Warszawa – stara, brzydka żona

Warszawa – stara, brzydka żona

Podróż śladem Osieckiej była ustawianiem się z bardzo bliska – tak, by odtworzyć rytm kroków bohaterki – opowiada Ula Ryciak, autorka nowej biografii poetki „Potargana w miłości. O Agnieszce Osieckiej”.

 ula 2

Dotychczas byłaś autorką artykułów i książek podróżniczych. Skąd pomysł na napisanie biografii? 

Wszystko, co piszę, jest o człowieku w podróży, albo o podróży do człowieka. Raz jest to podróż w przestrzeni, innym razem podróż w czasie. Biografia to wyprawa w przeszłość, w głąb pojedynczego lądu. Podział na gatunki nie jest dla mnie aż tak ważny jak sama opowieść o bohaterze. O wiele ważniejszy wydaje mi się podział na odległości, w których patrzący ustawia się w stosunku do obserwowanego. Przez całe lata, im byłam dalej, im bardziej nieznany otaczał mnie świat, tym więcej umiałam zobaczyć. Ale od pewnego czasu chciałam zmienić tę perspektywę i opowiedzieć o kimś, kto jest bardzo stąd, kto urodził się w tym samym miejscu na Ziemi, co ja. Poruszał się w tym samym języku. Napisałam o Osieckiej, bo jest postacią popękaną, złożoną, ciężko uchwytną. Kimś, kogo od zawsze znaliśmy, a zarazem kimś, kogo nie daje się tak łatwo pochwycić.

Podróż jej śladem była ekscytująca, bo było w niej i patrzenie w szerokim planie, przez pryzmat zmieniającej się historii kraju, ale i ustawianie się z bardzo bliska, tak, by odtworzyć rytm kroków bohaterki.

Na czym polega fenomen Agnieszki Osieckiej? 

Na tym, że Osiecka patrząc na stół, umiała zobaczyć w nim zranione drzewo, ale i na tym, że potrafiła przeskakiwać między światami, wyłazić z kokonu i nagle frunąć w nieznaną stronę. Umiała dostrzegać dziwność świata i sama wiedziała, jak ten świat zadziwiać.

Jaki Agnieszka Osiecka miała stosunek do Warszawy? 

Była typem flaneura. Lubiła szwendać się po mieście. Bardziej po to, by napotykać kogoś niż coś. W latach dziewięćdziesiątych napisała: “Warszawa jest dla mnie jak taka stara, brzydka żona. Nie kocham jej, nie lubię, nie podoba mi się i nigdy mi się nie podobała, ale przecież zawsze do niej wracam. Wracam, choć mam na świecie rozsiane różne kochanki, z którymi właściwie mogłabym się ożenić. Ale nie żenię się.”

I rzeczywiście zawsze tu wracała. Do swojego pokoju na Saskiej Kępie.

Saska Kępa to ukochana dzielnica poetki. Czy podczas pisania książki odwiedziłaś miejsca, w których bywała? Jak bardzo się zmieniły? 

Oczywiście – bary, w których wysiadywała Osiecka, zamieniły się już w zupełnie się zmieniły. W miejscu Saxu jest dziś Baobab z senegalską kuchnią. Znałam te miejsca dużo wcześniej. Interesowałam się Osiecką od wielu lat. Nawet kiedyś krótko mieszkałam przy ulicy Walecznych, niedaleko Dąbrowieckiej, przy której Osiecka mieszkała, z krótkimi przerwami, całe życie. Pisząc książkę dużo włóczyłam się po Kępie, próbowałam odtwarzać jej codzienne wędrówki. Im więcej już wiedziałam o mojej bohaterce, tym inne rzeczy uczyłam się widzieć.

Czy w Twojej pracy nad książką często przychodziły momenty zdziwienia, zaskoczenia?

Oczywiście dziwiłam się często, czasem gubiłam w wykluczających się relacjach różnych zdarzeń. Ale  najbardziej zaskoczyło mnie chyba to, że moja bohaterka nie zabiła we mnie ciekawości wobec niej samej. Kiedy bardzo zachłannie oswajamy jakiegoś człowieka, zdarza się, że odłamki tego człowieka zaczynają stawać się ciekawsze niż on sam. Tymczasem ja, wirując między bezwstydną ciekawością wobec wszelkich informacji na jej temat, ustalaniem faktów i starannym patroszeniem obiegowych prawd, pozostałam po tej długiej przeprawie wciąż bardziej ciekawa niej samej, niż tego, co po niej zostało.

Kwestionariusz Okna na Warszawę

Warszawa to miasto, w którym pierwszy raz się śmiałam i pierwszy raz płakałam

W Warszawie lubię… chodzić mostami pod wiatr

Warszawę kocham i szanuję a czasem robię sobie z niej żarty

W Warszawie nie lubię…  jęczydreptów, którzy dąsają się na miasto i na ludzi

Prawdziwy warszawiak to… nie ma prawdziwych i nieprawdziwych są czuli i nieczuli na miasto

Moje ulubione miejsce w tym mieście… srebrzysty klon na placu Słonecznym, który miał być zegarem, ale nie jest. Rura na Moście Gdańskim, którą nie wolno chodzić, ale są tacy, co po niej przeszli. Dwudziesty piąty schodek na ulicy Profesorskiej, na którym przechowuję pewną tajemnicę.

Jeśli nie Warszawa, to... ocean

Rozmawiała: Małgorzata Chomicz-Mielczarek

Fot.  Jakub Kosiarz

Przyjaciółka Warszawy

Przyjaciółka Warszawy

Rozmowa z Agnieszką Trepkowską, przewodniczką i pilotką, wiceprezes Zarządu Towarzystwa Przyjaciół Warszawy, działaczką Klubu Organizatorów Ruchu Turystycznego (KORT) Oddziału TPW, autorką wielu tras spacerowych i spotkań varsavianistycznych.

DSC_0095

Kwestionariusz Okna na Warszawę

Warszawa to… miasto moje rodzinne od pokoleń.

W Warszawie lubię… galerie sztuki, muzea, kawiarnie z klimatem.

Warszawę kocham i szanuję… bo każdy może tu znaleźć miejsce dla siebie.

W Warszawie nie lubię… tłoku w komunikacji miejskiej.

Prawdziwy warszawiak to… ciekawy wszystkiego, wiecznie młody duchem człowiek.

Moje ulubione miejsce w tym mieście… Ogród Saski.

Jeśli nie Warszawa, to… musiałabym urodzić się w innym mieście.

Czym zajmuje się Klub Organizatorów Ruchu Turystycznego?

Jako Oddział Towarzystwa Przyjaciół Warszawy koncentruje się na promocji miasta wśród jego mieszkańców i przejezdnych poprzez organizowanie i prowadzenie bezpłatnych spacerów z przewodnikiem, prezentacji multimedialnych na tematy związane z dziejami miasta, udział w innych imprezach organizowanych przez podmioty o podobnej działalności.

Jakie tematy spacerów i spotkań zrealizowaliście do tej pory?

Wiele spacerów i prezentacji związanych za znanymi postaciami, świętami i rocznicami, obiektami oraz wydarzeniami w Warszawie, np. spacery po zabytkowych cmentarzach, trasy związane ze Świętem Skarpy, cykl spacerów poświęconych historii kościołów, parkom i słynnym postaciom historycznym, spacery promowane przez Urząd Miasta i Stołeczne Biuro Turystyki, spacery w rocznice wydarzeń (Powstanie Kościuszkowskie, Powstanie Listopadowe, Powstanie Styczniowe, Powstanie w Getcie, Powstanie Warszawskie, 250-lecie Teatru Narodowego, Uchwalenie Konstytucji 3 Maja, powstania Komisji Edukacji Narodowej, wpisania Warszawy na listę UNESCO i inne). Nasze prelekcje odbywają się raz w miesiącu w Restauracji Honoratka. Dotyczą różnej tematyki warszawskiej – bale karnawałowe, dwór królewski, nieistniejące dziś zawody, warszawskie rody znane i mniej znane.

Jakie jeszcze działania podejmujecie?

Organizujemy szkolenia dla przewodników warszawskich po muzeach oraz innych obiektach związanych z historią i kulturą, bierzemy udział w sesjach zdjęciowych promujących historię Warszawy, realizowanych przez Inicjatywę Epoki Warszawy, co roku uczestniczymy w Pikniku Archiwalnym, w Święcie Wisły, a także bierzemy udział w wydarzeniach organizowanych przez inne Oddziały Towarzystwa Przyjaciół Warszawy, takich jak „Warszawa w kwiatach i zieleni” czy spotkania historyczne organizowane w Muzeum Niepodległości.

Kto może wstąpić do Klubu?

Każdy, komu zależy na zachowaniu pamięci o postaciach, wydarzeniach i obiektach ważnych w dziejach Warszawy znajdzie w nas przyjaciół i pomocne dłonie w realizacji własnych pomysłów. Zachęcamy też osoby, które chciałyby poprowadzić spacery lub wygłosić prelekcje w ramach wymienionych cykli tematycznych.

Jakie wydarzenia varsavianistyczne planujecie na najbliższy miesiąc?

W maju serdecznie zapraszamy na „Zielony Uniwersytet” – spacer, spotkanie przy BUWie, przy wejściu do ogrodów (9.05. godz. 11), spotkanie historyczne „Chomicze i Chomiczówka” w Muzeum Niepodległości (9.05. godz. 12), „Stary i Nowy BUW – zdarza się co sto lat – opowieść o 200-letniej historii, budynkach, zbiorach historycznych i współczesnych oraz o dzisiejszej pracy w bibliotece” – spotkanie w BUWie przy Dobrej (27.05 godz. 18).

Rozmawiała Małgorzata Chomicz-Mielczarek

Fot. Maria Kamińska

 

 

Bieganie naturalne jest jak powrót do dzieciństwa

Bieganie naturalne jest jak powrót do dzieciństwa

Biegacza od biegacza naturalnego różni przede wszystkim to, że ten pierwszy uprawia sport, zaś drugi filozofię, gdzie efekty sportowe pojawiają się przy okazji. Rozmowa z Marcinem Basisem i Norbertem Kubaczem, autorami strony o bieganiu naturalnym: Biegam naturalnie (www.facebook.com/biegowo).

biegi_n-1

Czym jest bieganie naturalne?

Marcin: Dla każdego oznacza to co innego. Przede wszystkim sama chęć biegania powinna wynikać nie z przymusu czy niezdrowej rywalizacji, tylko z radości życia. Często odnajdujemy ją później w trakcie treningu i po pierwszych ukończonych zawodach. W moim przypadku było to po pierwszym ukończonym maratonie. Potem dochodzi praca nad techniką biegania, szczególnie istotną w terenie. Biegnie boso czy w obuwiu minimalistycznych, gdzie but nie przeszkadza, pomaga w odczuwaniu przyjemności z biegania również poprzez czucie po czym się biega. Naprawdę jest wielka radocha kiedy biegnie się przez las i czuje ściółkę leśną pod nogami!

Norbert: Ja bym dodał, że bieganie naturalne jest też pewnego rodzaju powrotem do czasów dzieciństwa, kiedy się beztrosko biegało po podwórku i mały człowiek czuł ten powiew wolności we włosach, szybsze bicie serca. Jest to nasza naturalna umiejętność, która pomagała ludziom przetrwać przez około 200 tysięcy lat. Jest to dla mnie aktywność tak naturalna jak sen, taniec czy umycie twarzy po przebudzeniu. Życie bez biegania jest moim zdaniem o wiele uboższe. To jest najbardziej naturalny stan upojenia i zachłyśnięcia się życiem. Myślę, że biegacza od biegacza naturalnego różni przede wszystkim to, że ten pierwszy uprawia sport, zaś drugi filozofię, gdzie efekty sportowe, „życiówki”, pojawiają się przy okazji.

Dlaczego wybraliście bieganie jako formę aktywności sportowej?

Marcin: Na początku była to forma odreagowania stresu. Potem chęć rywalizacji z samym sobą. A dzisiaj jest to przede wszystkim radość z poznawania nowych ludzi i pięknych tras biegowych w różnych zakątkach kraju.

Norbert: Bieganie nie wymaga specjalistycznego sprzętu. W zasadzie wystarczy tylko chęć i brak przeciwwskazań zdrowotnych. Ponadto bieganie jest najbardziej naturalną ogólnorozwojową aktywnością sportową, podstawą wszystkich dyscyplin sportowych.

Gdzie rozpoczynaliście swoją przygodę z bieganiem?

Marcin: Biegam od niedawna. Regularnie trenuję od ponad dwóch lat. Regularności strzeże mój trener – pies mix Husky i Alaskan malamute. Pierwsze ścieżki biegowe przecierałem razem z nim, były to przede wszystkim okoliczne parki. Szybko okazało się, że bieganie po chodniku nie jest naszym ulubionym sportem. Bieganie pośród krzaków, między drzewami, wbieganie i zbieganie po stromych zboczach z wystającymi korzeniami i kamieniami – takich atrakcji szukamy na każdym spacerze.

Norbert: Gdy byłem nastolatkiem, trenowałem różne dyscypliny, najdłużej kick boxing. Wtedy bieganie było dla mnie drogą do podniesienia wytrzymałości, poprawienia kondycji. Bieganie jako odrębną dyscyplinę sportową zacząłem uprawiać sześć lat temu. Pierwsze przebieżki zacząłem robić na Polach Mokotowskich w Warszawie.

Jakie są Wasze ulubione trasy do biegania?

Marcin: Codziennie biegam z psem po warszawskich parkach. Najchętniej po urozmaiconym pagórkowatym terenie poza ścieżkami. Lubię też ścieżkę na prawobrzeżnym brzegu Wisły wzdłuż rzeki, ale nade wszystko lasy Mazowieckiego Parku Krajobrazowego, gdzie na kilkudziesięcio-kilometrowych leśnych i piaszczystych trasach w grupie kilkunastu osób trenujemy do najważniejszych zawodów.

Norbert: Podobnie jak Marcin uwielbiam ścieżkę po praskiej stronie Wisły w Warszawie, czy nasze wspólne bieganie w grupie zaprzyjaźnionych „ultrasów” po M.P.K. Lubię biegać też po skarpie warszawskiej, często też biegam po Polu Mokotowskim po tych wszystkich pagórkach, po trawie. Czasem biegnę ze Śródmieścia gdzie mieszkam, na Ursynów, żeby pobiegać sobie po Kopie Cywila. Lubię, gdy trasa jest trochę przygodą i trochę treningiem.

W Warszawie organizowanych jest coraz więcej zawodów biegowych, na krótszych i dłuższych dystansach. Czy wszystkie odbywają się po asfaltowych drogach? Czy jest jakaś alternatywa dla biegaczy, którzy lubią biegać bliżej natury?

Marcin: Coraz więcej biegów odbywa się poza asfaltowymi drogami. Oto przykłady: zimowy cykl biegów górskich w Falenicy na dystansach 3,3/6,6/9,9 km, ogólnopolski jesienno-zimowy cykl City Trail w Lesie Młocińskim, 5 km, Grand Prix Warszawy w Lesie Kabackim, 10 km, czy Bieg Łosia. 17 km, po szlakach Puszczy Kampinoskiej – to chyba najbardziej znane lokalne zawody dla miłośników biegania po leśnych ścieżkach. W tym roku w maju organizowany jest po raz drugi Bieg Wegański, 5 i 10 km, którego trasa po raz pierwszy prowadzi po miękkim podłożu, wzdłuż najdzikszej nadwiślanej części lewobrzeżnej Warszawy. Naprawdę jest w czym wybierać!

Czy w Warszawie łatwo poznać środowiska biegaczy? Wolicie biegać sami czy w grupie?

Marcin: Szczególnie łatwo znaleźć grupy dla osób, które zaczynają przygodę z bieganiem. Polecam bieganie w grupie choćby dwuosobowej. Na początku większość ma obiekcje co do biegania z innymi z obawy o niedostosowanie się do grupy, a tutaj niespodzianka, bo grupa najczęściej dostosowuje się do nas. Biegacze bardzo zwracają uwagę na nowe osoby i dzielą się z nimi swoim doświadczeniem. W grupie, szczególnie na początku, łatwiej znaleźć odniesienie, w jakiej jesteśmy formie i optymalnie dobrać swoje cele sportowe. Dzięki grupie można odkryć naprawdę piękne zakątki miasta, o których nigdy wcześniej nie wiedzieliśmy, że istnieją i to tak blisko.

Norbert: Najłatwiej zawrzeć znajomości biegowe na kameralnych wyścigach. Ja i Marcin poznaliśmy się na wyścigach zimowych w Falenicy. Okazało się, że często kończymy bieg w podobnym czasie i biegamy w butach tzw. minimalistycznych, więc było o czym porozmawiać. Na mecie, gratulując sobie prędkości, zaczęliśmy snuć plany o wspólnym bieganiu. Lubię biegać sam, ale w bieganiu podoba mi się też bardzo ten społeczny aspekt. Biegacze to bardzo fajna grupa ludzi, bardzo się wspierająca. Z jednej strony jesteśmy dla siebie rywalami, z drugiej pomagamy sobie walczyć z własnymi ograniczeniami. Biegacz biegacza raczej zawsze zrozumie.

Co sądzicie o protestach ludzi, którzy buntują się przeciw organizowaniu zawodów w mieście?

Marcin: Żyję w centrum Warszawy i widzę na co dzień większe blokady miasta w postaci korków samochodowych. Jako miłośnik biegania w naturze polecam jednak zwrócić uwagę jakie piękne tereny mamy poza Warszawą i zachęcam organizatorów do organizowania tam zawodów o każdej porze roku.

Norbert: Może zamiast protestować, niech pójdą z rodziną na spacer pokibicować zawodnikom, a nuż sami wystartują w następnych zawodach, gdy zobaczą jaka to jest fajna sprawa.

Rozmawiały: Małgorzata Chomicz-Mielczarek, Karolina Przybysz-Smęda

Czy przyszłe pokolenie upiększy Warszawę?

Czy przyszłe pokolenie upiększy Warszawę?

Czy nie byłoby wspaniale, gdyby wizerunek stolicy tworzyli ludzie o wykształconej wrażliwości architektonicznej, którzy rozumieją, czym jest przyjazna miejska przestrzeń? – rozmowa z Kasią Domagalską z Fundacji Młodej Kultury „Hopsiup Projekt”, koordynatorką programu edukacji architektonicznej na Żoliborzu.

Kasia_10205145434067092_2078076011_o

Skąd wziął się pomysł na wprowadzenie do szkół programu edukacji architektonicznej?

Edukację młodzieży w zakresie architektury trzeba zacząć jak najwcześniej – po to by zwiększyć ich wrażliwość na otaczającą przestrzeń i by w przyszłości nie powstawała brzydka architektura. Pomysł na projekt „Kształtowanie przestrzeni” jest zaczerpnięty z irlandzkiego pierwowzoru o tym samym tytule. Tamtejsze ministerstwo edukacji wprowadziło program edukacji architektonicznej w szkołach średnich. W Polsce program powstał z inicjatywy Izby Architektów RP. Program pilotażowego projektu opracowywany był ponad dwa lata. Do pomysłu udało się także nakłonić Ministerstwo Edukacji Narodowej. Najważniejszym celem projektu jest przybliżenie młodzieży podstawowych pojęć z zakresu architektury, urbanistyki i kreowania przestrzeni.

Czy Twoim zdaniem zajęcia z edukacji architektonicznej wpłyną na to, że w przyszłości w polskich miastach mniej będzie architektonicznych koszmarków i szarych, brzydkich, źle zagospodarowanych przestrzeni?

Wpłyną bez wątpienia. Musi dorosnąć pokolenie, które nauczy się patrzeć i rozumieć otaczającą nas przestrzeń. Szanować wzajemne relacje architektury, przyrody, historii miejsca. Wpływ edukacji architektonicznej jest znaczący, gdyż założeniem programu jest nie tyle wykształcenie przyszłych architektów, ale świadomych odbiorców, inwestorów, decydentów, którzy będą wrażliwi na dobrą przestrzeń.

Podczas zajęć masz okazję słuchać, co młodzież myśli o otaczającej ich warszawskiej przestrzeni. Co im się podoba? Co nie? Co by najchętniej zmienili?

Młodzi ludzie są bardzo krytyczni. Zauważają brak konsekwencji w niekontrolowanym rozrastaniu się Warszawy, braki i źle funkcjonującą przestrzeń. Jednocześnie wręcz intuicyjnie wychwytują tzw. genius loci – miejsca dobrze urbanistycznie zaprojektowane lub miejsca z tzw. potencjałem. Podoba im się historyczna zabudowa, ale też nowoczesna architektura, budynki, gdzie widać dobrze zrealizowaną wizję architekta. Chcą zmieniać Warszawę tak, by była lepszym miejscem dla młodych ludzi, chcą przestrzeni publicznych, gdzie mogą się spotykać. Chcą poprawiać to, co “popsute” . Zmiany zaczęliby od małych rzeczy – ujednolicenia chodników, uporządkowania zieleni.

Czy uczniowie podchodzą z entuzjazmem do zajęć?

Tak, entuzjazm jest duży, o czym świadczy fakt , że spotykamy się w soboty o godz. 9.00 rano i zawsze jest komplet w grupie. Dużym atutem programu jest to, że pracujemy na konkretnej przestrzeni, którą uczniowie znają i chcą mieć wpływ na jej zmianę. Chcą brać sprawy w swoje ręce i tworzyć miejsca, jakich im brakuje.

W jaki sposób pokazujesz im, że oni również mogą mieć wpływ na otaczającą ich przestrzeń, nawet jeśli nie zostaną architektami?

Program „Kształtowanie Przestrzeni” to też edukacja obywatelska, Ważnym założeniem jest kształtowanie świadomości społecznej uczniów, umiejętność identyfikowania z miejscem zamieszkania oraz zachęcenie ich do wpływania na losy bliskiego otoczenia.

Na warsztatach organizujemy spotkania nie tylko z architektami, ale też z ludźmi, którzy oddolnie tworzą Warszawę. Przykład: braliśmy z uczniami udział w akcji partyzantki ogrodniczej grupy Kwiatuchy. W ten sposób nawet nastolatek może mieć wpływ na to, jak wgląda Warszawa, może ją zmieniać nie będąc architektem, urzędnikiem czy deweloperem.

Jakie pomysły uczniów wydały Ci się szczególnie ciekawe? Czy często się takie zdarzają?

Pomysły są zawsze ciekawe, bo można usłyszeć, jak różnie odbierane jest to samo miejsce. Interesujące jest również to, że uczniowie rozpoczynają analizę przestrzeni od sprecyzowania własnych potrzeb. Tu brakuje im klubokawiarni, tu ścieżki do biegania a tu przydałoby się miejsce koncertowe. Zdarzają się też zakasujące rozwiązania formalne – odważne, z tak zwanym “powiewem młodzieńczego luzu”, jak np. zaprojektowana rampa na deskorolkę z wykorzystaniem pomnika Czynu Zbrojnego Polonii Amerykańskiej na Placu Grunwaldzkim.

Czy pomysły uczniów zostaną wykorzystane i docenione?

Uczniowie mają szansę opowiedzieć o swoich pomysłach mieszkańcom i władzom dzielnicy Żoliborz podczas Komisji Ładu Przestrzennego. Ich projekty pokazywane są też na wystawie „Plany na przyszłość – architektura Warszawy w projektach” w warszawskim BUWie.

Która część Warszawy jest Twoim zdaniem najlepiej zagospodarowana i przyjazna dla mieszkańców?

Oczywiście Żoliborz, ale mam nadzieję, że będą to również tereny nad Wisłą. Życzę tego sobie i wszystkim warszawiakom.

Które z miast, w których byłaś, jest Twoim zdaniem zaprojektowane tak, by uszczęśliwić jego mieszkańców? Które rozwiązania z tego miasta można by przenieść do Warszawy?

Lubię Amsterdam – tam się czuje, że jest to miasto zaprojektowane z myślą o mieszkańcach, gościach, turystach. Miasto to nie tylko budynki, ulice i poruszające się po ulicach samochody. Miasto to mieszkańcy i to właśnie oni sprawiają, że miejsce żyje.

 Rozmawiały: Małgorzata Chomicz-Mielczarek i Karolina Przybysz-Smęda

Zdjęcie: Zbigniew Domagalski

Wymyślne kapelusze, spiętrzone loki, fraki skrojone ma miarę

U kogo ubierała się kiedyś stolica? Czy wolno było nosić sztuczne kwiaty do pracy? Dlaczego wypadało chodzić co tydzień do fryzjera? – o przedwojennej modzie Warszawy rozmawiamy z Zuzanną Żubką-Chmielewską i Joanną Mruk.

image description

Na zdjęciach przedwojennej stolicy widzimy elegancko ubranych warszawiaków. Czy rzeczywiście całe miasto zakładało na co dzień rękawiczki i kapelusze?

Warszawa była przed wojną bardzo eleganckim miastem. Właściwie trudno byłoby znaleźć na ulicy kobietę bez kapelusza. Nawet w czasie okupacji starsze wiekiem panie starały się zakrywać głowę, chociażby chustką. Tylko młode dziewczyny decydowały się na chodzenie z odkrytymi włosami. Kapelusze towarzyszyły kobietom od dziesięcioleci i były elementem stroju, który najszybciej zmieniał się pod wpływem mody. Zamawiano je u modystki lub kupowano gotowe modele, jednocześnie wiele kobiet umiało samodzielnie nakrycia przerobić i odświeżyć. Równie niezbędnym dodatkiem były także rękawiczki i torebki. Strój oczywiście musiał być zawsze czysty i wyprasowany. Wyjątkową uwagę przywiązywano także do wyglądu obuwia – musiało być wypastowane, bez cienia brudu.

Co było wtedy modne?

Trudno opisać w kilku słowach modę międzywojenną. Zmieniała się ona właściwie z sezonu na sezon, co łatwo można zauważyć w ówczesnych magazynach dla pań. W przeciągu dwudziestu lat damska suknia wyraźnie się skracała lub wydłużała, różnicował się kształt rękawów, nakryć głowy, zmieniały się fryzury. Tuż po pierwszej wojnie światowej kobiece stroje sięgają do połowy łydki, są dość luźne, z obniżonym stanem. W połowie lat dwudziestych spódnica skraca się do kolan, włosy powinny dochodzić do linii ucha, a mały kapelusz – „kask” – ciasno leży na głowie, ledwo odsłaniając oczy. Modna pani to „chłopczyca”.

W latach trzydziestych powraca bardziej kobieca linia. Suknie i spódnice dzienne sięgają do połowy łydki, a wieczorowe i balowe do ziemi. Pełniejsze niż w poprzedniej dekadzie kształty podkreślają kreacje krojone ze skosu i dopasowane kostiumy. Mile widziane są też wzory kwiatowe i falbanki. Nieduży kapelusik już nie zakrywa całej głowy, tylko uroczo ją zdobi, jest figlarnie przekrzywiony na bok. Włosy są dłuższe, najlepiej ułożone w fale. W przededniu wojny dolna linia damskiego stroju znów wraca w okolice kolan, a charakterystycznym elementem stają poszerzane, watowane ramiona. Głowę zdobią wymyślne kapelusze i spiętrzone nad czołem loki.

Warto zauważyć, że przy takiej dynamice zmian, właściwie niemożliwe było noszenie przez 10-15 lat tego samego stroju. Dziś nie mielibyśmy z tym problemu. Obecnie obowiązuje tak wiele fasonów i długości, że niemodny ubiór nie rzuca się tak w oczy. Kapeluszy raczej nie nosimy, więc ten problem mamy „z głowy”. Jednocześnie pamiętajmy, ze dawniej nie posiadano w szafie zbyt wielu egzemplarzy garderoby, więc stroje używane prawie codziennie szybko się „znaszały” i często trzeba było sprawić sobie odzież nową, najlepiej według aktualnej mody.

Co było uznawane za modową wpadkę?

Ówczesne poradniki dotyczące ubioru wymieniają kilka „odzieżowych wpadek”. Najczęściej nie chodzi jednak o ubiór „niemodny” – niezgodny z aktualną linią. Dużo częściej pojawiają się przestrogi odnoszące się do wkładania ubioru nieodpowiedniego do okazji, czyli np. sukni do ziemi na popołudniowy spacer, lub stroju sportowego do pracy. W pracy niewłaściwe byłoby także pokazanie się w stroju z dodatkiem dużej ilości falban, koronek, czy sztucznych kwiatów. Niestosowne było też pokazywanie zbyt dużo ciała. Uda mogły być odkryte tylko w sytuacjach sportowych, a głębokie dekolty pojawić się mogły jedynie w kreacjach wieczorowych. Poważnym faux pas było też noszenie stroju niewyprasowanego, więc ubiór lniany na oficjalne okazje był raczej niestosowny.

Czy mężczyźni dbali o strój?

Mężczyźni w okresie międzywojennym niezwykle dbali o strój. Najczęściej nosili stroje dziś uważane za oficjalne – marynarki, żakiety, fraki, smokingi, oczywiście szyte na miarę i dopasowane do pory dnia i okazji. Do tego zaprasowane spodnie i kapelusz na głowie – dzienną porą modeli do wyboru było kilka, wieczorową – koniecznie cylinder. Na rękach rękawiczki i nadal bardzo często laseczka. Panowie niezwykłą wagę przykładali do właściwej fryzury – wówczas z tyłu krótkiej, na karku podgolonej. Wymagało to cotygodniowej wizyty u fryzjera. Dobrze było mieć przy sobie grzebień, by zaczesać gładko włosy.

Czy w tamtym czasie były nazwiska, które wyróżniały się w świecie mody? Na przykład projektanci, krawcowe, kapelusznicy? A może komentatorzy mody?

W warszawskim świecie mody prym wiódł ekskluzywny Dom Mody „Bogusław Herse” mieszczący się na skrzyżowaniu ulic Marszałkowskiej i Kredytowej. Otwarty jeszcze w XIX wieku przetrwał do 1936 roku, a o jego powodzeniu najlepiej świadczy okazały nagrobek założyciela na Powązkach. W latach dwudziestych popularnością cieszył się także magazyn z damskimi strojami Gustawa Zmigrydera.

Dla szerszego odbiorcy przeznaczony był Dom Towarowy „Bracia Jabłkowscy” organizujący także sprzedaż wysyłkową i częste wyprzedaże. Bardzo wiele strojów zamawiano nadal u krawcowych.

Elegancki mężczyzna garnitury zamawiał u Zaremby, a buty u Kielmana. Obie te firmy istnieją w stolicy do dziś. Modne wzorce rozpowszechniały się oczywiście za sprawą prasy kobiecej, ale przede wszystkim najważniejszym medium stało się kino. Ubiory pojawiające się na ekranie nie wychodziły spod ręki kostiumografa, ale wypożyczane były z pracowni i domów mody. W napisach, a najczęściej na anonsach, afiszach, ulotkach i w prasie pojawiały się nazwy i adresy firm, które użyczyły swoich strojów. Często pojawiała się tu postać Boguchwała Myszkorowskiego, którego pracowania stała się niezwykle popularna w latach trzydziestych wśród warszawskich elegantek.

Polska moda najczęściej odzwierciadlała trendy z zagranicy, przede wszystkim z Paryża. Naszych rodzimych projektantów starała się wspierać Zofia Raczyńska-Arciszewska, która w latach trzydziestych w swojej kawiarni „Sztuka i Moda” organizowała pokazy mody. Ważnym wydarzeniem w interesującym się strojami towarzystwie były „Bale Mody” organizowane w Hotelu Europejskim. Wybierano na nich króla i królową balu, a decyzje i stroje były szeroko komentowane w prasie. Prawdziwymi ikonami stylu byli przede wszystkim aktorzy i aktorki, ale także politycy. W tej ostatniej grupie przywołać należy przede wszystkim prezydenta Ignacego Mościckiego i Jadwigę Beckowa, żonę ministra spraw zagranicznych.

Co ciekawego z tamtych czasów Waszym zdaniem można by było zaaplikować do dzisiejszej mody? Co mogłoby spodobać się współczesnym warszawiakom?

Dziś z pewnością można by zaadaptować ówczesny styl sportowy – wygodny, niezobowiązujący, a jednocześnie gustowny. Pewne rozwiązania dotyczące kroju i szycia też zasługują na uwagę – są zresztą stosowane dość nieświadomie przez młodych projektantów. Z zazdrością patrzymy też na jakość wykonania ówczesnej odzieży. Precyzja kroju, elegancja szycia, a w latach trzydziestych wydobycie atutów damskiej sylwetki mogłyby wrócić do dzisiejszej mody.

Macie własne kolekcję ubiorów i akcesoriów historycznych. Co się w niej znalazło?

Tak, obie mamy własne kolekcje ubiorów i akcesoriów historycznych. Zaczęło się od rzeczy znalezionych w domu, związanych z naszą rodziną, z babciami, prababciami. Później uzupełniałyśmy zbiory darami, zakupami na targach staroci, czy znaleziskami z piwnic i strychów. Mamy kapelusze, nuty, rękawiczki, torebki, biżuterię. Najmniej jest ubrań, sukienek. Trudne lata okupacji powodowały, że kobiety znaszały i przerabiały przedwojenne stroje, więc niewiele z nich zostało. W ramach Grupy Rekonstrukcji Historycznej „Bluszcz” rekonstruuje się też stroje, dzięki czemu można tę lukę niejako uzupełnić. Mamy też oczywiście skarby trochę starsze i trochę młodsze. Nasze zbiory pokazałyśmy niedawno na autorskiej wystawie „Dokąd sięgam pamięcią. Moda kobieca 1890-1990” w Muzeum Rolnictwa w Ciechanowcu.

Na zdjęciach w większości jest babcia autorek tekstu – Jadwiga z Piątkowskich Bronic.

7

Jadwiga z Piątkowskich Bronic z przyjaciółką na warszawskiej ulicy – początek lat 30-tych. Zimniejszą porą noszono płaszcze z obfitymi futrzanymi kołnierzami.

5

Przyjaciele Jadwigi na spacerze w Wilanowie – 1935r. Mężczyźni w rękach trzymają kaszkiety – mniej zobowiązujące nakrycie głowy. Na swobodne okazje panowie mogli włożyć pumpy – spodnie kończące się pod kolanami. Jedna z kobiet nosi bluzkę zdobioną ludowymi wzorami – zjawisko bardzo modne w latach 30-tych. W drugiej damskiej sylwetce charakterystyczna dla dekady spódnica zapinana na guziki i pasek z wyrazistą klamrą.

image description

Jadwiga z Piątkowskich Bronic w mieszkaniu ojca na warszawskiej Pradze – lata 20-te (1924r.) Charakterystyczna linia dekady – obniżony stan.

3-1

Przyjaciółki Jadwigi na warszawskiej ulicy – lata 30-te. Panie noszą typowe dla dekady spódnice sięgające połowy łydki, paski podkreślające talię i kapelusze przekrzywione na bok.

image description

Jadwiga z Piątkowskich Bronic na warszawskiej ulicy – lata 30-te. Niezwykle popularny i praktyczny wełniany kostium, dodatkowo rękawiczki i torebka.

image description

Przyjaciółki Jadwigi na warszawskiej ulicy – lata 20-te. Kobiety miały do wyboru – sukienkę i najmodniejszy zestaw zwany garsonką: plisowana spódnica i luźna bluza. Na głowach kapelusze typu kask.

Autorkami tekstu są kuzynki: Zuzanna Żubka-Chmielewska i Joanna Mruk.

s-Zuzanna-Zubka-Chmielewska  Zuzanna Żubka-Chmielewska – historyk mody, wykładowca w Międzynarodowej Szkole Kostiumografii i Projektowania Ubioru w Warszawie.

j_mruk  Joanna Mruk – absolwentka Instytutu Historycznego UW, założycielka Grupy Rekonstrukcji Historycznej „Bluszcz”.

Zainteresowanym polecamy książkę A. Sieradzkiej „Moda w przedwojennej Polsce” oraz wizytę na fanpage’u wystawy: https://www.facebook.com/DokadSiegamPamiecia

Jednocześnie zapraszamy na wykład – w najbliższy piątek 13 marca Joanna Mruk opowie o modzie w okupowanej Warszawie (godzina 17:00, siedziba Oddziału Warszawskiego SHS – Rynek St. Miasta 27 – wejście przez restaurację Fukiera lub od ul. Piwnej 44)

https://www.facebook.com/events/363486953837068/