Rzeźbiarz staromiejski

Rzeźbiarz staromiejski

Rzadko się zdarza, że zaglądając komuś przez płot na prywatne podwórko, usłyszy się „zapraszam, wejdźcie, mam dobre młode wino”. A to właśnie nam się przydarzyło pewnego upalnego dnia, w czerwcu 2014 roku. Pomagaliśmy wówczas przy sesji fotograficznej na Starym Mieście, a gdy praca się skończyła, urokliwymi Kamiennymi Schodkami zeszliśmy na dół, do Bugaju, gdzie na trawniku stoją intrygujące kamienne rzeźby – na pewno znacie to miejsce. My też niby znamy – choć jak się okazało, tylko powierzchownie.

Trochę nieśmiało, ale skuszeni okazją zwiedzenia bajkowo wyglądającego podwórza, z zaproszenia skorzystaliśmy. Gospodarzem okazał się autor wspomnianych rzeźb – Zbigniew Maleszewski. Artysta w pierwszym już kontakcie wzbudzał sympatię i zaufanie –  postawny, wysoki, siwy starszy pan, z przesympatycznym uśmiechem na twarzy, spojrzeniem pełnym ciepła i wielkimi dłońmi, godnymi zawodu, który uprawiał. Od razu podsunął nam ogrodowe fotele i nalał po kieliszku wina.

Usiedliśmy zatem w tym pięknym podwórku, przypominającym trochę romantyczne zaplecza domów na południu Europy. Zewsząd otaczały nas kamienne rzeźby, w różnych stadiach wykończenia, drewniane stoły, stoliki, taborety, wiszące lampy naftowe, zestawy narzędzi, a całość tonęła w pnącej się zieleni.

Z początku trochę nie wiedzieliśmy o czym rozmawiać, bo cała sytuacja była dla nas zaskoczeniem, na szczęście pan Zbigniew okazał się być bardziej sprawny towarzysko i sam zaczął opowiadać – najpierw o tym, jak wino jego produkcji jest popularne w Warszawie. Że piją go wszyscy jego znajomi, artyści, koledzy z ASP, ale też sąsiedzi ze Starówki, i że dzięki niemu czuje się zdrowo mimo wieku, i ma siłę do pracy. Wino faktycznie było smaczne, orzeźwiające, idealne na tak upalny dzień.

Potem pokazywał nam różne rzeźby, część robionych na zamówienie dla prywatnych kolekcjonerów, część na sprzedaż dla turystów, inne robione ot tak, dla siebie, pod wpływem natchnienia. Na pytanie, czy dobrze się sprzedają, odpowiedział, że całkiem nieźle, pomimo cen idących w tysiące złotych. Jakby na potwierdzenie tych słów rozmowę przerwał nam turysta z Francji, zainteresowany kupnem kamiennej figurki. „Ten nie kupi, przyszedł tylko pooglądać” – powiedział pan Zbigniew wstając, po czym płynnie przeszedł na francuski, coś tłumacząc gościowi. „Ja ich rozpoznaję z daleka” – dodał, gdy klient poszedł faktycznie nic nie kupując – „od razu wiem, który kupi, a który tylko udaje”.

Zbigniew Maleszewski urodził się w 1924 roku w Łyszczycach (obecnie Białoruś). Jego pradziadek był pułkownikiem, dowódcą Powstania Listopadowego na Wileńszczyźnie, zesłanym po upadku powstania na Sybir. Jego syn, czyli dziadek pana Zbigniewa, powrócił do Białegostoku jako młody chłopak, brał udział w I Wojnie Światowej. Po odzyskaniu niepodległości ożenił się i miał dwie córki – matkę i ciotkę pana Zbigniewa.

A on sam młodość spędził w Wilnie, gdzie brał udział w operacji „Ostra Brama” (1944 r.), w której – jak wspominał – musiał walczyć przeciwko niektórym swoim kolegom ze szkoły, co było strasznym przeżyciem i na zawsze zostawiło ślad w jego psychice. W pracowni, do której nas zaprosił, miał wiele pamiątek z tamtych czasów: pistolety, strzelby, bagnety, wojskowe hełmy. „Za peerelu miałem z tym trochę kłopotów” – opowiadał – „milicja sprawdzała, czy nie jest to przypadkiem nielegalne posiadanie broni”. Ale nawet jeśli kolekcja była nielegalna, to wszelkie takie sprawy pan Zbigniew załatwiał z sąsiadem – emerytowanym pułkownikiem Urzędu Bezpieczeństwa, byłym wiceministrem, z którym łączyło go wspólne hobby – pędzenie bimbru. „To był przyzwoity facet, paznokci nie rwał. A jakie robił nalewki!” – wspominał. Koniec końców milicja zgodziła się zostawić broń w spokoju, pod warunkiem, że spusty zostaną zakłódkowane – co pan Zbigniew dla świętego spokoju zrobił. Znajomość z pułkownikiem miała jeszcze jedną korzyść –  w piwnicy pana Zbigniewa działała drukarnia nielegalnej opozycyjnej gazety – Przeglądu Wiadomości Agencyjnych. Ryzyko wpadki było nieduże, bo kto ośmieliłby się kontrolować mieszkanie przyjaciela wiceministra. Pod latarnią najciemniej – wiadomo.

Po wojnie, w 1945 roku, pan Zbigniew został z Wilna „wyrzucony”, jak sam to określał. Bydlęcym wagonem, z niewielką walizeczką, przyjechał do Lublina, gdzie przyjęto go na świeżo powstałą Politechnikę, na wydział architektury, bez egzaminów. Komisja wzięła pod uwagę, że miał ukończone liceum budowlane, poza tym fachowcy byli zrujnowanej Polsce potrzebni na szybko. Po roku przeniósł się do stolicy, podejmując jednocześnie studia na Politechnice (architektura) i ASP (rzeźba). „W Warszawie wszędzie było daleko. Kupiłem sobie rower, żeby zdążyć z jednych zajęć na drugie” – wspominał. Sport był zresztą panu Zbigniewowi nieobcy – należał do AZS, został nawet (choć jak twierdzi – przypadkowo) mistrzem stolicy w skoku w zwyż. „Tak się złożyło, że wszyscy najlepsi zawodnicy wyjechali na jakieś inne zawody, no i dlatego ja wygrałem” – śmiał się. Po studiach mieszkał kątem u różnych znajomych, między innymi na Mariensztacie, skąd obserwował budowę trasy W-Z i obsuwającą się skarpę pod kościołem św. Anny. Trzy lata przepracował w Instytucie Wzornictwa Przemysłowego, brał udział w pracach projektowych metra. O zrujnowanej Warszawie mówił: „Pamiętam, że ze wszystkich ocalałych kamienic skuwano zdobienia i architektoniczne detale”. W 1960 roku otrzymał od miasta pracownię przy ul. Bugaj – tę właśnie, w której go spotkaliśmy.

A pracownia pana Zbigniewa wyglądała niesamowicie. Podobnie jak na podwórku, wypełniona była rzeźbami. Uwagę zwracało stojące na komodzie popiersie kobiety – „to moja siostra, niestety już nie żyje” – wyjaśnił. Prócz rzeźb było tam mnóstwo obrazów – prezentów od licznych znajomych pana Zbigniewa – wybitnych artystów, profesorów ASP. Półki wypełnione były pamiątkami, o których z chęcią opowiadał, a każda miała swoją historię godną osobnego artykułu. Pamiątki z Wileńszczyzny, dyplomy, stare fotografie. Czaszki ludzkie i zwierzęce. Mamuci róg. W kącie na poduszce drzemał bury kot; na nasz widok pierzchł do piwnicy – tej, w której kiedyś była drukarnia. Kotów, jak się potem okazało, było tu więcej, ale kryły się w zakamarkach podwórka. „Dokarmiam je” – mówił. Wszystkie wykastrowane i zaszczepione, bo pan Zbigniew odpowiedzialnie korzystał z miejskiego programu opieki nad dzikimi kotami, a dzięki kociemu wsparciu na obejściu nie prześlizgnęła się najmniejsza nawet mysz.

Po schodkach na górę można było dostać się do biblioteki pełnej książek ze wszystkich chyba zakątków świata. Mnóstwo literatury fachowej, albumów fotograficznych, malarskich. Wśród nich maszynopisy autorstwa samego gospodarza: „napisałem siedem książek, wciąż leżą w szufladzie”. Tu i ówdzie różne symbole masońskie – bo pan Zbigniew, jak wielu architektów i rzeźbiarzy – był wolnomularzem, o czym chętnie i ciekawie opowiadał.

Za swoją pracę Zbigniew Maleszewski otrzymał wiele nagród, w tym między innymi najwyższe państwowe odznaczenie dla artystów – złoty medal „Gloria Artis”. Został też odznaczony Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski, z czym łączy się zabawna historia: pewnego dnia pan Zbigniew dostał zaproszenie na uroczystość wręczenia Krzyża Wielkiego Orderu Odrodzenia Polski, która odbyć się miała na Zamku Królewskim. Wyróżnienie to przyznane zostało pośmiertnie generałowi Aleksandrowi Krzyżanowskiemu, odebrać je miała jego córka Olga. A że do Zamku z Bugaju droga krótka, to pan Zbigniew postanowił dla rozrywki przejść się w towarzystwie zaprzyjaźnionej sąsiadki – aktorki. Na wydarzenie trochę się spóźnił, więc z towarzyszką stanęli gdzieś z tyłu. No i nagle wyczytują jego nazwisko. „Zastanawiam się, kto może tak samo się nazywać?” – zdziwił się, a tymczasem jakaś niezydetyfikowana ręka wyciąga go przed publiczność i sadza na krześle. Po chwili na sali zjawił się prezydent i wręczył kilkunastu osobom Krzyż Kawalerski, w tym zaskoczonemu panu Zbigniewowi. „No i wracałem sobie wieczorem Starówką z przypiętym do klapy medalem” – wspominał z uśmiechem. Odznaczenie było oczywiście powodem do dumy, ale przynosiło też pewne doraźne korzyści: „po jakimś czasie moi przyjaciele uradzili, że trzeba oblać to wydarzenie. Siedzymy sobie zatem na tarasie, 11 wieczór, pijemy winko,  a tu pewna wrażliwa sąsiadka zadzwoniła po policję, że za głośno. No i faktycznie przyjechała policja, ale jak zobaczyli mój Krzyż w klapie, to zasalutowali, przeprosili i poszli”. Historia ta pokazuje w piękny sposób, jakim skromnym człowiekiem był pan Zbigniew, i jaki miał dystans do samego siebie.

W pracowni i na tarasie u pana Zbigniewa czas płynął niezauważenie. Dopiero zachodzące słońce przypomniało nam, że siedzimy tu już parę ładnych godzin. Coś miał w sobie takiego pan Zbigniew, że nie chciało się od niego wychodzić. Nic dziwnego, że znajomych i przyjaciół miał mnóstwo. Przez cały czas, gdy rozmawialiśmy, uśmiech nie schodził z jego twarzy. Mowę miał płynną, ton śpiewny, gawędziarski, z charakterystycznym wileńskim akcentem. Słuchać można by było bez końca. Ale my przecież niezapowiedzianymi gośćmi byliśmy, i wypadało jednak dać gospodarzowi trochę spokoju, choć ten – trzeba przyznać – nie przejawiał żadnych objawów zmęczenia. A przecież rozmawialiśmy z 90-latkiem! „Litwini tak długo żyją” – śmiał się – „mam to po matce”. W końcu jednak idziemy, ale obiecujemy sobie, że jeszcze kiedyś wpadniemy, na dłużej, pogadać. „Zawsze przychodźcie” – powiedział nam na pożegnanie.

Niestety, już nie napijemy się młodego wina z przemiłym panem Zbigniewem. Rzeźbiarz odszedł w maju tego roku, w wieku 93 lat. Mamy nadzieję, że jeszcze zdążył pojechać do rodzinnego Wilna, bo planował wycieczkę – a jakże – z grupą przyjaciół. My na pewno nigdy go nie zapomnimy, otwartego, życzliwego, uśmiechniętego, prawdziwego wilnianina i warszawiaka, rzeźbiarza staromiejskiego. Pomyślcie o nim ciepło, gdy będziecie przechodzić ulicą Bugaj!

Tekst i zdjęcia: Jarek Zuzga

Zobacz więcej zdjęć:

Gwara Warszawska ma swój skwer

Gwara Warszawska ma swój skwer

12 października 2017 r. na warszawskiej Woli uroczyście nadano niewielkiemu placykowi na tyłach dawnego PeDeTu imię Gwary Warszawskiej.

Inicjatorem akcji był Janusz Dziano, warsawianista, miłośnik Woli, twórca facebookowego profilu „Jestem z Woli”. Na uroczystości obecni byli radni dzielnicy oraz miasta, miłośnicy Warszawy, okoliczni mieszkańcy. Przemowę wygłosił m.in. Piotr Grygoruk z Trupy Teatralnej Warszawiaki, który podkreślił, że skwer upamiętnia nie tyle samą gwarę, ile przede wszystkim tysiące zwykłych warszawiaków, którzy mową tą posługiwali się w życiu codziennym. Zobaczcie zdjęcia z tego wydarzenia:

Czy rozpoznasz rondo po układzie torowym?

Czy rozpoznasz rondo po układzie torowym?

Przez wiele warszawskich rond przejeżdżają tramwaje. Czy potrafisz rozpoznać, o które rondo chodzi, mając do wglądu jego układ torowy? Dla uproszczenia (ale i utrudnienia jednocześnie!) kierunki świata zostały „zaokrąglone” do podstawowych – północ, południe, wschód, zachód. Zapraszamy do rozwiązania poniższego quizu!

Przez wiele warszawskich rond przejeżdżają tramwaje. Czy potrafisz rozpoznać, o które rondo chodzi, mając do wglądu jego układ torowy? Dla uproszczenia (ale i utrudnienia jednocześnie!) kierunki świata zostały „zaokrąglone” do podstawowych – północ, południe, wschód, zachód.

Rowerem po nowej kładce i bulwarach

Rowerem po nowej kładce i bulwarach

Macie ochotę na przejażdżkę rowerową? W dużym skrócie – bo w niecałe 4 minuty – tak wyglada przejazd rowerem nową kładką pod Mostem Łazienkowskim i dalej – wzdłuż Wisły, aż do bulwaru Karskiego:

Warszawa w modernie. Mokotów otwiera podwórza „Szarych Domów”

Warszawa w modernie. Mokotów otwiera podwórza „Szarych Domów”

2. edycja Szare Domy Festiwal Otwarty_Obiekt 1530 A startuje 17 czerwca

W latach ’30 ubiegłego wieku na warszawskim Mokotowie powstała kolonia mieszkaniowa „Szare Domy”. Nowatorski projekt osiedla gwarantujący swoim mieszkańcom komfortowe warunki życia i pełną infrastrukturę (sklep, restaurację, przedszkole, ogólnie dostępne pralnie, i przestrzeń wspólną ogrodowych dziedzińców). „Szare Domy” nie straciły nic na swojej aktualności, mimo upływu lat wciąż stanowią inspirację, szczególnie dziś, kiedy wzrasta zainteresowanie architekturą modernizmu.

Kolonia “Szare Domy” to unikatowy zespół budynków usytuowanych w samym sercu starego Mokotowa. Osiedle zostało wybudowane w latach 1928-1932 przez spółdzielnię mieszkaniową Ministerstwa Spraw Wewnętrznych na podstawie projektu Jana Stefanowicza. W 1992 roku „Szare Domy” zostały objęte ochroną i wpisane w Rejestr zabytków, jako modelowy przykład architektury funkcjonalnej. Tym cenniejszy, że kompleks budynków przetrwał wojnę  niemal w nienaruszonym stanie i stanowi doskonałe świadectwo przedwojennej zabudowy stolicy.

Nazwa osiedla pochodzi od charakterystycznej, dla budownictwa Warszawy lat 20-tych i 30-tych, cegły cementowej, którą wykończono elewacje kamienic. Projekt Stefanowicza obejmuje zespół budynków zamkniętych w dwóch kompleksach. Pierwszym od ulicy Rakowieckiej i Akacjowej oraz drugim biegnącym wzdłuż ulicy Fałata i Łowickiej zespolonych od ulicy Narbutta łącznikiem. Bryły budynków charakteryzuje geometryczna prostota, a elewację modułowa powtarzalność elementów architektonicznych. Architekt wyraźnie odwołuje się do głównych zasad modernizmu, interpretując je jednak w charakterystycznym dla siebie stylu. Projekt kolonii „Szare Domy” cechuje funkcjonalność, widoczna w rzutach mieszkań i częściach wspólnych osiedla oraz oszczędny racjonalizm, podyktowany minimalizacją czasu i kosztów budowy, zauważalny zarówno w wykorzystanych materiałach jak i estetyce architektonicznej kolonii.

17 czerwca mieszkańcy Warszawy będą mieli okazję zapoznać się z tym niezwykłym miejscem w ramach 2. edycji Szare Domy Festiwal Otwarty, Obiekt 1530 A.

1.edycję Szare Domy Festiwal Otwarty zadedykowaliśmy Janowi Stefanowiczowi – architektowi niemal zapomnianemu, który zaprojektował i nadzorował budowę Szarych Domów. Tegoroczny SDFO jest dedykowany samej kolonia MSW, stąd w nazwie festiwalu numer ewidencyjny (1530 A) pod którym obiekt widnieje na liście zabytków chronionych prawem. Podczas wydarzenia, przedstawimy proces budowy Szarych Domów w perspektywie rodzącego się w okresie międzywojennym w Polsce systemu planowania przestrzennego. Przybliżymy także interdyscyplinarne zaplecze nowo kształtującej się myśli polskiej architektury na tle nurtów warszawskiej awangardy okresu międzywojennego – tłumaczy Marta Surowiec inicjatorka Festiwalu i fanpage’a www.facebook.com/szaredomy 

Festiwal zainauguruje spacer tematyczny po okolicach kolonii poprowadzony przez Adriana Sobieszczańskiego, historyka i przewodnika Warszawskiego, współtwórcy Warszawy Historia Ukryta, partnera festiwalu.

Nowoczesna kolonia Ministerstwa Spraw Wewnętrznych, powstała w latach 30-tych, na przyłączonym zaledwie kilkanaście lat wcześniej do Warszawy, Mokotowie. Idealnie wpisywała się w koncept modernizacji miasta, wyrażając aspiracje młodej dzielnicy. Budowie obiektu sprzyjał plan regionalny Warszawy wraz z kluczowym projektem rządu 2 RP, jakim była dzielnica Marszałka Piłsudskiego. W kontekście rozbudowy miasta, kolonia Szare Domy stanowi doskonały przykład celowego rozdziału części reprezentatywnych i mieszkalnych nowopowstającej stolicy – mówi Adrian Sobieszczański.

– Ponadto warto pamiętać, że architektura modernistyczna w swoich założeniach zmieniła oblicze współczesnego budownictwa, domy – maszyny służąc potrzebom swoich mieszkańców, kreowały zupełnie nową jakość życia. Festiwal ma zwrócić uwagę warszawiaków na charakter zabytkowej przestrzeni, dziedzictwa, z którym mieszkańcy mają okazję obcować. Dlatego z naszego punku widzenia jest tak ważny – dodaje Dorota Gołębiewska, Prezes Warszawskiego oddziału TONZ, partnera festiwalu.

 – To już druga edycja SDFO dedykowanego Szarym Domom, i zapewniam, że nie ostatnia – puentuje Marta Surowiec.

W ramach Festiwalu przewidziano wykłady tematyczne oraz outdoorowe wystawy dedykowane osiedlu i zagadnieniom ochrony zabytków. Całość wydarzenia zamknie, oddający charakter przedwojennej Warszawy, wieczorny koncert Warszawskiego Combo Tanecznego i potańcówka.

Więcej informacji:

Marta Surowiec – organizator 2. edycji Festiwalu Otwartego Szare Domy, m.surowiec@deplus.com.pl, 792 017 197, www.facebook.com/szaredomy

Adrian Sobieszczański – partner projektu, warszawski.przewodnik@wp.pl, 603 615 241.