Rzeźbiarz staromiejski

Rzeźbiarz staromiejski

Rzadko się zdarza, że zaglądając komuś przez płot na prywatne podwórko, usłyszy się „zapraszam, wejdźcie, mam dobre młode wino”. A to właśnie nam się przydarzyło pewnego upalnego dnia, w czerwcu 2014 roku. Pomagaliśmy wówczas przy sesji fotograficznej na Starym Mieście, a gdy praca się skończyła, urokliwymi Kamiennymi Schodkami zeszliśmy na dół, do Bugaju, gdzie na trawniku stoją intrygujące kamienne rzeźby – na pewno znacie to miejsce. My też niby znamy – choć jak się okazało, tylko powierzchownie.

Trochę nieśmiało, ale skuszeni okazją zwiedzenia bajkowo wyglądającego podwórza, z zaproszenia skorzystaliśmy. Gospodarzem okazał się autor wspomnianych rzeźb – Zbigniew Maleszewski. Artysta w pierwszym już kontakcie wzbudzał sympatię i zaufanie –  postawny, wysoki, siwy starszy pan, z przesympatycznym uśmiechem na twarzy, spojrzeniem pełnym ciepła i wielkimi dłońmi, godnymi zawodu, który uprawiał. Od razu podsunął nam ogrodowe fotele i nalał po kieliszku wina.

Usiedliśmy zatem w tym pięknym podwórku, przypominającym trochę romantyczne zaplecza domów na południu Europy. Zewsząd otaczały nas kamienne rzeźby, w różnych stadiach wykończenia, drewniane stoły, stoliki, taborety, wiszące lampy naftowe, zestawy narzędzi, a całość tonęła w pnącej się zieleni.

Z początku trochę nie wiedzieliśmy o czym rozmawiać, bo cała sytuacja była dla nas zaskoczeniem, na szczęście pan Zbigniew okazał się być bardziej sprawny towarzysko i sam zaczął opowiadać – najpierw o tym, jak wino jego produkcji jest popularne w Warszawie. Że piją go wszyscy jego znajomi, artyści, koledzy z ASP, ale też sąsiedzi ze Starówki, i że dzięki niemu czuje się zdrowo mimo wieku, i ma siłę do pracy. Wino faktycznie było smaczne, orzeźwiające, idealne na tak upalny dzień.

Potem pokazywał nam różne rzeźby, część robionych na zamówienie dla prywatnych kolekcjonerów, część na sprzedaż dla turystów, inne robione ot tak, dla siebie, pod wpływem natchnienia. Na pytanie, czy dobrze się sprzedają, odpowiedział, że całkiem nieźle, pomimo cen idących w tysiące złotych. Jakby na potwierdzenie tych słów rozmowę przerwał nam turysta z Francji, zainteresowany kupnem kamiennej figurki. „Ten nie kupi, przyszedł tylko pooglądać” – powiedział pan Zbigniew wstając, po czym płynnie przeszedł na francuski, coś tłumacząc gościowi. „Ja ich rozpoznaję z daleka” – dodał, gdy klient poszedł faktycznie nic nie kupując – „od razu wiem, który kupi, a który tylko udaje”.

Zbigniew Maleszewski urodził się w 1924 roku w Łyszczycach (obecnie Białoruś). Jego pradziadek był pułkownikiem, dowódcą Powstania Listopadowego na Wileńszczyźnie, zesłanym po upadku powstania na Sybir. Jego syn, czyli dziadek pana Zbigniewa, powrócił do Białegostoku jako młody chłopak, brał udział w I Wojnie Światowej. Po odzyskaniu niepodległości ożenił się i miał dwie córki – matkę i ciotkę pana Zbigniewa.

A on sam młodość spędził w Wilnie, gdzie brał udział w operacji „Ostra Brama” (1944 r.), w której – jak wspominał – musiał walczyć przeciwko niektórym swoim kolegom ze szkoły, co było strasznym przeżyciem i na zawsze zostawiło ślad w jego psychice. W pracowni, do której nas zaprosił, miał wiele pamiątek z tamtych czasów: pistolety, strzelby, bagnety, wojskowe hełmy. „Za peerelu miałem z tym trochę kłopotów” – opowiadał – „milicja sprawdzała, czy nie jest to przypadkiem nielegalne posiadanie broni”. Ale nawet jeśli kolekcja była nielegalna, to wszelkie takie sprawy pan Zbigniew załatwiał z sąsiadem – emerytowanym pułkownikiem Urzędu Bezpieczeństwa, byłym wiceministrem, z którym łączyło go wspólne hobby – pędzenie bimbru. „To był przyzwoity facet, paznokci nie rwał. A jakie robił nalewki!” – wspominał. Koniec końców milicja zgodziła się zostawić broń w spokoju, pod warunkiem, że spusty zostaną zakłódkowane – co pan Zbigniew dla świętego spokoju zrobił. Znajomość z pułkownikiem miała jeszcze jedną korzyść –  w piwnicy pana Zbigniewa działała drukarnia nielegalnej opozycyjnej gazety – Przeglądu Wiadomości Agencyjnych. Ryzyko wpadki było nieduże, bo kto ośmieliłby się kontrolować mieszkanie przyjaciela wiceministra. Pod latarnią najciemniej – wiadomo.

Po wojnie, w 1945 roku, pan Zbigniew został z Wilna „wyrzucony”, jak sam to określał. Bydlęcym wagonem, z niewielką walizeczką, przyjechał do Lublina, gdzie przyjęto go na świeżo powstałą Politechnikę, na wydział architektury, bez egzaminów. Komisja wzięła pod uwagę, że miał ukończone liceum budowlane, poza tym fachowcy byli zrujnowanej Polsce potrzebni na szybko. Po roku przeniósł się do stolicy, podejmując jednocześnie studia na Politechnice (architektura) i ASP (rzeźba). „W Warszawie wszędzie było daleko. Kupiłem sobie rower, żeby zdążyć z jednych zajęć na drugie” – wspominał. Sport był zresztą panu Zbigniewowi nieobcy – należał do AZS, został nawet (choć jak twierdzi – przypadkowo) mistrzem stolicy w skoku w zwyż. „Tak się złożyło, że wszyscy najlepsi zawodnicy wyjechali na jakieś inne zawody, no i dlatego ja wygrałem” – śmiał się. Po studiach mieszkał kątem u różnych znajomych, między innymi na Mariensztacie, skąd obserwował budowę trasy W-Z i obsuwającą się skarpę pod kościołem św. Anny. Trzy lata przepracował w Instytucie Wzornictwa Przemysłowego, brał udział w pracach projektowych metra. O zrujnowanej Warszawie mówił: „Pamiętam, że ze wszystkich ocalałych kamienic skuwano zdobienia i architektoniczne detale”. W 1960 roku otrzymał od miasta pracownię przy ul. Bugaj – tę właśnie, w której go spotkaliśmy.

A pracownia pana Zbigniewa wyglądała niesamowicie. Podobnie jak na podwórku, wypełniona była rzeźbami. Uwagę zwracało stojące na komodzie popiersie kobiety – „to moja siostra, niestety już nie żyje” – wyjaśnił. Prócz rzeźb było tam mnóstwo obrazów – prezentów od licznych znajomych pana Zbigniewa – wybitnych artystów, profesorów ASP. Półki wypełnione były pamiątkami, o których z chęcią opowiadał, a każda miała swoją historię godną osobnego artykułu. Pamiątki z Wileńszczyzny, dyplomy, stare fotografie. Czaszki ludzkie i zwierzęce. Mamuci róg. W kącie na poduszce drzemał bury kot; na nasz widok pierzchł do piwnicy – tej, w której kiedyś była drukarnia. Kotów, jak się potem okazało, było tu więcej, ale kryły się w zakamarkach podwórka. „Dokarmiam je” – mówił. Wszystkie wykastrowane i zaszczepione, bo pan Zbigniew odpowiedzialnie korzystał z miejskiego programu opieki nad dzikimi kotami, a dzięki kociemu wsparciu na obejściu nie prześlizgnęła się najmniejsza nawet mysz.

Po schodkach na górę można było dostać się do biblioteki pełnej książek ze wszystkich chyba zakątków świata. Mnóstwo literatury fachowej, albumów fotograficznych, malarskich. Wśród nich maszynopisy autorstwa samego gospodarza: „napisałem siedem książek, wciąż leżą w szufladzie”. Tu i ówdzie różne symbole masońskie – bo pan Zbigniew, jak wielu architektów i rzeźbiarzy – był wolnomularzem, o czym chętnie i ciekawie opowiadał.

Za swoją pracę Zbigniew Maleszewski otrzymał wiele nagród, w tym między innymi najwyższe państwowe odznaczenie dla artystów – złoty medal „Gloria Artis”. Został też odznaczony Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski, z czym łączy się zabawna historia: pewnego dnia pan Zbigniew dostał zaproszenie na uroczystość wręczenia Krzyża Wielkiego Orderu Odrodzenia Polski, która odbyć się miała na Zamku Królewskim. Wyróżnienie to przyznane zostało pośmiertnie generałowi Aleksandrowi Krzyżanowskiemu, odebrać je miała jego córka Olga. A że do Zamku z Bugaju droga krótka, to pan Zbigniew postanowił dla rozrywki przejść się w towarzystwie zaprzyjaźnionej sąsiadki – aktorki. Na wydarzenie trochę się spóźnił, więc z towarzyszką stanęli gdzieś z tyłu. No i nagle wyczytują jego nazwisko. „Zastanawiam się, kto może tak samo się nazywać?” – zdziwił się, a tymczasem jakaś niezydetyfikowana ręka wyciąga go przed publiczność i sadza na krześle. Po chwili na sali zjawił się prezydent i wręczył kilkunastu osobom Krzyż Kawalerski, w tym zaskoczonemu panu Zbigniewowi. „No i wracałem sobie wieczorem Starówką z przypiętym do klapy medalem” – wspominał z uśmiechem. Odznaczenie było oczywiście powodem do dumy, ale przynosiło też pewne doraźne korzyści: „po jakimś czasie moi przyjaciele uradzili, że trzeba oblać to wydarzenie. Siedzymy sobie zatem na tarasie, 11 wieczór, pijemy winko,  a tu pewna wrażliwa sąsiadka zadzwoniła po policję, że za głośno. No i faktycznie przyjechała policja, ale jak zobaczyli mój Krzyż w klapie, to zasalutowali, przeprosili i poszli”. Historia ta pokazuje w piękny sposób, jakim skromnym człowiekiem był pan Zbigniew, i jaki miał dystans do samego siebie.

W pracowni i na tarasie u pana Zbigniewa czas płynął niezauważenie. Dopiero zachodzące słońce przypomniało nam, że siedzimy tu już parę ładnych godzin. Coś miał w sobie takiego pan Zbigniew, że nie chciało się od niego wychodzić. Nic dziwnego, że znajomych i przyjaciół miał mnóstwo. Przez cały czas, gdy rozmawialiśmy, uśmiech nie schodził z jego twarzy. Mowę miał płynną, ton śpiewny, gawędziarski, z charakterystycznym wileńskim akcentem. Słuchać można by było bez końca. Ale my przecież niezapowiedzianymi gośćmi byliśmy, i wypadało jednak dać gospodarzowi trochę spokoju, choć ten – trzeba przyznać – nie przejawiał żadnych objawów zmęczenia. A przecież rozmawialiśmy z 90-latkiem! „Litwini tak długo żyją” – śmiał się – „mam to po matce”. W końcu jednak idziemy, ale obiecujemy sobie, że jeszcze kiedyś wpadniemy, na dłużej, pogadać. „Zawsze przychodźcie” – powiedział nam na pożegnanie.

Niestety, już nie napijemy się młodego wina z przemiłym panem Zbigniewem. Rzeźbiarz odszedł w maju tego roku, w wieku 93 lat. Mamy nadzieję, że jeszcze zdążył pojechać do rodzinnego Wilna, bo planował wycieczkę – a jakże – z grupą przyjaciół. My na pewno nigdy go nie zapomnimy, otwartego, życzliwego, uśmiechniętego, prawdziwego wilnianina i warszawiaka, rzeźbiarza staromiejskiego. Pomyślcie o nim ciepło, gdy będziecie przechodzić ulicą Bugaj!

Tekst i zdjęcia: Jarek Zuzga

Zobacz więcej zdjęć:

Warszawa coraz bardziej turystyczna

Warszawa coraz bardziej turystyczna

„Chcę pojechać do Krakowa, po co mam przyjeżdżać do Warszawy?” to nadal częsty komunikat, który da się słyszeć, kiedy podróżujemy po różnych krajach europejskich i zagadujemy o Polskę. Jednak z roku na rok dane statystyczne pokazują, że zainteresowanie Warszawą rośnie i turyści coraz częściej przyjeżdżają do stolicy. Kilka tygodni temu Stołeczne Biuro Turystyki opublikowało raport „Turystyka w Warszawie”, w którym znajdziecie najświeższe dane za 2016 rok, dot. m.in. ruchu turystycznego, wpływu turystyki na gospodarkę Warszawy oraz wyniki badania opinii turystów na temat stolicy. My wybraliśmy dla was kilka najciekawszych faktów.

1. Skąd przyjeżdżają turyści i ilu ich jest?

W 2016 roku Warszawę odwiedziło w sumie ponad 9 600 000 turystów, z czego 6 913 000 turystów krajowych, a 2 733 000 zagranicznych. Najwięcej w Warszawie gościliśmy Brytyjczyków, potem kolejno Niemców, Francuzów, Włochów i Hiszpanów. Najpopularniejszym celem wizyty zarówno dla turystów polskich, jak i tych z zagranicy było zwiedzanie zabytków.

2. Najpopularniejsze atrakcje

Muzeum Powstania Warszawskiego, Stare Miasto, Łazienki Królewskie, Pałac Kultury i Nauki oraz Centrum Nauki Kopernik to największe atrakcje dla turysty krajowego. W opinii turystów z zagranicy wysoko bo na trzeciej pozycji – po Starówce i PKiN – pojawia się również Muzeum POLIN. Wg raportu SBT 12% turystów podczas swojego pobytu w Warszawie uczestniczyła lub zamierzała wziąć udział w jakimś wydarzeniu. Wśród tych najpopularniejszych pojawiają się Wianki nad Wisłą, Orange Warsaw Festival, ORLEN Marathon czy cykliczne koncerty chopinowskie w Łazienkach.

3. Jakim środkiem transportu?

Największy procent turystów z Polski dociera do Warszawy pociągiem lub samochodem, turyści zagraniczni w 69% przylatują na jedno z warszawskich lotnisk. W 2016 r. Okęcie obsłużyło ok 12,8 ml pasażerów, a lotnisko w Modlinie 2,9 mln. W tym samym roku lotnisko Fryderyka Chopina zajęło pierwsze miejsce w zestawieniu europejskich miast z największą liczbą nowych połączeń opracowanym przez prestiżowy portal anna.aero.

4. Wydatki

Podczas swojego pobytu turysta krajowy zostawia w mieście średnio 402 zł, zaś turysta zagraniczny ok. 1 500 zł – w tej grupie najwięcej wydają kolejno Amerykanie, Izraelczycy, Brytyjczycy i Szwedzi. Aż 90% turystów dobrze ocenia ofertę sklepów i centrów handlowych, a 87% – bazę gastronomiczną. Wkład turystyki w PKB stolicy wyniósł w 2016 r. ponad 15 miliardów złotych.

5. Gdzie śpią?

W 2016 roku Warszawa oferowała ponad 410 obiektów noclegowych – ponad 3,1 mln turystów skorzystało z tej oferty. Turyści zagraniczni najczęściej wybierali hotele 4-gwiazdkowe, zaś krajowi 3-gwiazdkowe. Dane pokazują, że najwięcej turystów odwiedziło Warszawę w sierpniu, najsłabiej pod względem udzielonych noclegów wypadł luty.

6. Atrakcyjne przestrzenie miejskie

W raporcie SBT można znaleźć również garść informacji na temat najpopularniejszych miejskich inicjatyw i przestrzeni, takich jak Hala Koszyki, Nocny Market, Targ Śniadaniowy, Plac Defilad, Wisła czy wreszcie system rowerów miejskich Veturilo. Dowiemy się, że w 2016 r. rower miejski był wypożyczany średnio co 12 sekund, z systemu skorzystało niemal 71 000 nowych użytkowników, a w sumie liczba wypożyczeń zamknęła się w 1,8 mln.

Pełną treść raportu znajdziecie tutaj.

Dane zebrała: Magda Liwosz, fot. Jarek Zuzga

U Dziewulskich w Sannikach

U Dziewulskich w Sannikach

Dwie znaczące postaci łączą pałac w Sannikach z Warszawą. Pierwsza to Samuel Natanson, fabrykant, bankier i kupiec. Jego synowie, Henryk i Jakub współtworzyli Bank Handlowy w Warszawie, którego pierwszą siedzibę do dziś możemy podziwiać na rogu ulic Czackiego i Traugutta. Drugą postacią był Fryderyk Chopin.

Pałac w Sannikach historię ma długą, powstał ok. 1793 roku, ale wcześniej w jego miejscu stał dwór szlachecki z XVII wieku, a jeszcze przed nim – dwór książąt mazowieckich (XV wiek). Podczas prac archeologicznych odnaleziono i częściowo odsłonięto ślady tych obiektów. Pałac wybudował Tomasz Tadeusz z rodu Pruszaków, jego wnuk Konstanty nieopodal pałacu wybudował cukrownię, której jeden z budynków do dziś widać za pałacowym ogrodzeniem. Potem Pruszakowie odsprzedali Sanniki rodzinie Sapiehów. Od nich z kolei pałac odkupili wspomniani Natansonowie, a ostatnią rodziną, która była w posiadaniu obiektu byli Dziewulscy.

Po wojnie pałac przeszedł na własność PGR-u, ale na szczęście nie uległ większej dewastacji. W latach 90. XX wieku nieruchomość przejęła gmina Sanniki.

Fryderyk Chopin był w Sannikach raz, odwiedzając swojego przyjaciela Konstantego Pruszaka, w roku 1828. W pałacu przebywał prawie dwa miesiące, wypoczywając, ale jednocześnie pracując nad Triem g-moll i Rondem C-dur. Na pamiątkę tego wydarzenia Dziewulscy wmurowali w elewację pałacu tabliczkę pamiątkową (1925 r.). Do dziś w jednym z pomieszczeń można podziwiać fortepian, na którym grał wielki kompozytor ponoć grał.

Dziś w pałacu mieści się Europejskie Centrum Artystyczne im. Fryderyka Chopina, powstałe w 2010 roku. Oprócz działalności muzealnej, odbywają się tu wernisaże z różnych dziedzin sztuki (gdy odwiedziliśmy Sanniki, akurat trwała wystawa ikon).

Zachęcamy Was do odwiedzenia Sannik. Dojazd z Warszawy samochodem trwa nieco ponad godzinę (autostradą A2 zjeżdżając w Wiskitkach w stronę Sochaczewa), są też bezpośrednie połączenia autokarowe z dworca zachodniego. Jeśli Wam się poszczęści traficie na koncert (startują od kwietnia). Muzeum jest czynne codziennie w godz. 8-17 (w sezonie od maja do września: 8-21).

Europejskie Centrum Artystyczne im. Fryderyka Chopina w Sannikach

A dla zachęty poniżej kilka zdjęć:

Tekst i zdjęcia: Jarek Zuzga

Salon optyczny z warszawską duszą

Salon optyczny z warszawską duszą

Przy ul. Koszykowej 34/50 mieści się salon optyczny, który, prócz pełnienia swojej podstawowej funkcji, może też być atrakcją dla miłośników Warszawy.

Optyk w tym miejscu działa nieprzerwanie od 1952 roku. W lokalu zwraca uwagę duży obraz, umieszczony w specjalnie zaprojektowanej, oświetlonej niszy, przedstawiający Warszawę z przełomu wieków XVIII i XIX. Twórcą obrazu, jak i też projektu całego wnętrza lokalu, był Stanisław Miedza Tomaszewski, nieżyjący już grafik, plastyk i projektant wnętrz, osoba o bardzo ciekawym życiorysie.

Otóż w czasie wojny pracował on w Departamencie Informacji, gdzie miał dostęp do fotografii dokumentujących niemieckie zbrodnie w Polsce. Tomaszewski w ukryciu kopiował te zdjęcia, a potem wysłał je zakonspirowanym kanałem do Londynu. Jako materiał dowodowy posłużyły potem one w procesach nazistów w Norymberdze.

W 1941 roku został aresztowany i umieszczony na Pawiaku, gdzie poddano go torturom. Chciał popełnić samobójstwo, ale uratowały go konspiracyjne władze – najpierw celowo zarażono go tyfusem, potem, gdy już był w szpitalu, upozorowano atak wyrostka, a na sali operacyjnej podmieniono go na ciało zmarłego wcześniej pacjenta. W mieście ukazały się nekrologi, odbył się fikcyjny pogrzeb. Tomaszewski do końca wojny działał z ukrycia, tworząc m.in. propagandowe znaczki pocztowe, plakaty i podrabiane banknoty.

Po wojnie wykładał na Akademii Sztuk Pięknych, zmarł w 2000 roku, pochowany jest na Powązkach. Warto dodać, że Tomaszewski miał brata – Jerzego – słynnego fotografa, dokumentalisty powstania warszawskiego. A jakby tego było mało, Stanisław był też wujkiem… braci Kaczyńskich. Podobno to on namówił ich do wzięcia udziału w castingu do filmu „O dwóch takich, co ukradli księżyc”.

Na wspomnianym obrazie z salonu przy ul. Koszykowej na pierwszym planie znajduje się grupa mieszczan, których łączy to, że każdy ma na nosie… okulary. Całość uzupełnia wykaligrafowany w rogu krótki wiersz Franciszka Kowalskiego, również poświęcony okularom.

Bardzo nam się spodobało to dekoracyjne nawiązanie do funkcji usługowej lokalu, utrzymane w warszawskim duchu. Zatem – jeśli macie potrzebę kupna okularów czy zbadania wzroku – polecamy Wam to miejsce 🙂

Tekst i zdjęcia: Jarek Zuzga

Wydawnicze perełki Muzeum Warszawy

Wydawnicze perełki Muzeum Warszawy

Z dużą przyjemnością zapoznaliśmy się z dwoma nowościamy wydawniczymi od Muzeum Warszawy. Prócz niewątpliwej wartości merytorycznej oba wydawnictwa charakteryzują się piękną oprawą graficzną. O ile więc poniższe tytuły nie wylądowały pod Waszymi choinkami, warto zapoznać się z nimi teraz.

Legendy warszawskie. Antologia

Wydane niedawno przez Muzeum Warszawy „Legendy Warszawskie – Antologia” to obowiązkowa lektura dla zainteresowanych Warszawą. Bardzo prawdopodobne jest, że znajdziecie tu legendę, o której nigdy nie słyszeliście – dla mnie nowością były między innymi: „Dawny Kirkut, ulica Krakowskie Przedmieście” czy „Pustelnia Trzech Krzyży”.  Albo inną wersję znanej legendy – w Antologii jest aż sześć wersji legendy o Złotej Kaczce!

Bardzo cenne jest to, że legendy pisane były w różnym czasie i przez różnych autorów, również przez osoby będące „warszawskimi legendami”, jak Artur Opmann.

Wydawnictwo jest przyjaźnie zaprojektowane – legendy podzielono według rejonów, których dotyczą: Rynku Nowego Miasta, Łazienek Królewskich, itd. Bardzo podoba mi się, że przed każdą częścią znajduje się krótki historyczny opis miejsca. Do Antologii dodano też czytelną mapkę. Nie sposób też nie wspomnieć o przepięknej szacie graficznej, opracowanej przez Wojciecha Pawlińskiego.

Legendy przeznaczone są dla dorosłych, ale rodzice chcący poczytać je dzieciom, dzięki graficznemu oznaczeniu każdej opowieści, będą wiedzieli, czy jest odpowiednia dla malucha.

Cena 59 zł, do kupienia tutaj.

Plan Warszawy 1912

Ryszard Żelichowski, Paweł E. Weszpiński, William Heerlein Lindley. Plan Warszawy 1912. Plan niwelacyjny miasta Warszawy. Zdjęcie pod kierunkiem Głównego Inżyniera W.H. Lindleya to zestaw zawierający trzy plany Warszawy będące syntezą lindleyowskich planów miasta z lat 1883–1915: oryginalny, z naniesioną współczesną siatką ulic oraz z najważniejszymi obiektamii. Do każdego z planów dołączona jest broszura z opisem, a całość uzupełnia książka, w której znajdziemy wiele ciekawych informacji dotyczących historii powstawania warszawskiej infrastruktury wodnej i kanalizacyjnej.

Zwraca uwagę piękna szata graficzna wydawnictwa, opracowana przez Annę Piwowar.

Cena 59 zł, do kupienia tutaj.

Tekst Agnieszka Zuzga (Warszawska Fabryka Spacerów), zdjęcia Jarek Zuzga

Tramwajowa historia pod asfaltem

Tramwajowa historia pod asfaltem

Krótko, bo niespełna 20 lat, tramwaje pokonywały ostry zakręt z ulicy Nowolipie w Żelazną, koło szpitala św. Zofii. Łącznik między Gęsią, wzdłuż Smoczej i Nowolipia do Żelaznej wybudowano w 1923 roku, a zamknięto w 1942. Nigdy potem nie wrócono do tej nitki. 
Ale do dziś, pod asfaltem, na wysokości szpitala, widać zarys zakrętu, a co jakiś czas pojawiają się i oryginalne tory. Mają prawie sto lat, a co ciekawe – ich rozstaw jest „oryginalny”, tzn. rosyjski – szerszy od współczesnych o 90 mm.
To pewnie też kolejny zabytek techniki, który po cichu zniknie przy następnym remoncie, jak wcześniej tory z Krakowskiego Przedmieścia czy ulicy Żelaznej. Warto zatem przejść się i zobaczyć na własne oczy, zwłaszcza, że teraz dobrze go widać.
Archiwalne zdjęcie pokazuje wspomniany zakręt z Nowolipia w Żelazną przed wojną (fot. Archiwum Państwowe w Warszawie).