Unikatowy radioodbiornik znaleziony w Warszawie

Unikatowy radioodbiornik znaleziony w Warszawie

Jak wiadomo powszechnie, Warszawa jest miastem zaskakującym na wielu płaszczyznach, np. można tu znaleźć różne ciekawe rzeczy, co też się nam kilkakrotnie zdarzało.
Ostatnim naszym znaleziskiem było stare radio, z pozoru nic ciekawego, ale jedna okazało się, że trafiliśmy na białego kruka.
Radioodbiornik ten to produkowany przez zakłady Diora (w Dzierżoniowie) model Pionier z 1949 roku, pierwsze polskie powojenne radio lampowe. Znaleziony egzemplarz jednak różnił się od standardowych – miał kolor biały (podczas gdy zwykłe były czarne lub brązowe), miał kolorową skalę, i – przede wszystkim – napis „Jubileuszowy 50000” i z datą 29/10/1949. I rzeczywiście – z tyłu, na ramie, radio ma wybity nr seryjny: 50000.
Prawdopodobnie odbiornik ten był przeznaczony na jakąś wystawę krajową czy zagraniczną, albo jako prezent dla któregoś z partyjnych przywódców. W każdym razie – jakoś znalazł się w Warszawie.
Udało się nam uratować go przed zniszczeniem, a przedwczoraj przekazaliśmy go w darze do Narodowego Muzeum Techniki. Muzeum – jak tylko otworzy swoje podwoje (bo aktualnie jest remont) – pokaże radioodbiornik szerokiej publiczności. Bardzo się z tego cieszymy!

Na zdjęciu moment przekazania radia: w środku pan Jerzy Lemański z Muzeum Techniki, no i my :) - Paweł Starewicz i Jarek Zuzga.
Radio Diora Pionier nr 50000
Radio Diora Pionier nr 50000
Radio Diora Pionier nr 50000
Dawnych neonów czar

Dawnych neonów czar

Końcówka lat 50. Warszawa rozbłyska światłem nowych neonów. Jako jedna z pierwszych sterowanej odgórnie neonizacji podlega ul. Krucza. Poboczna, choć położona centralnie ulica dzięki mieniącym się światłom po zmroku zaczyna przypominać wielkomiejską metropolię. Taki powiew świeżości, wielkiego świata.

W pamięci mieszkańców zachowało się kilka najważniejszych neonów tej ulicy. W pamięci, bo materialny ślad po zdecydowanej większości z nich dziś odnaleźć można jedynie w archiwach, na starych pocztówkach czy fotografiach prasowych. Trudno też w opowieści o nich zachować chronologię, a czasem nawet w pełni oddać lokalizację dawnych reklam. Potraktujcie więc ten przegląd jak impresję – wprost zachęcającą do udziału w wycieczce…*

A za oknem – kwiaty

Już u zbiegu z al. Jerozolimskimi przechodniów witał umieszczony na szczycie budynku słoń. Figura egzotycznego zwierzęcia, symbolu loterii królowała nad okolicą. Zanim jednak stała się znakiem rozpoznawczym, na tym samym narożniku znalazły się już gigantyczne kwiaty – popis wyobraźni artystów, którzy na przełomie lat 50/60 stali za większością projektów nic-nie-reklamujących reklam świetlnych. Spięte w bukiet kwiaty wyrastały na wysokość ponad trzech pięter nad mieszczącą się tu kwiaciarnią i – jak głoszą miejskie legendy – silnym światłem często wręcz rozzłoszczały mieszkańców kamienicy. 

Skrzyżowanie Al. Jerozolimskich i Kruczej - widoczny słoń reklamujący loterię oraz kwiaty reklamujące kwiaciarnię. Fot. ze zbiorów Pawła Starewicza

Wcale nie z mniejszym rozmachem swoją obecność zaznaczał na przeciwległym narożniku Jubiler. Charakterystyczny napis, przywołujący odręczne pismo wśród miłośników miejskiej typografii jest do dziś jednym z bardziej rozpoznawalnych w Polsce. Neon z Kruczej liczył ok. 8 metrów długości. Zdjęto go stosunkowo niedawno, bo dekadę temu. W dobrym dla niego momencie, bo już wtedy społeczna świadomość wartości dawnych neonów na tyle wzrosła, że Jubilera udało się uratować. Można oglądać go teraz na terenie Fabryki Soho, gdzie mieści się Muzeum Neonów.

Neon Jubiler w kolekcji Muzeum Neonów, na terenie SOHO na Kamionku, fot. Jarek Zuzga

W muzeum przy Mińskiej można zobaczyć również miniaturową replikę neonu kina Śląsk na ówczesnym Grand Hotelu, jednej z siedzib „wędrującego” kina Filmoteki Narodowej (dziś mogącego pochwalić się pięknym, współczesnym neonem na własnym zabytkowym budynku przy Narbutta). Jest tu także replika motocyklisty z Warszawskiej Fabryki Motocykli.

Nocne pastwisko

W głębi Kruczej, po tej samej stronie co kino i hotel świecił m.in. klucz wiolinowy Polskich Nagrań, na którego szczycie siedział kogucik. Zwierzęcych akcentów było tu jednak więcej. Po drugiej stronie ulicy spotkać można było słynną krowę Baru Bambino. Słynną, bo żaden innych neon, tak jak ona nie rozbudzał fantazji artystów. Mrugająca okiem krasula pojawiła się w wierszu Wandy Chotomskiej i w piosence Lombardu.

Fot. dzięki uprzejmości Muzeum Sztuki Nowoczesnej

Krowa doczekała się odtworzenia, również przez artystkę – Paulinę Ołowską. Od strony technicznej nad jej powstaniem pracował m.in. zmarły przed rokiem Ryszard Kałowski z firmy, która wywodzi się z dawnego przedsiębiorstwa Reklama. Istny mistrz fachu, który potrafił m.in. z brudu na fasadzie odtworzyć dawne neony czy na podstawie cienia oszacować proporcje nowej reklamy. Pan Ryszard wykonał setki reklam dla Warszawy. Lubił wszystkie, ale do krowy miał szczególny sentyment. Kiedyś zaprosił mnie do siebie na działkę, by pochwalić się konstrukcją, która stworzył na bazie… odratowanych tzw. podkładów tego neonu.

Fot. dzięki uprzejmości Muzeum Sztuki Nowoczesnej
Krowa na działce pana Ryszarda, fot. Anna Brzezińska-Czerska
Neonowi ogrodnicy

Dziś Krucza, jako jedna z głównych biznesowych ulic miasta, też nie może narzekać na brak reklam świetlnych. Cześć z nich to tradycyjne neony. W tym ten ukryty nieco w głębi, na siedzibie Zarządu zieleni Warszawy. Animowana konewka, z której leje się woda to jedna z ostatnich prac, w tworzenie których zaangażowany był pan Ryszard. Niezamierzenie przywołująca „neonowy” klimat… jego działki.

tekst: Anna Brzezińska-Czerska
foto: dzięki uprzejmości Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Warszawie,
z archiwum Pawła Starewicza, Anna Brzezińska-Czerska, Jarek Zuzga

Okno na Warszawę jest partnerem projektu „Neonowe opowieści”. Więcej na http://www.obserwatorium.org.pl/

* Uwaga: 24 listopada przewodniczki z Warszawskiej Fabryki Spacerów zapraszają Was na bezpłatną neonową wycieczkę. Szczegóły tutaj.

Czy to najstarszy tor w Warszawie?

Czy to najstarszy tor w Warszawie?

Na terenie pierwszej warszawskiej zajezdni tramwajowej przy ul. Inżynierskiej można zobaczyć prawdopodobnie najstarszą szynę tramwajową w mieście. Na dziedzińcu zajezdni, gdzie kiedyś stały wagony, spod zniszczonego asfaltu wyłania się mały fragment tego toru. Być może jest on tam pod spodem w całości.
Zajezdnia rozpoczęła działalność w 1866 roku*, kiedy pierwszy warszawski tramwaj (konny) wyjechał z jej progów na trasę z dworca Petersburskiego do dworca Wiedeńskiego (przez most Kierbedzia).
Potem, w międzywojniu, tramwaje przeniosły się na Kawęczyńską, a zajezdnię przejęły autobusy, które ostatecznie wyprowadziły się stąd w latach 50. XX w.
Dziś działają tu pojedyncze warsztaty samochodowe.

Wyobraźcie sobie, jak fajnie by wyglądało, gdyby odsłonić ten tor, a na nim ustawić jakiś stary wagon, który mógłby być punktem informacji turystycznej.

* Tę datę podają rozliczne źródła oraz tablica pamiątkowa na elewacji budynku przy Inżynierskiej. Dostaliśmy jednak od dwóch osób informację, że w 1866 roku remizy jeszcze nie było, została wybudowana później.

Niezrealizowany projekt centrum Warszawy

Niezrealizowany projekt centrum Warszawy

Pożółkła gazeta przeganiana wiatrem na muranowskim trawniku okazała się Ekspresem Wieczornym z 1972 roku. A w nim taka ciekawostka: wizualizacja zabudowy obszaru pomiędzy Pałacem Kultury, Świętokrzyską, Marchlewskiego (Jana Pawła II), Chałubińskiego, Nowogrodzką i Emilii Plater. Dla jasności – było to jeszcze przed powstaniem dworca centralnego, który miał być elementem tejże koncepcji.
 
Fragment artykułu: „(…) staną tu budynki o łącznej kubaturze przeszło 1,2 mln m sześć. (…) Zachodnie centrum to skupisko obiektów o charakterze turystyczno-rozrywkowym. (…) nad Al. Jerozolimskimi (powstaną) dwie kładki prowadzące z Dworca do zespołu hotelowego Orbis-Lot (dziś Marriott). Na jednej z tych kładek zainstalowany zostanie pierwszy w Warszawie ruchomy chodnik”. (…) Autorzy projektu (…) wysunęli koncepcję zabudowania pomiędzy al. Marchlewskiego a Emilii Plater drugiego krytego pasażu o postaci ogromnej hali pomiędzy Chmielną i Sienną. Pasaż połączony byłby z hotelami jakie mają powstać wzdłuż al. Marchlewskiego.”
 
Nie doczekaliśmy się tej realizacji, dziś miejsce to zajmują głównie Złote Tarasy. Nie powstały też hotele wzdłuż Marchlewskiego ani kładka z ruchomym chodnikiem. A to byłby dziś hit, taki peerelowski taśmociąg napędzany pewnie radzieckim silnikiem – już byłby na liście zabytków, jak ruchome schody przy Starówce!
Muzeum Polskiej Wódki otwarte

Muzeum Polskiej Wódki otwarte

Pierwsze na Pradze, pierwsze w Warszawie, pierwsze w Europie, pierwsze na świecie – dziś otworzyło się długo wyczekiwane Muzeum Polskiej Wódki. Lokalizacja nieprzypadkowa – muzeum mieści się XIX-wiecznym budynku Rektyfikacji, na terenie dawnej Warszawskiej Wytwórni Wódek „Koneser”. Czeka na Was pięć galerii tematycznych. Trwająca około godziny wycieczka przez kilka wieków historii polskiego trunku rozpoczyna się pokazem filmowym, który jest jednym z mocniejszych elementów całej ekspozycji. Byliśmy tam kilka dni przed oficjalnym otwarciem. Zobaczcie naszą krótką fotorelację:

Muzeum Polskiej Wódki będzie czynne codziennie, od niedzieli do czwartku w godzinach 10:00-20:00, a w piątki i soboty od godziny 11:00 do 21:00. Bilet wstępu kosztuje 40 zł. Muzeum mogą zwiedzać tylko pełnoletni goście.

Zdjęcia: Magda Liwosz

Pałac. Wyznanie intymne

Pałac. Wyznanie intymne

Temat burzenia Pałacu Kultury i Nauki wraca do warszawskich mediów jak bumerang. Wczoraj znowu zawrzało po słowach ministra Glińskiego, który zapytany o pomysł zburzenia budynku na 100-lecie odzyskania przez Polskę niepodległości powiedział, że „nie ma nic przeciwko“. Dla jednych symbol stalinizmu, dla innych najbardziej rozpoznawalny symbol miasta, a dla mnie przede wszystkim miejsce, gdzie spędzam 40 godzin tygodniowo. I nie, nie zgadzam się na żadne jego wyburzenie.

Palac Kultury i Nauki, PKiN

To nie była miłość od pierwszego wejrzenia. Od zawsze oczywiste było dla mnie to, że gdyby dało się cofnąć czas, wolałabym żeby ten fragment miasta wyglądał jak przed wojną. Ale czasu cofnąć się nie da, więc nie będziemy się tu teraz nad tym rozwodzić. Potem coś się zmieniło. Najpierw był film dokumentalny „Pałac” w reżyserii Tomka Wolskiego, później reportaż Beaty Chomątowskiej „Pałac. Biografia intymna”. To one w dużej mierze zmieniły moje postrzeganie Pekinu (i film i książkę polecam). Podejrzałam go od środka, poznałam historie ludzi, którzy go projektowali i budowali, którzy tworzą go dziś. Stał mi się… bliższy.

Niedługo potem zaczęłam pracę w jednym z biur mieszczących się w Pałacu. Od tamtej pory mogę codziennie obserwować ten żywy organizm od samego środka i powiem Wam szczerze, że to ciekawa obserwacja i pasjonujące doświadczenie – otworzyć potwornie ciężkie drzwi wejściowe (czy to możliwe, żeby w poniedziałki rano były cięższe niż w inne dni tygodnia?), podglądać sędziwych panów z ochrony, na których biurkach dzwonią jeszcze ogromne telefony z tarczą, zastanawiać się dokąd prowadzą małe tajemnicze drzwi na korytarzu (zawsze zamknięte – sprawdzam regularnie!), przeżyć chwile grozy, gdy nagle ktoś zaczyna mówić przez trzeszczące głośniki głosem jak z zaświatów, wpaść po kanapkę do Ciasteczkowa do najmilszej na świecie pani Agnieszki, która w Pałacu zna chyba wszystkich i pamięta doskonale, kto jakie kanapki kupuje, czy wreszcie poobserwować tłumy turystów w kolejce na taras widokowy i słuchać ich zachwytów nad architekturą, która często jest im zupełnie obca i dlatego niezwykle ciekawa. To za ten mikroklimat Pałac lubię najbardziej.

Warszawa przedwojenna zniknęła bezpowrotnie, po odbudowie powstało w pewnym sensie nowe miasto. Jeżeli spojrzymy w tym kontekście na Pałac Kultury i Nauki, to właśnie on stał się symbolem tej nowej Warszawy. Symbolem, bez którego bardzo trudno wyobrazić sobie dziś stolicę Polski. I jeśli ktoś kiedyś faktycznie będzie chciał go wyburzyć, będę pierwsza w kolejce, żeby przykuć się na znak protestu do tych diabelsko ciężkich drzwi.

Magda Liwosz
fot. Jarek Zuzga