„Przenosimy sztab do Adrii!”

„Przenosimy sztab do Adrii!”

— krzyczał Bolesław Wieniawa-Długoszowski, a właściwie odgrywający jego rolę Mikołaj Cieślak w jednym ze skeczy Kabaretu Moralnego Niepokoju. I choć to tylko humorystyczna scenka, to skutecznie przywołuje postać słynnego generała-szarmanta i koloryt legendarnego wręcz warszawskiego lokalu „Adria”. Dość nieoczekiwanie, „Adria” została wskrzeszona w dokładnie tej samej co dawniej lokalizacji — przy ulicy Moniuszki. 11 kwietnia odbył się tam pierwszy od lat uroczysty bankiet.

„Adrii” żadnemu miłośnikowi Warszawy przedstawiać chyba nie trzeba. Przypomnijmy jednak, że mowa o jednym z najbardziej eleganckich i modnych miejsc przedwojennej stolicy. Otwarta w 1931 roku, stanowiła prawdziwy rozrywkowy kombinat, łącząc cechy restauracji, baru w stylu amerykańskim i dancingu. Inżynierów zachwycała innowacyjnymi rozwiązaniami technicznymi, stałych bywalców kusiła wykwintną atmosferą i luksusem, a wielbicieli kultury — przyciągała koncertami takich znakomitości jak Jerzy Petersburski czy Hanka Ordonówna.

Wokół „Adrii” szybko wytworzył się nimb luksusu i elitarności, a także cały szereg anegdotek, których bohaterem nierzadko stawał się wspomniany już Wieniawa-Długoszowski, jedna z najbarwniejszych postaci polskiego 20-lecia międzywojennego (najsłynniejsza chyba z owych historii głosi, że generał miał onegdaj wjechać do lokalu na koniu). Niestety, na długiej liście ofiar II wojny światowej nie zabrakło „Adrii”; została co prawda reaktywowana w latach 70., jednak wyraźnie brakowało jej dawnego prestiżu. W końcu podupadła zupełnie i została zamknięta na cztery spusty.

Nie jest więc dziwne, że informacja o ożywieniu „Adrii” wywołała w redakcji „Okna na Warszawę” poruszenie. Odtworzenie klimatu takiego miejsca wydawało się zadaniem niezwykle trudnym (jeśli w ogóle możliwym). Warto dodać, że jest to kolejna — po „Małej Ziemiańskiej”, otwartej w 2015 roku przy ulicy Oleandrów — godna uwagi inicjatywa przywracania zapomnianym warszawskim lokalu dawnego blasku. 

Bankiet rozpoczął się około godziny 19:30 i już od samego początku widać było, że organizatorzy dołożyli starań, by nadać mu cechy eleganckiego wieczoru. Pośród gości — ubranych, jak na taką okazję przystało, w stroje wieczorowe — krążyli nie tylko kelnerzy serwujący napoje i przekąski, ale i dźwięki przedwojennej muzyki w wykonaniu kilku zespołów. Stare melodie można było usłyszeć na obu „pokładach” lokalu, a bezbłędny repertuar skutecznie przeniósł całe towarzystwo w przeszłość. Stroną gastronomiczną przedsięwzięcia zajął się popularny restaurator Michel Moran, który, znany jest nie tylko zabawnych potyczek z językiem polskim, ale i znakomitej kuchni. Całość uświetniły występy taneczne w dawnej sali dancingowej.

Jaka będzie nowa „Adria”? Nowi właściciele budynku przy ulicy Moniuszki zdradzają, że chcą przywrócić kamienicy dawny blask. Już wkrótce dowiemy się, co dokładnie powstanie w tym słynnym miejscu.

Wypada cieszyć się z faktu, że legenda „Adrii” nie została zapomniana i że znalazły się osoby skore do jej ożywienia — w tej czy innej formie. Kulturalna mapa stolicy wzbogaciła się zatem o kolejny punkt utrzymany głęboko w stylistyce „retro”, a takiej informacji trudno nie uznać za miłą. „Premierowy” wieczór przy ulicy Moniuszki 8 napawa optymizmem i pozostaje mieć nadzieję, że uda się odbudować legendę „Adrii” jako jednego z najelegantszych i najbardziej wykwintnych miejsc Warszawy.

Wieczór galowy „Cafe Adria”, wtorek, 11 kwietnia 2017 r., ul. Moniuszki 8. Partnerem wydarzenia była marka Saska. Tekst Bartosz Cheda, zdjęcia: Narodowe Archiwum Cyfrowe, materiały organizatora

Kolejowa perła Warszawy

Kolejowa perła Warszawy

Dworzec Centralny to jeden z najbardziej rozpoznawalnych budynków w Warszawie. 5 grudnia 2016 roku kończy dokładnie 41 lat. O przebiegu prac budowlanych, tajemnicach skrytych w korytarzach „Centralnego” i jego przyszłości w dynamicznie rozwijającej się stolicy rozmawiamy z inżynierem Kazimierzem Zawałłą — jednym z głównych wykonawców dworca.

Bartosz Cheda: Jesteśmy w miejscu, gdzie ponad 40 lat temu na Pana oczach tworzyła się historia. Jak wyglądała ceremonia otwarcia Dworca Centralnego?

Kazimierz Zawałło: Samo otwarcie było długo przygotowywane. Budowa dworca trwała 1100 dni, z tym że najbardziej uciążliwym okresem był czas tuż przed jego oddaniem. Prace budowlane takie jak wykopy czy stawianie murów oporowych były proste. Najtrudniejszy był rok 1975, kiedy stanęły już mury i trzeba było dworzec wyposażać. Według ówczesnych założeń, dworzec był bardzo rewolucyjny — inżynierowie przewidzieli najnowsze rozwiązania, które były dostępne na rynku europejskim. Rząd polski również przyłożył do tego rękę, przeznaczając w zasadzie nieograniczone środki finansowe, zarówno w złotówkach jak i dewizach.

Samo oficjalne otwarcie, wyznaczone na dzień 5 grudnia, odbyło się w wielkiej oprawie delegacji partyjno-rządowej. Przybyli najwyżsi przedstawiciele władz partyjnych i rządowych, na czele z Edwardem Gierkiem, Piotrem Jaroszewiczem i Henrykiem Jabłońskim. Wiec główny, z budowniczymi i mieszkańcami Warszawy, odbył się na hali głównej. Przemawiali wykonawcy, zaproszeni goście i oficjele. Było bardzo dużo ludzi — z poziomu antresoli widziałem wtedy prawdziwe „morze głów”. Następnie delegację rządową po terenie dworca oprowadzili wykonawcy i projektanci, to znaczy inżynier Arseniusz Romanowicz, główny projektant dworca i inżynier Zdziarski, który był generalnym wykonawcą. Potem delegację przejąłem ja — byłem odpowiedzialny za realizację części gastronomicznej. Strefa dla konsumentów znajdowała się na antresoli, w części wschodniej — tam, gdzie dzisiaj działa McDonald’s i bar sushi. Oprowadziłem delegację po już działającej części gastronomicznej, zarówno po powierzchni dostępnej dla klientów, jak i po bardzo dużym zapleczu. Na koniec wszyscy wypiliśmy po uroczystej lampce szampana. Następnego dnia, 6 grudnia, dworzec został udostępniony podróżnym.

Na czym dokładnie polegało pana zadanie? Jaka była skala realizacji zaplecza gastronomicznego?

Z całej kubatury Dworca Centralnego, która jest ogromna — dość powiedzieć, że sam dach ma powierzchnię jednego hektara — aż 40% zostało przeznaczone na część gastronomiczną. Co więcej, miała ona zajmować aż trzy poziomy — podziemie, poziom pierwszy i drugi, czyli antresolę. Zakład gastronomiczny obliczony był na obsługę 10% pasażerów przewijających się przez dworzec w ciągu doby, a z kolei ich liczbę przewidziano — jak się potem okazało, słusznie — na 100 tysięcy. Trzeba było więc przyjąć około 10 tysięcy konsumentów na dobę. W związku z tym wydzielono dwa główne obszary — bar szybkiej obsługi na 140 osób oraz restaurację z 260 miejscami. Żeby obsłużyć tak dużą ilość gości, zainstalowano urządzenia gastronomiczne wcześniej w ogóle niestosowane w Polsce, a nawet Europie. Były to olbrzymie magazyny, chłodnie, stanowiska obróbki mięs. Nowością był również elektroniczny transport wewnętrzny. W związku z tym, że magazyny znajdowały się w podziemiach (poziom -1), a kuchnia główna na poziomie +2, droga produktów spożywczych rozciągała się na trzy poziomy i dwie windy. System, który zaadaptowaliśmy i zainstalowaliśmy, był do tamtej pory stosowany praktycznie wyłącznie na dworcach lotniczych i w zakładach przemysłowych. Zamawiający, niezależnie od poziomu, na którym się znajdował, przyciskał odpowiedni przycisk na specjalnej tablicy. Wtedy wózek elektryczny jechał w żądane miejsce, np. do magazynu obróbki warzyw albo chłodni. Pracownicy ładowali i zamykali pojemnik, a następnie odsyłali w miejsce przeznaczenia. Pod względem technicznym było to prawdziwe cacko, natomiast obsługa nie do końca zdawała egzamin. Zdarzało się, że wózek wiózł mięso albo napoje, a że można go było bez problemu zatrzymać w trakcie jazdy, produkty czasem przepadały w dziwnych okolicznościach. Dlatego system został odsprzedany zakładom przemysłowym w Białymstoku.

Warto dodać, że zakład gastronomiczny cieszył się bardzo dobrą opinią nie tylko wśród podróżnych, ale także wśród warszawiaków. W weekendy całe rodziny z dziećmi przychodziły skorzystać z naszej kuchni — pamiętajmy, że w latach 80. zostały wprowadzone kartki, a w dworcowej restauracji wszystko było bez ograniczeń.

Jak wyglądałby dworzec, gdyby nie narzucono „Wyzwania 1100 dni”? Z jakich elementów zrezygnowano ze względu na naglące terminy?

Tak naprawdę z niczego nie zrezygnowano, ale faktycznie największym przeciwnikiem był czas. Na przykład nasze brygady, przeszkolone najpierw we Francji, miały tylko 3 miesiące. Trzeba było naprawdę wiele wysiłku, by zamontować wszystkie urządzenia w planowanym terminie, przez ostatnie dni pracowaliśmy praktycznie na okrągło. Doszło nawet do tego, że „wyeksmitowałem” swoją żonę i dziecko do teściów — mieszkaliśmy blisko placu budowy, na ulicy Grzybowskiej, i dzięki temu mogłem zaoferować miejsca do spania kolegom z brygady. Podobnie inne systemy — sterowania ruchem czy obsługi pasażera — działały bez zarzutu. W zasadzie ilość roboczogodzin przewidzianych w pierwotnym planie (rozłożonym na 10 lat) zgadzała się z tym faktycznie wykonanym. Poza tym dziesięcioletni czas pracy byłby dużo większym utrudnieniem dla centrum Warszawy, w dużej mierze zablokowanego i wyłączonego z ruchu — tak, jak to dzisiaj obserwujemy przy budowie metra na Woli.

Ale czy mimo wszystko nie pomyślał pan w pierwszej chwili, że zadanie zbudowania dworca w tak krótkim czasie jest po prostu niewykonalne?

Nie. Głównie dlatego, że propozycję współpracy przy budowie dworca otrzymałem dopiero w roku 1975, będąc etatowym pracownikiem PKP. Właściwie całe swoje życie zawodowe poświęciłem kolei — najpierw skończyłem technikum kolejowe, potem jako stypendysta rządu polskiego ukończyłem Leningradzki Instytut Inżynierów Transportu Kolejowego, a następnie pracowałem w Centralnym Ośrodku Badań i Rozwoju Techniki Kolejnictwa, gdzie byłem kierownikiem sekcji aparatury pomiarowej. Dzięki temu uznano mnie za „nadającego się” do tej pracy.

Poza tym, co ciekawe odpowiedni był mój wiek — tak jak w serialu, na budowie pracowali „czterdziestolatkowie” (ja wtedy miałem 38), czyli ludzie, którzy mieli z jednej strony bogate doświadczenie, a z drugiej dużo siły do wyczerpującej pracy.

Ilu ludzi pracowało przy budowie dworca?

Ta liczba zmieniała się w czasie. Bywało, że około tysiąca. Po wykonaniu podstawowych prac budowlanych ilość zaangażowanych w projekt osób zmniejszyła się, ponieważ wtedy potrzeba było raczej wyspecjalizowanych fachowców. Jeśli chodzi o moją „działkę”, polska brygada liczyła około 20 osób, do tego pracowało kilkunastu fachowców ze strony francuskiej, niecała dziesiątka z Niemiec i tyleż samo z Anglii.

W końcowym okresie budowy dworca mieliśmy też znaczące wsparcie wojska — nawet kilkuset żołnierzy dziennie, którzy mogli wykonywać proste, pomocnicze prace. Każdy z kierowników budowy, w tym ja, wychodził wtedy przed dworzec i zarządzał na przykład: „Potrzebuję dwudziestu ludzi — wystąp!”.

W ostatnim czasie dworzec przeszedł poważną modernizację — mowa oczywiście o powstaniu antresoli. W jednym z wywiadów przyznał pan, że inżynier Arseniusz Romanowicz pragnął jej powstania, by wypełnić zbyt wielką pustkę w hali głównej. Z drugiej strony kształt i estetyka antresoli budzą wiele kontrowersji. Jakie jest pana zdanie na ten temat?

Przede wszystkim, podczas prac nad dworcem przyzwyczaiłem się do zupełnie innego stylu. Na pozytywną ocenę zasługuje fakt, że taka antresola w ogóle powstała, ponieważ dodała dworcowi użyteczności. Jej styl nie podoba mi się, ale mimo to najważniejsza jest funkcjonalność. Podobnie negatywnie oceniam fakt, że tradycyjna, polska kuchnia zniknęła z dworca, zastąpiona przez sushi i McDonalda.

tyle metrów długości ma każdy peron Dworca Centralnego

Tak jak w serialu, na budowie pracowali „czterdziestolatkowie”, czyli ludzie, którzy mieli z jednej strony bogate doświadczenie, a z drugiej dużo siły do wyczerpującej pracy.

Z dworca zniknęło też wiele innych elementów oryginalnego wyposażenia — na przykład fontanna, uwieczniona w słynnej scenie w „Brunecie wieczorową porą”. Który z nich najchętniej przywróciłby pan na dzisiejszy Centralny?

Co do fontanny — nie była ona integralną częścią dworca, to już był teren miasta. Ale faktycznie, była to duża atrakcja w pierwszym okresie funkcjonowania, potem pogorszył się stan jej utrzymania. Podobnie zresztą było z całym dworcem, który w pewnym momencie stał się brudnym i zapuszczonym siedliskiem bezdomnych i chyba za tą czystością tęskniłem najbardziej. Całe szczęście, że te czasy minęły, a dworzec przeszedł dwie modernizacje. Warto jeszcze zwrócić uwagę, że galerie na dworcu, początkowo objęte zakazem handlu, zostały w pewnym momencie zalane dziką komercjalizacją spod znaku „mydło i powidło”. Cieszę się, że porządek wrócił na galerie — nowe pawilony handlowe są czyste, przeszklone i widne.

W wielu wywiadach opowiadał pan o hostessach, które pomagały pasażerom. Czy naprawdę ludzie gubili się na dworcu?

Sto tysięcy podróżnych na dobę to naprawdę tłum. Istotnie można było się zagubić. Pamiętajmy też, że spora część pasażerów pochodziła z Polski prowincjonalnej, gdzie dworce były dużo mniejsze. Hostessy naprawdę spełniały tu swoją rolę, były potrzebne — czasem nawet prowadziły starsze osoby za rękę. Poza tym, dworzec był bardzo nowoczesny i takie wyposażenie jak ruchome schody czy automatyczne drzwi potrafiły wprawiać niektórych pasażerów z zakłopotanie. Do tego dochodził fakt, że na poziomie galerii brak wyraźnego punktu orientacyjnego. Ja oczywiście mogę wszędzie chodzić z zawiązanymi oczyma, ale gubiła się tu nawet moja żona, która nie raz odwiedzała dworzec w trakcie budowy.

Dworzec Centralny ma już 40 lat. Ruch kolejowy się zwiększa. Jaka czeka go przyszłość? Ile jeszcze wytrzyma? Koniec końców, wysuwano różne koncepcje, łącznie z jego całkowitym zburzeniem.

Żeby odpowiedzieć na to pytanie, trzeba zrozumieć historię, rolę i miejsce Dworca Centralnego. W podzielonej zaborami Polsce Warszawa była skomunikowana dworcami Wileńskim i Petersburskim  od strony wschodniej oraz dworcem Wiedeńskim od zachodu. Brakowało zatem połączenia na linii wschód-zachód. Centrum miasta było kolejowo nieprzejezdne. Właśnie dlatego już w lipcu 1919 roku rząd polski podjął decyzję o przekopaniu takiej linii, co było ogromnym przedsięwzięciem: należało wybudować most na Wiśle oraz tunel średnicowy. W trakcie II wojny światowej zniszczono niedokończony Dworzec Główny. W powojennej Polsce koncepcja budowy Dworca Centralnego rodziło się bardzo długo. Właściwie do lat 70., w miejscu, gdzie obecnie siedzimy znajdowała się głęboka dziura. Dopiero uchwała Rady Narodowej miasta Warszawy wyznaczyła obecne miejsce jako lokalizację nowego dworca, co umożliwiło realizację koncepcji inżyniera Romanowicza.

Dworzec położony jest w kluczowym punkcie Warszawy i dlatego sądzę, że swoje zadanie będzie wykonywał długo — na pewno ponad sto lat. Jak już powiedziałem, nie szczędzono pieniędzy na wysokiej jakości materiały, dzięki czemu dworzec jest bardzo wytrzymały. Trudniej natomiast ocenić, na ile będzie pasował do zmieniających się koncepcji architektonicznych i estetycznych.

Dworzec położony jest w kluczowym punkcie Warszawy i dlatego sądzę, że swoje zadanie będzie wykonywał długo — na pewno ponad sto lat. Jego przepustowość jest wystarczająca jak na obecny ruch kolejowy, dzięki temu, że był projektowany przyszłościowo.

Dworcowi Centralnemu zarzuca się brak bezpośredniego połączenia z metrem. Czy kiedykolwiek, nawet przed rozpoczęciem budowy metra, istniały pomysły, by wprowadzić takie rozwiązanie?

Nieznane są mi tego typu projekty. Jeżdżąc po Europie faktycznie zaobserwowałem, że duże dworce kolejowe połączone są z liniami metra. Warszawa pod tym względem była niestety zaniedbana — tak naprawdę prawdziwie dynamiczny rozwój miasta następuje dopiero teraz. Myślę, że realne możliwości do tego są: Centralny jest połączony z dworcem Śródmieście, a krok za nim znajduje się już I linia metra. Teoretycznie jest to wykonalne, wszystko jest jednak kwestią funduszy i chęci.

Dlaczego na Dworcu Centralnym perony mają aż 400 metrów długości? Przecież pociągi są znacznie krótsze.

To prawda. Decydowało o tym bezpieczeństwo ruchu. Poza tym przewidziano, choć wątpię, by to się zdarzało, możliwość wjechania dwóch pociągów na jeden tor.

A skoro już o peronach mówimy: jest w ogóle możliwość, by w razie potrzeby dobudować kolejne?

Według mnie — nie. Z jednej i drugiej strony znajdują się bardzo grube i wytrzymałe mury oporowe. Jednak nie sądzę, by zachodziła taka potrzeba. Przepustowość dworca jest wystarczająca jak na obecny ruch kolejowy, dzięki temu, że był projektowany przyszłościowo.

Dziękuję za rozmowę.

Rozmawiał: Bartosz Cheda
Zdjęcia: Jarek Zuzga

Fotograficzny sen o Warszawie

Fotograficzny sen o Warszawie

Zdjęcia, wystawy, wernisaże, a w końcu działalność biznesowa. Na współczesnym rynku fotograf musi nie tylko oczarować odbiorcę swoimi kadrami, ale również umieć dobrze wypromować własną twórczość. O tym, gdzie leży granica w odkrywaniu Warszawy, jak ją fotografować, by przyciągnąć zainteresowanie i dokąd zmierza urbanistyczny rozwój stolicy Polski rozmawiamy z Aleksandrą Łogusz, czyli Bloguszem.

Bartosz Cheda: Dzisiaj gościem Okna na Warszawę jest Aleksandra Łogusz, znana szerzej  pod pseudonimem Blogusz.pl, warszawska fotograf i… kto jeszcze?

Aleksandra Łogusz: Dziedzina fotografii, którą się zajmuję, jest dosyć specyficzna. Prezentuję Warszawę z wysokości — z dachów wieżowców, z nietypowych perspektyw, z lotu ptaka — i staram się docierać do miejsc nieznanych szerszej publiczności. Ma to trochę związek z odkrywaniem, byciem odkrywcą. 

Organizujesz wystawy, prowadzisz działalność biznesową… gdzie leży granica Twojej działalności i promowania Warszawy?

Sky is NOT the limit. Nie ma granic — ja wręcz uwielbiam je przekraczać. Rzeczywiście, moja aktywność początkowo związana była z fotografią hobbystyczną, później przerodziła się w zawód i urosła aż do momentu otwarcia WarsawGiftShop.com, czyli sklepu, gdzie można kupić eleganckie pamiątki, warszawskie gadżety i fotoobrazy do mieszkania czy biura. Jest to dla mnie o tyle miłe, że sama wcześniej nie planowałam otwarcia własnej firmy. Skłoniło mnie do tego zainteresowanie odbiorców moimi zdjęciami i często powtarzające się pytania o fotoobrazy, fototapety do biur, wydruki na szkle etc. Z drugiej strony bardzo cieszy mnie to, że my — jako warszawiacy i Polacy — zaczynamy odczuwać dumę ze stolicy. Już nie wieszamy sobie w salonie plakatów z Nowego Jorku, Paryża czy Londynu, ale z Warszawy. Czujemy się w pozytywny sposób związani z tym miastem.

W naszej poprzedniej rozmowie, która miała miejsce niespełna dwa lata temu, wspomniałaś o zdjęciu „Sen o Warszawie” i powiedziałaś, że zmieniło Twoje życie. W jaki sposób?

To jest wielopoziomowe pytanie. Ta fotografia zmieniła w moim życiu absolutnie wszystko pod każdym możliwym względem. Po pierwsze „Sen o Warszawie” to jedno z pierwszych zdjęć, które kiedykolwiek opublikowałam na moim fanpage – Blogusz.pl i nie sądziłam, że od razu wypłynie na takie szerokie wody i zmieni moją ścieżkę zawodową. Wcześniej zajmowałam się czymś zupełnie innym, byłam — tak jak ty — dziennikarzem i reporterem, później pracowałam jako manager w agencji PR-owej. „Sen o Warszawie” sprawił, że zmieniłam swoją ścieżkę aktywności, zajęłam się fotografią zawodowo. Ta fotografia jest też o tyle wyjątkowa, że w Internecie, czy w ogóle w naszej świadomości, istnieją tysiące zdjęć Warszawy, które niczym się nie wyróżniają. „Sen o Warszawie” to zdjęcie bardzo charakterystyczne, dla mnie niesamowite jest też, że ta fotografia nie jest anonimowa, ludzie pamiętają jej autorkę no i przede wszystkim – została wyróżniona jako Zdjęcie Roku!  To również symboliczne zdjęcie, zwłaszcza dla mnie, osoby, która pochodzi z Bielska-Białej. Spójrz na tę drogę, która przecina zdjęcie na samym środku, trzeba ją przebyć, żeby dostać się do wieżowców. Widzę w tym zdjęciu marzenie wielu osób, które sprowadzają się do Warszawy z ambicjami na karierę w korporacjach.

Z naszego poprzedniego spotkania wynotowałem takie stwierdzenie: „Nigdy nie uczyłam się fotografii i nie byłam na żadnym kursie, wszystkie zdjęcia robię na auto Nikonem, którego podkradłam tacie z szuflady”. Zmieniło się Twoje podejście do fotografii?

(śmiech). Takie były początki! Jestem samoukiem (nie mylić z amatorem!). Jest takie powiedzenie, że praktyka czyni mistrza, a fotografia to dziedzina, w której nie trzeba chodzić na wykłady czy robić notatek. Dla mnie to raczej kwestia wrażliwości i oka, spostrzegawczości, chociaż faktycznie od tamtej pory moje umiejętności, warsztat oraz możliwości sprzętowe znacznie się polepszyły. Przy moim tempie pracy dwa lata to naprawdę dużo czasu. Nie fotografuję już Nikonem, choć mam go „w zanadrzu”. W tej chwili posiadam ogromną ilość sprzętu, kilka aparatów, pełen zakres obiektywów, drony, własną drukarnię fotoobrazów i plakatów, które sprzedaje w WarsawGiftShop.com. Niedawno brałam udział w Międzynarodowych Warsztatach Fotograficznych dla młodych talentów. 

Jeszcze jeden cytat z tamtej rozmowy. Na pytanie, czy jest jakieś miejsce, do którego chciałabyś się dostać, ale jeszcze Ci się to nie udało, odpowiedziałaś: „Nie, Blogusz wszędzie wlezie”. Gdzie więc wchodziłaś przez ostatnie dwa lata?

Wszędzie. Osoby, które śledzą Blogusza – mój fanpage, doskonale to wiedzą. Wczoraj zdałam sobie sprawę, że właśnie minął rok od mojej pierwszej wystawy w Warszawie i to był to dla mnie absolutny szok. Nie zdążyłam nawet usiąść i spokojnie obejrzeć sobie wszystkich zdjęć, które wtedy zrobiłam — bardzo dużo wydarzyło się po drodze. Założyłam swój sklep, były wystawy w Australii i na różnego rodzaju targach. Chyba nie jestem w stanie wymienić wszystkich miejsc, w których byłam przez ostatnie dwa lata (śmiech). Staram się też częściej zaglądać do innych miast, także za granicę. Minione lato było bardzo intensywne pod tym względem – wraz z Maciejem Margasem, laureatem Grand Press Photo, z którym współpracuję, promowaliśmy Warszawę w czeskiej Pradze, gdzie przez miesiąc miała miejsce wystawa WARSAW ON AIR i nasze stoisko, potem wystawa poleciała dalej do słowackich Koszyc, gdzie również można ją było zwiedzać przez miesiąc. W międzyczasie sporo lataliśmy nad Warszawą w ramach trzech skomplikowanych projektów fotograficznych i filmowych, których premiera będzie miała miejsce tej jesieni. A jakby tego było mało  zjechaliśmy Polskę wzdłuż i wszerz, codziennie w innym mieście wspinając się na maszty telekomunikacyjne Emitela, fotografując i kręcąc z samej góry, film. Jeden z masztów na który się wspinaliśmy – w Giżycku – ma 327m wysokości, czyli jest 100 m wyższy od Pałacu Kultury (z igilicą)! To wyzwanie wiązało się z gruntownym przygotowaniem kondycyjnym, przejściem odpowiednich szkoleń do pracy na linach, w polu elektromagnetycznym etc.

W ostatnich latach mamy do czynienia z wysypem fanpage’y związanych z Warszawą. Nie sądzisz, że w końcu doprowadzi to do przesycenia i odbiorcy znudzą się tą tematyką?

Nie wiem, co mam odpowiedzieć na to pytanie. Rzeczywiście fanpagy jest sporo, ale są bardzo różne. Każdego interesuje co innego i każdy dokonuje własnych wyborów. Może być tak, że pewne mody przemijają — nie mnie to oceniać — ale nie sądzę, szczerze mówiąc, by dotknęło to zainteresowania Warszawą.

Ale duża konkurencja jest też wśród fotografów, czujesz na plecach oddech konkurencji? 

W dzisiejszych czasach jest tak, że każdy kto ma smartfona czy aparat fotograficzny czuje się fotografem. Jeśli chcemy rozmawiać o profesjonalnym podejściu do fotografii, to jest to zawód trudny. Nie każda osoba, która ma świetny sprzęt, potrafi zrobić coś ciekawego i ma pomysł na siebie, a to jest najważniejsze. Z drugiej strony jest bardzo dużo rodzajów fotografii, jedni robią sesje zdjęciowe, zdjęcia koncertowe, fotoreportaże, inni wesela czy modę. Ja swoją fotografię traktuję bardzo osobiście, ponieważ wejście na jakiś dach czy do upatrzonego miejsca to czasem proces, który zajmuje kilka miesięcy, to dużo trudniejsze, niż np. fotografowanie zachodu słońca nad Wisłą. 

Jeśli na facebooku „zalajkujemy” kilku warszawskich fotografów, to przez naszą tablicę przewija się ciągle to samo: zdjęcia Pałacu Kultury, panoramy z Mostu Siekierkowskiego, z placu Grzybowskiego to już warszawskie „leitmotivy”, które powtarzają się w nieskończoność. Rozumiem, że widzisz swoją pracę jako coś innowacyjnego, ale wymienione przeze mnie fotografie również spotykają się z dużym zainteresowaniem. Jak więc widzisz przyszłość warszawskiej fotografii? Jak powinna ona jeszcze bardziej zainteresować odbiorcę?

Dla mnie ciekawy jest aspekt socjologiczny: staram się docierać do miejsc, w których nie był nikt inny (bądź bardzo wąska grupa osób). Patrząc na to, co ludzie najchętniej zamawiają w Warsaw Gift Shopie, wyciągam następujące wnioski: są zdjęcia oryginalne, które intrygują ludzi, np. „Sen o Warszawie” czy „Morskie fale Alei Jerozolimskich” — wspólne dla tych fotografii jest to, że obie na pierwszy rzut oka nie wyglądają jak Warszawa, trzeba się dłużej zastanowić co to właściwie jest i gdzie to jest. Drugą grupę stanowią osoby, które na zdjęciach szukają miejsc, z którymi związani są osobiście: miejsce, gdzie się urodzili, wychowali i tak dalej, albo patrzą na kolory, czy dana fotografia pasuje im do wystroju wnętrza. Zdjęcia, które nas ciekawią na fanpage i te, które wieszamy sobie w salonie, to dwa różne światy. W ostatecznym rozrachunku oceniają cię odbiorcy, i to, co im się podoba jest wyznacznikiem twojej pracy. Ludzie doceniają też wysiłek na rzecz sfotografowania czegoś spektakularnego — na przykład pobudkę o piątej nad ranem, by sfotografować poranną mgłę — ponieważ wiedzą, że nie mogliby powtórzyć takiego ujęcia na własną rękę.

Wejście na jakiś dach czy do upatrzonego miejsca to czasem proces, który zajmuje kilka miesięcy.

Czy nadal nie masz ulubionego miejsca w Warszawie?

(śmiech). Mam tych miejsc bardzo dużo, dlatego nie potrafię wskazać jednego. Najwięcej czasu spędzam na Żoliborzu, uwielbiam spacerować na Kępie Potockiej czy nad Wisłą, chodzić po parkach. Bardzo często jem na mieście, więc zwiedzam też tę „kulinarną” część stolicy. Często odwiedzam Muzeum POLIN i Muzeum Warszawskiej Pragi, gdzie wisi moja fotografia.

Pod Twoimi zdjęciami na facebooku można często przeczytać komentarze pokroju: „Warszawa jest piękna”, „Cieszę się, że moje miasto się tak rozwija”… Zgadzasz się z tym? Niektórzy bardzo krytycznie wypowiadają się o planach i pomysłach na rozwój Warszawy, w szczególności o dość desperackiej i chaotycznej zabudowie wieżowcami.

Uważam, że Warszawa jako miasto zmienia się bardzo pozytywnie i to widać na moich zdjęciach. Moim głównym celem jest pokazanie Polakom, że to jest miejsce, które przeistacza w nowoczesną metropolię, cieszę się, jeśli inni też to zauważają. Obserwuje też, że wśród klientów Warsaw Gift Shopu coraz częściej zdarzają się osoby z innych miast czy zza granicy, którzy chcą mieć kawałek Warszawy na swojej ścianie. Myślimy o naszej stolicy coraz bardziej pozytywnie. Zmienia się styl życia np. w kwestii sportu. Gdy pojechałam na studia do USA, zaskoczyło mnie to, że wszyscy uprawiają sport na ulicach: jogging, rolki, rowery… W Polsce w tych czasach sport kojarzył się wyłącznie z WF-em, od którego wszyscy się migali. Teraz w weekendy w Warszawie na ścieżkach rowerowych jest taki tłok, że brakuje miejsca; są też siłownie plenerowe. 

Natomiast nie da się oderwać miasta od historii, która w tym przypadku była wyjątkowo ciężka, więc porównywanie się do Paryża czy Londynu nie ma w ogóle sensu ze względu na konkretny kontekst historyczno-ekonomiczny. Ja czuję się bardzo związana z Warszawą, choć mieszkam tu od niedawna. Często niepokoją mnie różne projekty związane z zabudową Placu Defilad i plany zagospodarowania, a raczej ich brak —  to jest bolączka wszystkich polskich miast, a do tego Warszawa ma duży problem z reprywatyzacją. 

Mówisz o tym, że nie mamy już czego się wstydzić i Warszawa jest coraz bardziej światowa. Z tym wiąże się temat dominacji języka angielskiego w przestrzeni miejskiej. Możemy już zapomnieć o „wieżach” czy nawet „centrach”, wszędzie są „plazy” i „towery”. Czy Twoim zdaniem jest to potrzebny wyznacznik umiędzynarodowienia Warszawy, czy raczej coś, co niszczy klimat miasta?

To ciężkie pytanie. Budynki, o których mówimy mają swoich prywatnych inwestorów, którzy mają prawo do nazwania ich jak chcą. Jeśli nazwy anglojęzyczne są obowiązujące, zamienianie ich na polskie mija się z celem, tak jak w przypadku marek odzieżowych etc. Z drugiej strony przykre jest, że języka polskiego nie ma trochę więcej. Osobiście jestem za tym, by polskich nazw było więcej, Możemy mieć jedynie nadzieję, że świadomość i moda na polskie nazewnictwo wróci. Jest kilka budynków, które mają swoje polskie nazwy i nie sądzę, by był to jakiś problem.

Niektóre apartamentowce również są nazwane po angielsku, jak chociażby Cosmopolitan Tower czy The Tides… A czy poparłabyś — gdyby powstała — inicjatywę, by sankcjonować prawnie obowiązek szanowania „językowej przestrzeni miejskiej” i nadawania budynkom polskich nazw?

Wydaje mi się, że to jest najmniejszy problem w całym spektrum tego tematu. Przede wszystkim chciałabym, by był większy wpływ na powstające projekty. Możemy regulować sobie wysokość i przeznaczenie budynku, ale jest duża dowolność co do estetyki. W mojej ocenie duża część nowych budynków nie pasuje do otoczenia, w którym ma powstać…

…już nie wspominając o reklamach.

Właśnie. Chciałabym, by była większa dbałość o przestrzeń, by budynki komponowały się jeden z drugim, a nie, żeby powstawały jako oddzielne byty. To przecież przekłada się na krajobraz miejski. Jeśli zaś chodzi o nazwy, to nie wiem, czy sankcjonowanie prawne byłoby dobrym pomysłem.  Mam nadzieję, że świadomość inwestorów wzrośnie na tyle, że sami będą widzieli w polskich nazwach potencjał.

Wydaje mi się, że jest w Warszawie trend, by wszystko wyglądało jak w zachodnich metropoliach, za którymi tak tęskniliśmy i przyjęliśmy za niedościgniony wzór — wysokie, i szklane. Nikt nie myśli o tym, by nowe budynki komponowały się z zabytkami. Może w tym leży źródło „pokraczności” i „nieudolności” nowych projektów? Może Polakom nie jest w stanie podobać się nic innego, niż strzeliste, szklane wieżowce?

Wieżowce ogólnie są symbolem potęgi, sukcesu, kariery i właśnie Zachodu. Dla dużej grupy Polaków praca w wieżowcu to synonim spełnienia zawodowego. W tym względzie Warszawa przyciąga rzesze ludzi z całego kraju — te biurowce muszą gdzieś powstawać i stwarzać przestrzeń do pracy. Sama interpretuję zdjęcie „Sen o Warszawie” jako długą i trudną drogę wiodącą do „szklanych domów”, którą nie każdemu uda się przejść. Ktoś, kto stawia biurowce, wykonał wcześniej badania i zna potencjał rynku, musiał więc dość do wniosku, że kolejne biurowce są potrzebne… Nie można mieć pretensji, że inwestorzy kalkulują głównie plusy i minusy biznesowe. W tej chwili jest dość duża dowolność budowlana; widać też, że ludzi ta tematyka bardzo interesuje i ciekawi, każdy news jest szeroko komentowany. Przestrzeń, w której żyjemy, nie jest nam obojętna, dobrze, że mamy swoje zdanie.

Jakie masz plany i zamierzenia na najbliższe lata?

Jest ich mnóstwo. Jeszcze nie o wszystkich mogę mówić. W tej chwili moim oczkiem w głowie jest Warsaw Gift Shop, który rozwijam, wprowadzam nowe produkty. Chcę także częściej fotografować w innych miastach. Z objazdu po Polsce wróciłam z olbrzymią liczbą zdjęć, które będę sukcesywnie publikować na Blogusz.pl

Które w pierwszej kolejności? Poza oczywiście Katowicami, które już były na Twojej tapecie.

Katowice to miasto fenomenalne, które przechodzi teraz absolutny renesans. Za każdym razem, gdy tam przyjeżdżam, jestem zachwycona, odkrywam coś nowego. Bardzo spodobał mi się Sandomierz, Rzeszów, chciałabym częściej odwiedzać Poznań. W zeszłym roku latałam śmigłowcem nad Bielskiem-Białą, czyli moim rodzinnym miastem. Mam nadzieję, że w tym roku uda mi się to powtórzyć, to miasto z lotu ptaka wygląda cudownie. Jest perfekcyjnie zaprojektowane.

Dziękuję za rozmowę.

Rozmawiał Bartosz Cheda

Forteczny weekend

Forteczny weekend

Twierdza Modlin to kolejna nieodkryta perełka turystyczna, położona raptem 25 kilometrów od granic Warszawy. Choć sama nazwa „Modlin” stała się rozpoznawalna dzięki portowi lotniczemu, to zabytki twierdzy wciąż czekają na odwiedzających. Sierpniowy weekend jest doskonałą okazją na krótki wypad do miejsca, gdzie krzyżuje się historia Polski, carskiej Rosji oraz napoleońskiej Francji.

13901667_1119269501453154_1378845108_o

Historia, czyli skąd się to wzięło

Choć nie zachował się na to żaden materialny dowód, już Szwedzi w trakcie XVII-wiecznego potopu wybudowali na terenach dzisiejszej twierdzy budynki o charakterze wojskowym. Na malowniczy Modlin, położony w widłach Wisły i Narwi, zwrócił również uwagę Napoleon Bonaparte, a po jego sromotnej klęsce w kampanii rosyjskiej, twierdzą zainteresował się carat. Świadczy to o tym, że Modlin w oczach wielu dowódców spod różnych flag, przedstawiał niemałą wartość strategiczną. Miejsce na naturalnym wzniesieniu i otoczone rzekami, stanowiło wręcz wymarzoną lokalizację dla fortecy.

Napoleon nie zdążył nacieszyć się Modlinem zbyt długo, ani zbytnio go rozbudować — gorączkowe przygotowania do obrony rozpoczęły się dopiero po rozbiciu francuskiej ofensywy na terenie Rosji, a że twierdza nie mogła się wtedy pochwalić szczególnie imponującą wartością bojową, musiała w końcu skapitulować wobec kontruderzenia rosyjskiego. Dopiero za car Mikołaja I, wobec likwidacji Królestwa Polskiego, Modlin stawał się coraz potężniejszy — stanowił on bowiem jeden z ważniejszych elementów systemu obrony Warszawy. W latach 1832-1883 powstało wiele budynków, w tym słynna cytadela — niewielu wie, że jest to najdłuższy budynek w całej Europie. Imponujących rozmiarów budowla w kształcie pięciokąta, zwieńczona dwiema wieżami, liczy sobie 2250 metrów długości.

Twierdza była obiektem samowystarczalnym, toteż poza obiektami czysto wojskowymi możemy tam podziwiać również magazyny (prochownie), cały ciąg zaopatrzeniowy (pralnia, piekarnia) oraz słynny spichlerz, zniszczony pod niemieckimi bombami w 1939 roku. Oprócz tego, wewnętrzną cytadelę okala skomplikowany system murów, które — choć trudno dostępne — mogą być ciekawą atrakcją dla miłośników wspinaczki. Całości dopełnia Reduta Napoleona, budynek forteczny zaprojektowany podobno przez Bonapartego we własnej osobie oraz cmentarz wojenny, na którym pochowani są między innymi bezimienni polscy żołnierze polegli w czasie wojny obronnej 1920 roku.

Modlin 2

Jak zwiedzać?

Twierdza Modlin oferuje na tyle dużo atrakcji, że spokojnie zapełnimy nimi cały turystyczny dzień. Przed wyjazdem warto zapoznać się z darmowymi przewodnikami, które wstępnie przybliżą nam bogactwo historyczne twierdzy oraz lokalizację poszczególnych obiektów (przy czym warto pamiętać, że, aby nie psuć przyjemności odkrywania, nie wszystkie zostały wspomniane w niniejszym tekście). Większość z nich można zwiedzić samodzielnie i bez opłat (te pobierane są jedynie za wstęp do Muzeum Kampanii Wrześniowej i Twierdzy Modlin i na Wieżę Czerwoną — szczególnie polecaną ze względu na fantastyczny widok). Warto jednak — zwłaszcza w przypadku grup, które Modlin odwiedzają po raz pierwszy — rozważyć wynajęcie przewodnika, który zapewni odpowiednią kolejność zwiedzania i merytoryczną wiedzę.

Zrzut ekranu 2016-08-03 o 21.57.31

 Zrzut ekranu 2016-08-03 o 22.14.44

Swoją wyprawę do Modlina najlepiej zacząć w „centrum dowodzenia”, czyli wspomnianym Muzeum. Nawet jeśli zrezygnujemy z przewodnika, znajdziemy tam bezpłatne mapki i materiały informacyjne (wliczając w to grę terenową z niedźwiedzicą Baśką Murmańską w roli głównej), a przy okazji zobaczymy ekspozycję wewnętrzną (niezły kawałek historii) oraz zewnętrzną (na tle skromnej kolekcji haubic zdecydowanie wyróżnia się samolot TS-11 Iskra).

13939954_1119269078119863_892989097_o

13931558_837393403028682_119699298_o

Spragnieni spokojniejszej rozrywki na łonie natury mogą udać się też na modlińską plażę, która oferuje spokojną atmosferę, możliwość wypożyczenia kajaków, a od czasu do czasu również nieco głośniejsze imprezy. Bazę gastronomiczną zapewnia kilka wątpliwej jakości lokali na terenie osiedla mieszkaniowego oraz zupełnie przyzwoita restauracja hotelu Royal.

A jak dotrzeć do Modlina? Najwygodniejszym środkiem transportu będzie oczywiście samochód, ale osoby nieposiadające prawa jazdy mogą liczyć na połączenia autobusowe (PKS Polonus Bus i prywatni przewoźnicy) oraz pociągi Kolei Mazowieckich. Do twierdzy najlepiej wybrać się w weekend, bowiem tylko wtedy możliwy jest wstęp na Wieżę Czerwoną.

Zdjęcia: Dominika Anastazja Blachowska, Zuzanna Kiwerska, Bartosz Cheda

Warszawa w eterze

Warszawa w eterze

Kto w dobie internetu i cyfryzacji słucha jeszcze analogowego radia? Na czym polega praca w newsroomie lokalnej, warszawskiej rozgłośni? Czy warto studiować dziennikarstwo? Jak wykorzystać wiedzę, ile dzielnic ma Warszawa? Czy życie stolicy można porównać do „Mody na Sukces”? Na te i wiele innych pytań, wprost ze studia przy ul. Narbutta, odpowiada Paweł Nadrowski – szef newsroomu Radia Kolor.

Posłuchaj rozmowy:

Bartosz Cheda: Pierwsze pytanie nie będzie zaskoczeniem — jak trafiłeś do radia i skąd się w ogóle wzięło zainteresowanie nim?

Paweł Nadrowski: Na radiu miało się nie kończyć. Na początku miała być telewizja; już w liceum zastanawiałem się, jak wejść do świata dziennikarstwa. Zacząłem spotykać się z dziennikarzami, głównie telewizyjnymi, śledziłem codziennie serwisy informacyjne. Bardzo pomógł mi facebook, potęga social media jednak robi tutaj swoje. Każdy z dziennikarzy jak jeden mąż powtarzał mi jedną rzecz: „absolutnie nie zaczynaj od telewizji, idź do radia”. Mówili jeszcze „absolutnie nie idź na dziennikarstwo”, ale tutaj stwierdziłem, że ich nie posłucham. I faktycznie — radio jest dobrą szkołą dla kogoś, kto nigdy nie miał do czynienia z dziennikarstwem.

Jaka jest specyfika pracy dziennikarza radia lokalnego, w porównaniu do rozgłośni ogólnokrajowych?

Mamy tę przewagę nad radiem ogólnopolskim, że jesteśmy bliżej słuchaczy. Na przykład, możemy pozwolić sobie na antenie na korki, czyli powiedzieć, w którym miejscu nie przejedziemy, a którą drogą, dla odmiany, przejedziemy szybciej. Poza tym, jako radio lokalne stawiamy na tematy, które zainteresują tego, kto mieszka na „naszym podwórku” i podwórko obok. Mówimy zarówno o tym, że nastąpi Brexit, a za chwilę o pani Gieni, która zostawiła torebkę w tramwaju numer 17 i pytamy, czy ktoś jej przypadkiem nie znalazł. Wydaje mi się, że jest to forma „puszczenia oczka” do naszego słuchacza, który czuje, że jesteśmy z nim.

Mówiąc o radiu ogólnie — nie uważasz, że ono powoli umiera, a przynajmniej w formie tradycyjnej, w czasach, kiedy sporo rozgłośni w całości lub części przechodzi na nadawanie internetowe? Czy radio nie jest więc przestarzałym medium?

Takie same rzeczy wieści się prasie i telewizji. Nie wydaje mi się, żeby to szybko nastało, ponieważ słuchacz, telewidz, czytelnik ma wybór — albo coś dopasowanego do jego potrzeb, i tu faktycznie mówimy o kanałach internetowych dedykowanych pod muzykę jazzową czy rockową. Mają one tę przewagę, że są lepiej dopasowane — jeśli jedna piosenka mi nie pasuje, mogę szybko zmienić stację na inną. Ale my za to oferujemy coś, czego radio internetowe nie posiada — profesjonalizm. Sam powiedz, ile znasz rozgłośni stricte internetowych, które odpalasz, bo chcesz posłuchać muzyki jazzowej i pomiędzy piosenkami słuchasz jakiegoś ciekawego wywiadu.

Żadnej…

No właśnie. My, w przeciwieństwie do radia internetowego dysponujemy budżetem. Możemy zatrudnić dziennikarzy, którzy specjalizują się np. w wywiadach.

Tak, ale znaczenie ma sama forma nadawania. Chodziło mi o to, że radio wymiera w formie tradycyjnej, ponieważ nawet poważne rozgłośnie — chociażby Kolor — stawiają coraz silniej na możliwość słuchania ich w internecie. Nie jest tak, że coraz więcej słuchaczy preferuje właśnie wersję on-line? A po drugie, wydaje mi się że do lamusa odchodzi radio czysto tradycyjne — takie, w których prezenter wypowiadał się na dowolny temat i sam dobierał muzykę, którą prezentował na antenie. Czy radio w obecnych czasach nie musi desperacko dostosowywać się do komercyjnej rzeczywistości, by przetrwać? Przez to na przykład prezenterzy mają narzucone, komercyjne treści swoich wejść, chociażby rozwiązanie konkursu…

Nie… Nie możemy mówić o czymś takim, że rozwiązanie konkursu jest tematem narzuconym. To znaczy — po części jest narzucony, ale też konsekwentny. To, co robimy, robimy dla słuchaczy. Słuchacze chcą brać udział w konkursach, więc każdy z nich trzeba rozwiązać. Jeśli chodzi o samo radio analogowe — zdajesz sobie sprawę z tego, że na wzór telewizji następuje cyfryzacja radia? Nie sądzę, by dochodziło tutaj do „reanimowania trupa” — ktoś widzi potencjał w radiu analogowym i chce, żeby ten „analog” przeszedł do lepszej, cyfrowej wersji.

Czy Twoim zdaniem zawód radiowca może być frustrujący? Sztywne ramy działania, niestandardowy czas pracy…

Na przykład jakie ramy masz na myśli, ten konkurs? (śmiech)

To był tylko mały urywek!

Więc chodzi o to, że mamy się wypowiadać w konkretnych godzinach…

…i na konkretne tematy. To nie jest, moim zdaniem taka swoboda dziennikarska, jakiej oczekiwałoby się od człowieka, który własnym nazwiskiem — i głosem — firmuje jakąś audycję.

Powiedz mi w takim razie, co postrzegasz jako dziennikarską wolność. Tutaj oczywiście możemy wkroczyć na głębszą wodę, ale są pewne zasady, które obowiązują w każdym medium, czyli na przykład reklamy o konkretnych godzinach. Nie jest tak, że ktokolwiek narzuca komuś: „na antenie masz mówić o tym i o tym”, wymagania brzmią za to: „masz mówić o tym, co chcesz, ale w konkretnych godzinach”. Chodzi o to, by nie zagadać słuchacza. Nie bez powodu pewne „mądre głowy” przeprowadzają analizy konkretnych profili radia. Jeśli więc mamy do czynienia z radiem „mówionym”, na antenie gada się non stop, tam trafisz na jedną-dwie piosenki w ciągu godziny i nikt nie mówi o żadnym ograniczeniu wolności. Dziennikarze mają pełną świadomość tego, gdzie decydują się pracować, jaki jest profil tej stacji i, co za tym idzie, jaki jest profil słuchacza. Jeśli ktoś chce słuchać więcej muzyki, będzie go irytował prezenter, który odzywa się co chwilę. W takim przypadku dziennikarz ma określone, według tak zwanego zegara, że może mówić na przykład raz na dziesięć minut.

Tak jak w Kolorze?

To tylko przykład, tak jest w wielu innych stacjach komercyjnych. Jeśli posłuchasz paru takich rozgłośni to zorientujesz się, że pod tym względem nieszczególnie się różnią.

Ale konieczność pracy w niestandardowych porach dnia, bądź w weekendy, a także — nie oszukujmy się — dość niewygórowane wynagrodzenie…

…to zależy już od dziennikarza. (śmiech)

Oczywiście. Ale te okoliczności, które wymieniłem, nie składają się chyba na obraz człowieka wykonującego ten zawód z innych pobudek niż czysta pasja. Dlatego myślę, że w przypadku nowicjuszy radiowych, zderzenie ich wyobrażeń z rzeczywistością może być bolesne.

Jest wiele różnych zawodów, które wymagają pracy w niedzielę, święta i innych niestandardowych porach. To że ktoś pracuje, tak jak ja, od 5 do 12, jest dla niego czymś normalnym. Nie jest tak, że cały świat idzie do pracy na 9, a wychodzi o 17, vide strażacy, lekarze, policjanci… Jeśli chodzi o dziennikarza, to można zadać sobie pytanie — czy dziennikarzem się jest, czy się bywa? Jeśli to drugie, to bywa się nim właśnie od wspomnianej 9 do 17. Jako dziennikarz nie patrzysz, czy akurat masz wolne — jeśli widzisz, że płonie most Łazienkowski, nie patrzysz na to czy jesteś w pracy czy może w kinie, tylko idziesz i robisz swoje, bo masz „nerwówkę” i czujesz, że powinieneś zająć się takim tematem. Oczywiście mówię to z własnej perspektywy dziennikarza newsowego.

Jako dziennikarz nie patrzysz, czy akurat masz wolne — jeśli widzisz, że płonie most Łazienkowski, idziesz i robisz swoje.

Średnia ilość newsów w jednym serwisie informacyjnym

Średnia ilość tematów w programie "Tydzień w Warszawie"

No właśnie, Ty zajmujesz się przede wszystkim informacją. Masz dobre pojęcie o tym, jakie jest na nie zapotrzebowanie w obecnym radiu. I stąd moje pytanie — czy słuchacze nie oczekują przede wszystkim muzyki i ewentualnie samej osobowości prezentera, a z serwisów informacyjnych interesuje ich przede wszystkim pogoda i sytuacja na drogach?

To zależy, gusta są różne. Nie można do końca przewidzieć, co spodoba się słuchaczom. Mogę tylko mieć nadzieję, że serwisy, które ja przygotowuję, spotykają się z dobrym odbiorem, bo umieszczam w nich to, co sam chciałbym usłyszeć. Powiem tylko, że serwisy informacyjne są atrakcyjne — ale jeśli spytasz pana Krzysia z ulicy Madalińskiego, to ten odpowie, że jego kompletnie nic nie interesuje. Natomiast pani Marysia z Żoliborza może mieć odwrotne zdanie — serwis był w porządku, ale brakowało konkretnych informacji i chciałaby usłyszeć więcej. Dobieramy różne tematy tak, by każdy znalazł coś dla siebie. Jeśli dla jakiegoś słuchacza chociaż pogoda będzie atrakcyjna, to też się z tego cieszę.

Te serwisy w porannym szczycie prowadzisz co 30 minut. Jak nadążasz z przygotowywaniem porcji informacji co pół godziny? W końcu nie chodzi tylko o wejście do studia i odczytanie wiadomości przed mikrofonem.

To nie jest tak, że dziennikarz newsowy ma na biurku stertę gazet i każdą z nich musi przynajmniej przekartkować. Bardzo pomaga tu internet i ogólnie nowe technologie. Na wiadomości lokalne mam swój patent — przed pójściem spać przeglądam wydarzenia z bieżącego dnia i zapowiedzi wydarzeń z następnego. Wiadomo, że świat rano jeszcze śpi i nie dostarcza zbyt wielu ciekawych informacji. O siódmej niewiele się dzieje, nie ma konferencji prasowych… W mojej pracy bardzo pomagają agencje newsowe — Polska Agencja Prasowa, Newseria i wiele więcej, nie sposób wymienić wszystkie. Depesze informują nas w skrócie, co w danym momencie jest istotne, my przeredagowujemy do „z polskiego na bardziej polski”.

Potencjalnych tematów jest na pewno sporo. W jaki sposób odróżniasz informacje ciekawe od tych niewartych uwagi? Sam pamiętam, że w trakcie stażu w Kolorze powiedziałeś mi kilka razy, że dany temat nie zainteresuje słuchaczy.

W takim razie może od razu powiesz o co chodziło, wtedy odniosę się do tego najprościej. (śmiech)

Jeden był o tygodniu artystycznym (nie przywołam szczegółów), drugi dotyczył otwarcia pl. Europejskiego przy Warsaw Spire…

…który jest komercyjną inicjatywą.

Wszystko w Warszawie jest komercyjne!

Ty stawiałeś głównie na kulturę i to zrozumiałe. Jednak każde radio ma swój target, pod który musimy stworzyć dany temat. W przypadku Radia Kolor są to kobiety od 25 do 49 roku życia i na nich się koncentrujemy. Jeśli chodzi o inicjatywy kulturalne nie chcemy wchodzić w szczegóły, bo kultura jest specyficzna — konkretne wydarzenia interesują nielicznych, co widać po frekwencji na takich eventach. Wiadomości to wiadomości. Dostosowujemy się do rytmu dnia, po godzinie 18 kończą się wiadomości i przestajemy stresować ludzi polityką — wtedy, podobnie jak w weekendowe poranki, mówimy o kulturze, nawet o świecie jazzu, którego nie puszczamy i z którym nasz słuchacz teoretycznie nie ma nic wspólnego.

Wrócę do początku naszej rozmowy, kiedy powiedziałeś, że zignorowałeś wszystkie rady dotyczące studiowania dziennikarstwa. Krąży opinia, że ten kierunek to fabryka bezrobotnych magistrów. Czy wiedza teoretyczna zdobyta na dziennikarstwie faktycznie pomaga Ci w pracy? A może liczy się praktyka i równie dobrze mógłbyś być politologiem albo ekonomistą?

(śmiech). Jeśli chodzi o studiowanie dziennikarstwa… zdecydowanie odradzam. Ale tylko pod kątem nauki teoretycznej. Mógłbym oczywiście powiedzieć: „absolutnie nie idźcie!”. Idźcie. Niech każdy robi w życiu to, co chce i to, co go kręci. Przyznam, że samo dziennikarstwo, z perspektywy studiów, niewiele mnie nauczyło. Może dlatego, że pracę w rozgłośni radiowej zacząłem już na II roku.

A może dlatego, że opuszczałeś większość zajęć?

Akurat zajęcia na dziennikarstwie pozwalają na to, by je opuszczać. Przykładowo, na pierwszym roku mieliśmy przedmiot, na którym tylko i wyłącznie definiowaliśmy skróty. Wykładowca przez cały semestr przerabiał z nami takie zagadnienia jak: co to jest ZOMO, ORMO, KPRM… To były takie oczywistości, że człowiek był nie tylko zaskoczony, ale i załamany (część studentów nie wiedziała…). Jeśli ktoś chce iść na dziennikarstwo, to na pewno będzie miał dużo czasu na rozwój praktyczny. A przy pierwszej rozmowie rekrutacyjnej, potencjalny szef spyta nas: „Ok, skończyłeś dziennikarstwo, ale co ty właściwie umiesz?”. Wtedy najlepiej powiedzieć: „Skończyłem politologię”, „filologię” albo „historię”. Od razu wiadomo, że na czymś się znasz. Nie jest oczywiście tak, że wszyscy idący na dziennikarstwo są z góry skazani na bezrobocie. Ale większość na pewno. Ostatnio przeczytałem raport, z którego wynika, że 90% studentów tego kierunku w ogóle nie wiąże przyszłości zawodowej z dziennikarstwem.

Można powiedzieć, że to taki wypełniacz?

Dokładnie. Coś, żeby mieć papierek. Więc po części jest to faktycznie fabryka bezrobotnych, ale wydaje mi się, że bardziej z winy samych studentów.

DSC_6052

Zadam Ci teraz moje ulubione pytanie: ile dzielnic ma Warszawa?

Osiemnaście. (śmiech)

Pamiętam, że dostałem od Ciebie to pytanie na rozmowie rekrutacyjnej…

…a ja nie pamiętam, czy znałeś odpowiedź!

Znałem! (śmiech)

Więc przyklaskuję, bo wbrew pozorom większość nie wie.

I z tym wiąże się następne pytanie: czego jeszcze oczekuje się od praktykantów w Radiu Kolor?

Przede wszystkim otwartości, ciekawości świata i głowy pełnej pomysłów. Nie wymagamy umiejętności związanych na przykład z edycją dźwięku, ponieważ właśnie po to są praktyki, by się tego nauczyć. My zapoznajemy ze sprzętem reporterskim, programami do montażu i pomagamy wydobyć z człowieka śmiałość, dzięki której taki stażysta będzie chciał sięgać po więcej. Staż jest najlepszą możliwością stworzenia sobie drzewka decyzyjnego, które umożliwi nam uzyskanie odpowiedzi na pytanie: chcę być dziennikarzem czy nie?

Trzeba być varsavianistą?

Oczywiście, że nie trzeba, ale biorąc pod uwagę lokalny profil naszego radia, trzeba mieć rozeznanie w kilku „warszawskich” rzeczach. Wtedy, nawet bez wiedzy, ile dzielnic ma Warszawa, wystarczy chęć do nauki.

Sam określiłbyś się mianem varsavianisty?

W stolicy jest mnóstwo wybitnych varsavianistów, więc bałbym się takiego określenia względem siebie. (śmiech)

Ale przecież co tydzień tworzysz dwugodzinną audycję, w której znajduje się ogromna ilość warszawskich informacji. Nie sądzisz, że po kilku latach pracy nad takim programem, prezenter staje się prawdziwą encyklopedią?

Muszę poczekać jeszcze kilka lat, by powiedzieć ci, czy tak faktycznie jest. Audycja, o której wspomniałeś, to weekendowy program „Tydzień w Warszawie”. Od godziny 6 do 8 nie ma tam ani jednej piosenki. Usłyszymy tylko słowo, i to słowo wyłącznie o Warszawie. Słuchając tydzień w tydzień takiego programu można dojść do wniosku, że mamy do czynienia z jakimś serialem. Nie wiadomo, jak dalej potoczy się życie miasta, Warszawa to momentami taka dobra „Moda na sukces”.

Porozmawiajmy jeszcze chwilę o Twojej codzienności. Zajmujesz się serwisami i programem „Tydzień w Warszawie”. Czym jeszcze?

Przede wszystkim koordynowaniem pracy newsroomu. To, co jest na antenie jest wisienką na torcie, na tym, co cały czas robimy w radiu. Żeby jakąś informację przekazać, najpierw trzeba ją znaleźć, wypytać się o szczegóły, nadać jej atrakcyjną formę… Najtrudniejszymi elementami są: znalezienie newsa i dotarcie do osoby, która mogłaby coś ciekawego powiedzieć. Reszta to fraszka.

Zdarza Ci się też prowadzić audycję w plenerze, z całym mobilnym studio. Jak się do tego przygotowujesz i jakie są największe różnice pomiędzy nadawaniem z siedziby radia i z pleneru?

Ktoś kiedyś stwierdził, że kumam wszystko, co zobaczę chociaż raz. W ten sposób dostałem w Kolorze szybki kurs obsługi sprzętu do nadawania zewnętrznego. Jeśli nasze radio nadaje z pleneru, to jest duża szansa, że będzie można mnie spotkać za konsoletą. Podstawową różnicą jest brak przewidywalności. Studio to azyl, gdzie masz gwarancję, że wszystko zadziała — za to odpowiada technik i sztab ludzi z działu IT. Nawet jeśli dojdzie do awarii, zaraz zgromadzi się tuzin osób, które zajmą się usunięciem usterki. „Na mieście” jesteś skazany sam na siebie, ewentualnie na pomoc telefoniczną. Przypadkowi ludzie też potrafią sprawić niespodziankę. Jako przykład podam program „Kolor i Przyjaciele”, w którym co piątek wybieramy się do jakiejś restauracji i z niej nadajemy. Przesłanie jest proste: kończy się tydzień, zapraszamy — każdy może przyjść i opowiedzieć jakąś historię, chociażby o tym, jak minął czas w pracy. Nie wiadomo, kto przyjdzie i jaką opowieść ma do zaoferowania…

To leci na żywo?

Tak, na żywo jest każdy program emitowany ze studia plenerowego.

Jedno wydarzenie z pracy w Kolorze, które szczególnie zapadło Ci w pamięć?

Pytasz o aspekt newsowy czy towarzyski?

O każdym, przecież praca dziennikarza to nie tylko sucha obróbka informacji.

Zażyłeś mnie teraz… (dłuższe zastanowienie). Wydaje mi się, że to był ten pożar Mostu Łazienkowskiego.

Dla dziennikarza radiowego chyba najważniejszy jest głos. To cecha, dzięki której jest lubiany i rozpoznawany. Jak długo pracowałeś nad swoim głosem, by móc swobodnie czytać serwisy i co robisz obecnie, żeby utrzymać formę?

Regularne czytanie na głos jest kluczowe — nieużywany mięsień zanika, a mięsień niewyćwiczony jest do niczego. Na początek warto wybrać się do logopedy, który podpowie, nad czym należy szczególnie popracować. Poza tym logopeda na pewno przepisze jakieś ćwiczenia na dykcję, które trzeba regularnie wykonywać. W moim przypadku największym problemem było mlaskanie, „ćlamkanie”. Taki dźwięk w połowie słowa brzmiał dziwnie; bardzo się stresowałem, że nie będę w stanie sobie z tym poradzić. Jak się okazało, wystarczy trochę szerzej otwierać usta. Ważna jest również praca przepony. Co pamiętasz z naszej pracy przed mikrofonem? (śmiech)

Zdecydowanie dmuchanie w kartkę.

To pozwala zachować odpowiednią pracę przepony. Bierzemy kartkę A4, drzemy ją na ćwierć, przykładamy do ściany i dmuchamy w nią tak szybko i długo, jak to tylko możliwe, tak, aby nie spadła na ziemię.

I po takich ćwiczeniach można wejść do studia i dumnie przeczytać serwis!

Na przykład — czego osobiście każdemu życzę.

Dziękuję za rozmowę.

Ja również dziękuję.

Rozmawiał Bartosz Cheda, fot. Jarek Zuzga