jest pana zdanie na ten temat?

Przede wszystkim, podczas prac nad dworcem przyzwyczaiłem się do zupełnie innego stylu. Na pozytywną ocenę zasługuje fakt, że taka antresola w ogóle powstała, ponieważ dodała dworcowi użyteczności. Jej styl nie podoba mi się, ale mimo to najważniejsza jest funkcjonalność. Podobnie negatywnie oceniam fakt, że tradycyjna, polska kuchnia zniknęła z dworca, zastąpiona przez sushi i McDonalda.

tyle metrów długości ma każdy peron Dworca Centralnego

Tak jak w serialu, na budowie pracowali „czterdziestolatkowie”, czyli ludzie, którzy mieli z jednej strony bogate doświadczenie, a z drugiej dużo siły do wyczerpującej pracy.

Z dworca zniknęło też wiele innych elementów oryginalnego wyposażenia — na przykład fontanna, uwieczniona w słynnej scenie w „Brunecie wieczorową porą”. Który z nich najchętniej przywróciłby pan na dzisiejszy Centralny?

Co do fontanny — nie była ona integralną częścią dworca, to już był teren miasta. Ale faktycznie, była to duża atrakcja w pierwszym okresie funkcjonowania, potem pogorszył się stan jej utrzymania. Podobnie zresztą było z całym dworcem, który w pewnym momencie stał się brudnym i zapuszczonym siedliskiem bezdomnych i chyba za tą czystością tęskniłem najbardziej. Całe szczęście, że te czasy minęły, a dworzec przeszedł dwie modernizacje. Warto jeszcze zwrócić uwagę, że galerie na dworcu, początkowo objęte zakazem handlu, zostały w pewnym momencie zalane dziką komercjalizacją spod znaku „mydło i powidło”. Cieszę się, że porządek wrócił na galerie — nowe pawilony handlowe są czyste, przeszklone i widne.

W wielu wywiadach opowiadał pan o hostessach, które pomagały pasażerom. Czy naprawdę ludzie gubili się na dworcu?

Sto tysięcy podróżnych na dobę to naprawdę tłum. Istotnie można było się zagubić. Pamiętajmy też, że spora część pasażerów pochodziła z Polski prowincjonalnej, gdzie dworce były dużo mniejsze. Hostessy naprawdę spełniały tu swoją rolę, były potrzebne — czasem nawet prowadziły starsze osoby za rękę. Poza tym, dworzec był bardzo nowoczesny i takie wyposażenie jak ruchome schody czy automatyczne drzwi potrafiły wprawiać niektórych pasażerów z zakłopotanie. Do tego dochodził fakt, że na poziomie galerii brak wyraźnego punktu orientacyjnego. Ja oczywiście mogę wszędzie chodzić z zawiązanymi oczyma, ale gubiła się tu nawet moja żona, która nie raz odwiedzała dworzec w trakcie budowy.

Dworzec Centralny ma już 40 lat. Ruch kolejowy się zwiększa. Jaka czeka go przyszłość? Ile jeszcze wytrzyma? Koniec końców, wysuwano różne koncepcje, łącznie z jego całkowitym zburzeniem.

Żeby odpowiedzieć na to pytanie, trzeba zrozumieć historię, rolę i miejsce Dworca Centralnego. W podzielonej zaborami Polsce Warszawa była skomunikowana dworcami Wileńskim i Petersburskim  od strony wschodniej oraz dworcem Wiedeńskim od zachodu. Brakowało zatem połączenia na linii wschód-zachód. Centrum miasta było kolejowo nieprzejezdne. Właśnie dlatego już w lipcu 1919 roku rząd polski podjął decyzję o przekopaniu takiej linii, co było ogromnym przedsięwzięciem: należało wybudować most na Wiśle oraz tunel średnicowy. W trakcie II wojny światowej zniszczono niedokończony Dworzec Główny. W powojennej Polsce koncepcja budowy Dworca Centralnego rodziło się bardzo długo. Właściwie do lat 70., w miejscu, gdzie obecnie siedzimy znajdowała się głęboka dziura. Dopiero uchwała Rady Narodowej miasta Warszawy wyznaczyła obecne miejsce jako lokalizację nowego dworca, co umożliwiło realizację koncepcji inżyniera Romanowicza.

Dworzec położony jest w kluczowym punkcie Warszawy i dlatego sądzę, że swoje zadanie będzie wykonywał długo — na pewno ponad sto lat. Jak już powiedziałem, nie szczędzono pieniędzy na wysokiej jakości materiały, dzięki czemu dworzec jest bardzo wytrzymały. Trudniej natomiast ocenić, na ile będzie pasował do zmieniających się koncepcji architektonicznych i estetycznych.

Dworzec położony jest w kluczowym punkcie Warszawy i dlatego sądzę, że swoje zadanie będzie wykonywał długo — na pewno ponad sto lat. Jego przepustowość jest wystarczająca jak na obecny ruch kolejowy, dzięki temu, że był projektowany przyszłościowo.

Dworcowi Centralnemu zarzuca się brak bezpośredniego połączenia z metrem. Czy kiedykolwiek, nawet przed rozpoczęciem budowy metra, istniały pomysły, by wprowadzić takie rozwiązanie?

Nieznane są mi tego typu projekty. Jeżdżąc po Europie faktycznie zaobserwowałem, że duże dworce kolejowe połączone są z liniami metra. Warszawa pod tym względem była niestety zaniedbana — tak naprawdę prawdziwie dynamiczny rozwój miasta następuje dopiero teraz. Myślę, że realne możliwości do tego są: Centralny jest połączony z dworcem Śródmieście, a krok za nim znajduje się już I linia metra. Teoretycznie jest to wykonalne, wszystko jest jednak kwestią funduszy i chęci.

Dlaczego na Dworcu Centralnym perony mają aż 400 metrów długości? Przecież pociągi są znacznie krótsze.

To prawda. Decydowało o tym bezpieczeństwo ruchu. Poza tym przewidziano, choć wątpię, by to się zdarzało, możliwość wjechania dwóch pociągów na jeden tor.

A skoro już o peronach mówimy: jest w ogóle możliwość, by w razie potrzeby dobudować kolejne?

Według mnie — nie. Z jednej i drugiej strony znajdują się bardzo grube i wytrzymałe mury oporowe. Jednak nie sądzę, by zachodziła taka potrzeba. Przepustowość dworca jest wystarczająca jak na obecny ruch kolejowy, dzięki temu, że był projektowany przyszłościowo.

Dziękuję za rozmowę.

Rozmawiał: Bartosz Cheda
Zdjęcia: Jarek Zuzga

Fotograficzny sen o Warszawie

Fotograficzny sen o Warszawie

Zdjęcia, wystawy, wernisaże, a w końcu działalność biznesowa. Na współczesnym rynku fotograf musi nie tylko oczarować odbiorcę swoimi kadrami, ale również umieć dobrze wypromować własną twórczość. O tym, gdzie leży granica w odkrywaniu Warszawy, jak ją fotografować, by przyciągnąć zainteresowanie i dokąd zmierza urbanistyczny rozwój stolicy Polski rozmawiamy z Aleksandrą Łogusz, czyli Bloguszem.

Bartosz Cheda: Dzisiaj gościem Okna na Warszawę jest Aleksandra Łogusz, znana szerzej  pod pseudonimem Blogusz.pl, warszawska fotograf i… kto jeszcze?

Aleksandra Łogusz: Dziedzina fotografii, którą się zajmuję, jest dosyć specyficzna. Prezentuję Warszawę z wysokości — z dachów wieżowców, z nietypowych perspektyw, z lotu ptaka — i staram się docierać do miejsc nieznanych szerszej publiczności. Ma to trochę związek z odkrywaniem, byciem odkrywcą. 

Organizujesz wystawy, prowadzisz działalność biznesową… gdzie leży granica Twojej działalności i promowania Warszawy?

Sky is NOT the limit. Nie ma granic — ja wręcz uwielbiam je przekraczać. Rzeczywiście, moja aktywność początkowo związana była z fotografią hobbystyczną, później przerodziła się w zawód i urosła aż do momentu otwarcia WarsawGiftShop.com, czyli sklepu, gdzie można kupić eleganckie pamiątki, warszawskie gadżety i fotoobrazy do mieszkania czy biura. Jest to dla mnie o tyle miłe, że sama wcześniej nie planowałam otwarcia własnej firmy. Skłoniło mnie do tego zainteresowanie odbiorców moimi zdjęciami i często powtarzające się pytania o fotoobrazy, fototapety do biur, wydruki na szkle etc. Z drugiej strony bardzo cieszy mnie to, że my — jako warszawiacy i Polacy — zaczynamy odczuwać dumę ze stolicy. Już nie wieszamy sobie w salonie plakatów z Nowego Jorku, Paryża czy Londynu, ale z Warszawy. Czujemy się w pozytywny sposób związani z tym miastem.

W naszej poprzedniej rozmowie, która miała miejsce niespełna dwa lata temu, wspomniałaś o zdjęciu „Sen o Warszawie” i powiedziałaś, że zmieniło Twoje życie. W jaki sposób?

To jest wielopoziomowe pytanie. Ta fotografia zmieniła w moim życiu absolutnie wszystko pod każdym możliwym względem. Po pierwsze „Sen o Warszawie” to jedno z pierwszych zdjęć, które kiedykolwiek opublikowałam na moim fanpage – Blogusz.pl i nie sądziłam, że od razu wypłynie na takie szerokie wody i zmieni moją ścieżkę zawodową. Wcześniej zajmowałam się czymś zupełnie innym, byłam — tak jak ty — dziennikarzem i reporterem, później pracowałam jako manager w agencji PR-owej. „Sen o Warszawie” sprawił, że zmieniłam swoją ścieżkę aktywności, zajęłam się fotografią zawodowo. Ta fotografia jest też o tyle wyjątkowa, że w Internecie, czy w ogóle w naszej świadomości, istnieją tysiące zdjęć Warszawy, które niczym się nie wyróżniają. „Sen o Warszawie” to zdjęcie bardzo charakterystyczne, dla mnie niesamowite jest też, że ta fotografia nie jest anonimowa, ludzie pamiętają jej autorkę no i przede wszystkim – została wyróżniona jako Zdjęcie Roku!  To również symboliczne zdjęcie, zwłaszcza dla mnie, osoby, która pochodzi z Bielska-Białej. Spójrz na tę drogę, która przecina zdjęcie na samym środku, trzeba ją przebyć, żeby dostać się do wieżowców. Widzę w tym zdjęciu marzenie wielu osób, które sprowadzają się do Warszawy z ambicjami na karierę w korporacjach.

Z naszego poprzedniego spotkania wynotowałem takie stwierdzenie: „Nigdy nie uczyłam się fotografii i nie byłam na żadnym kursie, wszystkie zdjęcia robię na auto Nikonem, którego podkradłam tacie z szuflady”. Zmieniło się Twoje podejście do fotografii?

(śmiech). Takie były początki! Jestem samoukiem (nie mylić z amatorem!). Jest takie powiedzenie, że praktyka czyni mistrza, a fotografia to dziedzina, w której nie trzeba chodzić na wykłady czy robić notatek. Dla mnie to raczej kwestia wrażliwości i oka, spostrzegawczości, chociaż faktycznie od tamtej pory moje umiejętności, warsztat oraz możliwości sprzętowe znacznie się polepszyły. Przy moim tempie pracy dwa lata to naprawdę dużo czasu. Nie fotografuję już Nikonem, choć mam go „w zanadrzu”. W tej chwili posiadam ogromną ilość sprzętu, kilka aparatów, pełen zakres obiektywów, drony, własną drukarnię fotoobrazów i plakatów, które sprzedaje w WarsawGiftShop.com. Niedawno brałam udział w Międzynarodowych Warsztatach Fotograficznych dla młodych talentów. 

Jeszcze jeden cytat z tamtej rozmowy. Na pytanie, czy jest jakieś miejsce, do którego chciałabyś się dostać, ale jeszcze Ci się to nie udało, odpowiedziałaś: „Nie, Blogusz wszędzie wlezie”. Gdzie więc wchodziłaś przez ostatnie dwa lata?

Wszędzie. Osoby, które śledzą Blogusza – mój fanpage, doskonale to wiedzą. Wczoraj zdałam sobie sprawę, że właśnie minął rok od mojej pierwszej wystawy w Warszawie i to był to dla mnie absolutny szok. Nie zdążyłam nawet usiąść i spokojnie obejrzeć sobie wszystkich zdjęć, które wtedy zrobiłam — bardzo dużo wydarzyło się po drodze. Założyłam swój sklep, były wystawy w Australii i na różnego rodzaju targach. Chyba nie jestem w stanie wymienić wszystkich miejsc, w których byłam przez ostatnie dwa lata (śmiech). Staram się też częściej zaglądać do innych miast, także za granicę. Minione lato było bardzo intensywne pod tym względem – wraz z Maciejem Margasem, laureatem Grand Press Photo, z którym współpracuję, promowaliśmy Warszawę w czeskiej Pradze, gdzie przez miesiąc miała miejsce wystawa WARSAW ON AIR i nasze stoisko, potem wystawa poleciała dalej do słowackich Koszyc, gdzie również można ją było zwiedzać przez miesiąc. W międzyczasie sporo lataliśmy nad Warszawą w ramach trzech skomplikowanych projektów fotograficznych i filmowych, których premiera będzie miała miejsce tej jesieni. A jakby tego było mało  zjechaliśmy Polskę wzdłuż i wszerz, codziennie w innym mieście wspinając się na maszty telekomunikacyjne Emitela, fotografując i kręcąc z samej góry, film. Jeden z masztów na który się wspinaliśmy – w Giżycku – ma 327m wysokości, czyli jest 100 m wyższy od Pałacu Kultury (z igilicą)! To wyzwanie wiązało się z gruntownym przygotowaniem kondycyjnym, przejściem odpowiednich szkoleń do pracy na linach, w polu elektromagnetycznym etc.

W ostatnich latach mamy do czynienia z wysypem fanpage’y związanych z Warszawą. Nie sądzisz, że w końcu doprowadzi to do przesycenia i odbiorcy znudzą się tą tematyką?

Nie wiem, co mam odpowiedzieć na to pytanie. Rzeczywiście fanpagy jest sporo, ale są bardzo różne. Każdego interesuje co innego i każdy dokonuje własnych wyborów. Może być tak, że pewne mody przemijają — nie mnie to oceniać — ale nie sądzę, szczerze mówiąc, by dotknęło to zainteresowania Warszawą.

Ale duża konkurencja jest też wśród fotografów, czujesz na plecach oddech konkurencji? 

W dzisiejszych czasach jest tak, że każdy kto ma smartfona czy aparat fotograficzny czuje się fotografem. Jeśli chcemy rozmawiać o profesjonalnym podejściu do fotografii, to jest to zawód trudny. Nie każda osoba, która ma świetny sprzęt, potrafi zrobić coś ciekawego i ma pomysł na siebie, a to jest najważniejsze. Z drugiej strony jest bardzo dużo rodzajów fotografii, jedni robią sesje zdjęciowe, zdjęcia koncertowe, fotoreportaże, inni wesela czy modę. Ja swoją fotografię traktuję bardzo osobiście, ponieważ wejście na jakiś dach czy do upatrzonego miejsca to czasem proces, który zajmuje kilka miesięcy, to dużo trudniejsze, niż np. fotografowanie zachodu słońca nad Wisłą. 

Jeśli na facebooku „zalajkujemy” kilku warszawskich fotografów, to przez naszą tablicę przewija się ciągle to samo: zdjęcia Pałacu Kultury, panoramy z Mostu Siekierkowskiego, z placu Grzybowskiego to już warszawskie „leitmotivy”, które powtarzają się w nieskończoność. Rozumiem, że widzisz swoją pracę jako coś innowacyjnego, ale wymienione przeze mnie fotografie również spotykają się z dużym zainteresowaniem. Jak więc widzisz przyszłość warszawskiej fotografii? Jak powinna ona jeszcze bardziej zainteresować odbiorcę?

Dla mnie ciekawy jest aspekt socjologiczny: staram się docierać do miejsc, w których nie był nikt inny (bądź bardzo wąska grupa osób). Patrząc na to, co ludzie najchętniej zamawiają w Warsaw Gift Shopie, wyciągam następujące wnioski: są zdjęcia oryginalne, które intrygują ludzi, np. „Sen o Warszawie” czy „Morskie fale Alei Jerozolimskich” — wspólne dla tych fotografii jest to, że obie na pierwszy rzut oka nie wyglądają jak Warszawa, trzeba się dłużej zastanowić co to właściwie jest i gdzie to jest. Drugą grupę stanowią osoby, które na zdjęciach szukają miejsc, z którymi związani są osobiście: miejsce, gdzie się urodzili, wychowali i tak dalej, albo patrzą na kolory, czy dana fotografia pasuje im do wystroju wnętrza. Zdjęcia, które nas ciekawią na fanpage i te, które wieszamy sobie w salonie, to dwa różne światy. W ostatecznym rozrachunku oceniają cię odbiorcy, i to, co im się podoba jest wyznacznikiem twojej pracy. Ludzie doceniają też wysiłek na rzecz sfotografowania czegoś spektakularnego — na przykład pobudkę o piątej nad ranem, by sfotografować poranną mgłę — ponieważ wiedzą, że nie mogliby powtórzyć takiego ujęcia na własną rękę.

Wejście na jakiś dach czy do upatrzonego miejsca to czasem proces, który zajmuje kilka miesięcy.

Czy nadal nie masz ulubionego miejsca w Warszawie?

(śmiech). Mam tych miejsc bardzo dużo, dlatego nie potrafię wskazać jednego. Najwięcej czasu spędzam na Żoliborzu, uwielbiam spacerować na Kępie Potockiej czy nad Wisłą, chodzić po parkach. Bardzo często jem na mieście, więc zwiedzam też tę „kulinarną” część stolicy. Często odwiedzam Muzeum POLIN i Muzeum Warszawskiej Pragi, gdzie wisi moja fotografia.

Pod Twoimi zdjęciami na facebooku można często przeczytać komentarze pokroju: „Warszawa jest piękna”, „Cieszę się, że moje miasto się tak rozwija”… Zgadzasz się z tym? Niektórzy bardzo krytycznie wypowiadają się o planach i pomysłach na rozwój Warszawy, w szczególności o dość desperackiej i chaotycznej zabudowie wieżowcami.

Uważam, że Warszawa jako miasto zmienia się bardzo pozytywnie i to widać na moich zdjęciach. Moim głównym celem jest pokazanie Polakom, że to jest miejsce, które przeistacza w nowoczesną metropolię, cieszę się, jeśli inni też to zauważają. Obserwuje też, że wśród klientów Warsaw Gift Shopu coraz częściej zdarzają się osoby z innych miast czy zza granicy, którzy chcą mieć kawałek Warszawy na swojej ścianie. Myślimy o naszej stolicy coraz bardziej pozytywnie. Zmienia się styl życia np. w kwestii sportu. Gdy pojechałam na studia do USA, zaskoczyło mnie to, że wszyscy uprawiają sport na ulicach: jogging, rolki, rowery… W Polsce w tych czasach sport kojarzył się wyłącznie z WF-em, od którego wszyscy się migali. Teraz w weekendy w Warszawie na ścieżkach rowerowych jest taki tłok, że brakuje miejsca; są też siłownie plenerowe. 

Natomiast nie da się oderwać miasta od historii, która w tym przypadku była wyjątkowo ciężka, więc porównywanie się do Paryża czy Londynu nie ma w ogóle sensu ze względu na konkretny kontekst historyczno-ekonomiczny. Ja czuję się bardzo związana z Warszawą, choć mieszkam tu od niedawna. Często niepokoją mnie różne projekty związane z zabudową Placu Defilad i plany zagospodarowania, a raczej ich brak —  to jest bolączka wszystkich polskich miast, a do tego Warszawa ma duży problem z reprywatyzacją. 

Mówisz o tym, że nie mamy już czego się wstydzić i Warszawa jest coraz bardziej światowa. Z tym wiąże się temat dominacji języka angielskiego w przestrzeni miejskiej. Możemy już zapomnieć o „wieżach” czy nawet „centrach”, wszędzie są „plazy” i „towery”. Czy Twoim zdaniem jest to potrzebny wyznacznik umiędzynarodowienia Warszawy, czy raczej coś, co niszczy klimat miasta?

To ciężkie pytanie. Budynki, o których mówimy mają swoich prywatnych inwestorów, którzy mają prawo do nazwania ich jak chcą. Jeśli nazwy anglojęzyczne są obowiązujące, zamienianie ich na polskie mija się z celem, tak jak w przypadku marek odzieżowych etc. Z drugiej strony przykre jest, że języka polskiego nie ma trochę więcej. Osobiście jestem za tym, by polskich nazw było więcej, Możemy mieć jedynie nadzieję, że świadomość i moda na polskie nazewnictwo wróci. Jest kilka budynków, które mają swoje polskie nazwy i nie sądzę, by był to jakiś problem.

Niektóre apartamentowce również są nazwane po angielsku, jak chociażby Cosmopolitan Tower czy The Tides… A czy poparłabyś — gdyby powstała — inicjatywę, by sankcjonować prawnie obowiązek szanowania „językowej przestrzeni miejskiej” i nadawania budynkom polskich nazw?

Wydaje mi się, że to jest najmniejszy problem w całym spektrum tego tematu. Przede wszystkim chciałabym, by był większy wpływ na powstające projekty. Możemy regulować sobie wysokość i przeznaczenie budynku, ale jest duża dowolność co do estetyki. W mojej ocenie duża część nowych budynków nie pasuje do otoczenia, w którym ma powstać…

…już nie wspominając o reklamach.

Właśnie. Chciałabym, by była większa dbałość o przestrzeń, by budynki komponowały się jeden z drugim, a nie, żeby powstawały jako oddzielne byty. To przecież przekłada się na krajobraz miejski. Jeśli zaś chodzi o nazwy, to nie wiem, czy sankcjonowanie prawne byłoby dobrym pomysłem.  Mam nadzieję, że świadomość inwestorów wzrośnie na tyle, że sami będą widzieli w polskich nazwach potencjał.

Wydaje mi się, że jest w Warszawie trend, by wszystko wyglądało jak w zachodnich metropoliach, za którymi tak tęskniliśmy i przyjęliśmy za niedościgniony wzór — wysokie, i szklane. Nikt nie myśli o tym, by nowe budynki komponowały się z zabytkami. Może w tym leży źródło „pokraczności” i „nieudolności” nowych projektów? Może Polakom nie jest w stanie podobać się nic innego, niż strzeliste, szklane wieżowce?

Wieżowce ogólnie są symbolem potęgi, sukcesu, kariery i właśnie Zachodu. Dla dużej grupy Polaków praca w wieżowcu to synonim spełnienia zawodowego. W tym względzie Warszawa przyciąga rzesze ludzi z całego kraju — te biurowce muszą gdzieś powstawać i stwarzać przestrzeń do pracy. Sama interpretuję zdjęcie „Sen o Warszawie” jako długą i trudną drogę wiodącą do „szklanych domów”, którą nie każdemu uda się przejść. Ktoś, kto stawia biurowce, wykonał wcześniej badania i zna potencjał rynku, musiał więc dość do wniosku, że kolejne biurowce są potrzebne… Nie można mieć pretensji, że inwestorzy kalkulują głównie plusy i minusy biznesowe. W tej chwili jest dość duża dowolność budowlana; widać też, że ludzi ta tematyka bardzo interesuje i ciekawi, każdy news jest szeroko komentowany. Przestrzeń, w której żyjemy, nie jest nam obojętna, dobrze, że mamy swoje zdanie.

Jakie masz plany i zamierzenia na najbliższe lata?

Jest ich mnóstwo. Jeszcze nie o wszystkich mogę mówić. W tej chwili moim oczkiem w głowie jest Warsaw Gift Shop, który rozwijam, wprowadzam nowe produkty. Chcę także częściej fotografować w innych miastach. Z objazdu po Polsce wróciłam z olbrzymią liczbą zdjęć, które będę sukcesywnie publikować na Blogusz.pl

Które w pierwszej kolejności? Poza oczywiście Katowicami, które już były na Twojej tapecie.

Katowice to miasto fenomenalne, które przechodzi teraz absolutny renesans. Za każdym razem, gdy tam przyjeżdżam, jestem zachwycona, odkrywam coś nowego. Bardzo spodobał mi się Sandomierz, Rzeszów, chciałabym częściej odwiedzać Poznań. W zeszłym roku latałam śmigłowcem nad Bielskiem-Białą, czyli moim rodzinnym miastem. Mam nadzieję, że w tym roku uda mi się to powtórzyć, to miasto z lotu ptaka wygląda cudownie. Jest perfekcyjnie zaprojektowane.

Dziękuję za rozmowę.

Rozmawiał Bartosz Cheda

Forteczny weekend

Forteczny weekend

Twierdza Modlin to kolejna nieodkryta perełka turystyczna, położona raptem 25 kilometrów od granic Warszawy. Choć sama nazwa „Modlin” stała się rozpoznawalna dzięki portowi lotniczemu, to zabytki twierdzy wciąż czekają na odwiedzających. Sierpniowy weekend jest doskonałą okazją na krótki wypad do miejsca, gdzie krzyżuje się historia Polski, carskiej Rosji oraz napoleońskiej Francji.

13901667_1119269501453154_1378845108_o

Historia, czyli skąd się to wzięło

Choć nie zachował się na to żaden materialny dowód, już Szwedzi w trakcie XVII-wiecznego potopu wybudowali na terenach dzisiejszej twierdzy budynki o charakterze wojskowym. Na malowniczy Modlin, położony w widłach Wisły i Narwi, zwrócił również uwagę Napoleon Bonaparte, a po jego sromotnej klęsce w kampanii rosyjskiej, twierdzą zainteresował się carat. Świadczy to o tym, że Modlin w oczach wielu dowódców spod różnych flag, przedstawiał niemałą wartość strategiczną. Miejsce na naturalnym wzniesieniu i otoczone rzekami, stanowiło wręcz wymarzoną lokalizację dla fortecy.

Napoleon nie zdążył nacieszyć się Modlinem zbyt długo, ani zbytnio go rozbudować — gorączkowe przygotowania do obrony rozpoczęły się dopiero po rozbiciu francuskiej ofensywy na terenie Rosji, a że twierdza nie mogła się wtedy pochwalić szczególnie imponującą wartością bojową, musiała w końcu skapitulować wobec kontruderzenia rosyjskiego. Dopiero za car Mikołaja I, wobec likwidacji Królestwa Polskiego, Modlin stawał się coraz potężniejszy — stanowił on bowiem jeden z ważniejszych elementów systemu obrony Warszawy. W latach 1832-1883 powstało wiele budynków, w tym słynna cytadela — niewielu wie, że jest to najdłuższy budynek w całej Europie. Imponujących rozmiarów budowla w kształcie pięciokąta, zwieńczona dwiema wieżami, liczy sobie 2250 metrów długości.

Twierdza była obiektem samowystarczalnym, toteż poza obiektami czysto wojskowymi możemy tam podziwiać również magazyny (prochownie), cały ciąg zaopatrzeniowy (pralnia, piekarnia) oraz słynny spichlerz, zniszczony pod niemieckimi bombami w 1939 roku. Oprócz tego, wewnętrzną cytadelę okala skomplikowany system murów, które — choć trudno dostępne — mogą być ciekawą atrakcją dla miłośników wspinaczki. Całości dopełnia Reduta Napoleona, budynek forteczny zaprojektowany podobno przez Bonapartego we własnej osobie oraz cmentarz wojenny, na którym pochowani są między innymi bezimienni polscy żołnierze polegli w czasie wojny obronnej 1920 roku.

Modlin 2

Jak zwiedzać?

Twierdza Modlin oferuje na tyle dużo atrakcji, że spokojnie zapełnimy nimi cały turystyczny dzień. Przed wyjazdem warto zapoznać się z darmowymi przewodnikami, które wstępnie przybliżą nam bogactwo historyczne twierdzy oraz lokalizację poszczególnych obiektów (przy czym warto pamiętać, że, aby nie psuć przyjemności odkrywania, nie wszystkie zostały wspomniane w niniejszym tekście). Większość z nich można zwiedzić samodzielnie i bez opłat (te pobierane są jedynie za wstęp do Muzeum Kampanii Wrześniowej i Twierdzy Modlin i na Wieżę Czerwoną — szczególnie polecaną ze względu na fantastyczny widok). Warto jednak — zwłaszcza w przypadku grup, które Modlin odwiedzają po raz pierwszy — rozważyć wynajęcie przewodnika, który zapewni odpowiednią kolejność zwiedzania i merytoryczną wiedzę.

Zrzut ekranu 2016-08-03 o 21.57.31

 Zrzut ekranu 2016-08-03 o 22.14.44

Swoją wyprawę do Modlina najlepiej zacząć w „centrum dowodzenia”, czyli wspomnianym Muzeum. Nawet jeśli zrezygnujemy z przewodnika, znajdziemy tam bezpłatne mapki i materiały informacyjne (wliczając w to grę terenową z niedźwiedzicą Baśką Murmańską w roli głównej), a przy okazji zobaczymy ekspozycję wewnętrzną (niezły kawałek historii) oraz zewnętrzną (na tle skromnej kolekcji haubic zdecydowanie wyróżnia się samolot TS-11 Iskra).

13939954_1119269078119863_892989097_o

13931558_837393403028682_119699298_o

Spragnieni spokojniejszej rozrywki na łonie natury mogą udać się też na modlińską plażę, która oferuje spokojną atmosferę, możliwość wypożyczenia kajaków, a od czasu do czasu również nieco głośniejsze imprezy. Bazę gastronomiczną zapewnia kilka wątpliwej jakości lokali na terenie osiedla mieszkaniowego oraz zupełnie przyzwoita restauracja hotelu Royal.

A jak dotrzeć do Modlina? Najwygodniejszym środkiem transportu będzie oczywiście samochód, ale osoby nieposiadające prawa jazdy mogą liczyć na połączenia autobusowe (PKS Polonus Bus i prywatni przewoźnicy) oraz pociągi Kolei Mazowieckich. Do twierdzy najlepiej wybrać się w weekend, bowiem tylko wtedy możliwy jest wstęp na Wieżę Czerwoną.

Zdjęcia: Dominika Anastazja Blachowska, Zuzanna Kiwerska, Bartosz Cheda