Święta i Mikołajki 2017 – 10 propozycji prezentów dla miłośników Warszawy

Święta i Mikołajki 2017 – 10 propozycji prezentów dla miłośników Warszawy

Tradycyjnie już od sześciu lat, co roku przedstawiamy Wam listę propozycji na prezenty mikołajkowe i świąteczne dla miłośników Warszawy. Mamy nadzieję, że spośród poniższych dziesięciu propozycji znajdziecie coś dla Waszych bliskich.

1. Kolorowanka podłogowa Warszawa, o wymiarach  70 x 100cm, od Hellowawa. Cena 15 zł, do kupienia tutaj.

2. Exlibris warszawski od Malu Studio. Na zestaw składa się pieczątka o wym. 5,5 x 4 cm, poduszka z czarnym tuszem i bawełniany woreczek z nadrukiem. Cena to 50 zł, do kupienia tutaj.

3. Druga edycja podstawek korkowych „Posadzki Warszawskie” przedstawiających najładniejsze podłogi z warszawskich kamienic. Od Warsaw Slow Design. 6 sztuk w opakowaniu, cena 39 zł, do kupienia tutaj.

Warsaw Slow Design, podstawki korkowe "Posadzki warszawskie" 2.0

4. Magnes z surowej sklejki 4mm w kształcie Warszawy. Grawerowany współczesnymi granicami osiedli, do wyboru wersja zwykła i z nazwą miasta na środku. Od Lokalnego, wielkość – 5/9 cm, cena 20 zł, do kupienia tutaj.

Warsaw Slow Design, podstawki korkowe Koty Wielkomiejskie

5. „Wspomnienia warszawskie” Antoniego Słonimskiego to anegdotyczny i błyskotliwy obraz miasta współczesnego autorowi. Wydawnictwo Agora, cena 19,99 zł, do kupienia tutaj.

Warsaw Slow Design, podstawki korkowe Koty Wielkomiejskie

6. „Od wielkich idei do wielkiej płyty. Burzliwe dzieje warszawskiej architektury” – eseje o warszawskiej architekturze na przestrzeni ostatnich stu lat, autorstwa Grzegorza Miki, znanego warsawianisty, twórcy strony „Warszawski Modernizm 1905–1939″. Cena 39,90 zł, do kupienia tutaj.

Warsaw Slow Design, podstawki korkowe Koty Wielkomiejskie

7. „20 rzeczy o Warszawie” to praca zbiorowa autorów (Justyny Bargielskiej, Sylwii Chutnik, Jacka Dehnela, Mikołaja Łozińskiego i Macieja Sieńczyka), którzy zainspirowali się przedmiotami pochodzącymi z muzealnej wystawy. Cena 59 zł, do kupienia tutaj

Warsaw Slow Design, podstawki korkowe Koty Wielkomiejskie

8. Jeśli słodycze, to może Krem Warszawski? Truskawkowy, bezcukrowy, cena 14 zł, do kupienia tutaj.

Warsaw Slow Design, podstawki korkowe Koty Wielkomiejskie

9. Nie ma takiej choinki, żeby nie znalazły się pod nią skarpety. Skoro tak, to niech to będą skarpetki z zimowym Pałacem Kultury, od Kabaka, cena 25 zł, do kupienia tutaj.

10. A jeśli nie skarpetki, to mamy do wyboru jeszcze Majtki Stołeczne, ręcznie uszyte z dzianiny bambusowej, fantazyjnie zapakowane w… słoik. Wersja damska i męska, cena 39 zł, do kupienia tutaj.

Warsaw Slow Design, podstawki korkowe Koty Wielkomiejskie
Rzeźbiarz staromiejski

Rzeźbiarz staromiejski

Rzadko się zdarza, że zaglądając komuś przez płot na prywatne podwórko, usłyszy się „zapraszam, wejdźcie, mam dobre młode wino”. A to właśnie nam się przydarzyło pewnego upalnego dnia, w czerwcu 2014 roku. Pomagaliśmy wówczas przy sesji fotograficznej na Starym Mieście, a gdy praca się skończyła, urokliwymi Kamiennymi Schodkami zeszliśmy na dół, do Bugaju, gdzie na trawniku stoją intrygujące kamienne rzeźby – na pewno znacie to miejsce. My też niby znamy – choć jak się okazało, tylko powierzchownie.

Trochę nieśmiało, ale skuszeni okazją zwiedzenia bajkowo wyglądającego podwórza, z zaproszenia skorzystaliśmy. Gospodarzem okazał się autor wspomnianych rzeźb – Zbigniew Maleszewski. Artysta w pierwszym już kontakcie wzbudzał sympatię i zaufanie –  postawny, wysoki, siwy starszy pan, z przesympatycznym uśmiechem na twarzy, spojrzeniem pełnym ciepła i wielkimi dłońmi, godnymi zawodu, który uprawiał. Od razu podsunął nam ogrodowe fotele i nalał po kieliszku wina.

Usiedliśmy zatem w tym pięknym podwórku, przypominającym trochę romantyczne zaplecza domów na południu Europy. Zewsząd otaczały nas kamienne rzeźby, w różnych stadiach wykończenia, drewniane stoły, stoliki, taborety, wiszące lampy naftowe, zestawy narzędzi, a całość tonęła w pnącej się zieleni.

Z początku trochę nie wiedzieliśmy o czym rozmawiać, bo cała sytuacja była dla nas zaskoczeniem, na szczęście pan Zbigniew okazał się być bardziej sprawny towarzysko i sam zaczął opowiadać – najpierw o tym, jak wino jego produkcji jest popularne w Warszawie. Że piją go wszyscy jego znajomi, artyści, koledzy z ASP, ale też sąsiedzi ze Starówki, i że dzięki niemu czuje się zdrowo mimo wieku, i ma siłę do pracy. Wino faktycznie było smaczne, orzeźwiające, idealne na tak upalny dzień.

Potem pokazywał nam różne rzeźby, część robionych na zamówienie dla prywatnych kolekcjonerów, część na sprzedaż dla turystów, inne robione ot tak, dla siebie, pod wpływem natchnienia. Na pytanie, czy dobrze się sprzedają, odpowiedział, że całkiem nieźle, pomimo cen idących w tysiące złotych. Jakby na potwierdzenie tych słów rozmowę przerwał nam turysta z Francji, zainteresowany kupnem kamiennej figurki. „Ten nie kupi, przyszedł tylko pooglądać” – powiedział pan Zbigniew wstając, po czym płynnie przeszedł na francuski, coś tłumacząc gościowi. „Ja ich rozpoznaję z daleka” – dodał, gdy klient poszedł faktycznie nic nie kupując – „od razu wiem, który kupi, a który tylko udaje”.

Zbigniew Maleszewski urodził się w 1924 roku w Łyszczycach (obecnie Białoruś). Jego pradziadek był pułkownikiem, dowódcą Powstania Listopadowego na Wileńszczyźnie, zesłanym po upadku powstania na Sybir. Jego syn, czyli dziadek pana Zbigniewa, powrócił do Białegostoku jako młody chłopak, brał udział w I Wojnie Światowej. Po odzyskaniu niepodległości ożenił się i miał dwie córki – matkę i ciotkę pana Zbigniewa.

A on sam młodość spędził w Wilnie, gdzie brał udział w operacji „Ostra Brama” (1944 r.), w której – jak wspominał – musiał walczyć przeciwko niektórym swoim kolegom ze szkoły, co było strasznym przeżyciem i na zawsze zostawiło ślad w jego psychice. W pracowni, do której nas zaprosił, miał wiele pamiątek z tamtych czasów: pistolety, strzelby, bagnety, wojskowe hełmy. „Za peerelu miałem z tym trochę kłopotów” – opowiadał – „milicja sprawdzała, czy nie jest to przypadkiem nielegalne posiadanie broni”. Ale nawet jeśli kolekcja była nielegalna, to wszelkie takie sprawy pan Zbigniew załatwiał z sąsiadem – emerytowanym pułkownikiem Urzędu Bezpieczeństwa, byłym wiceministrem, z którym łączyło go wspólne hobby – pędzenie bimbru. „To był przyzwoity facet, paznokci nie rwał. A jakie robił nalewki!” – wspominał. Koniec końców milicja zgodziła się zostawić broń w spokoju, pod warunkiem, że spusty zostaną zakłódkowane – co pan Zbigniew dla świętego spokoju zrobił. Znajomość z pułkownikiem miała jeszcze jedną korzyść –  w piwnicy pana Zbigniewa działała drukarnia nielegalnej opozycyjnej gazety – Przeglądu Wiadomości Agencyjnych. Ryzyko wpadki było nieduże, bo kto ośmieliłby się kontrolować mieszkanie przyjaciela wiceministra. Pod latarnią najciemniej – wiadomo.

Po wojnie, w 1945 roku, pan Zbigniew został z Wilna „wyrzucony”, jak sam to określał. Bydlęcym wagonem, z niewielką walizeczką, przyjechał do Lublina, gdzie przyjęto go na świeżo powstałą Politechnikę, na wydział architektury, bez egzaminów. Komisja wzięła pod uwagę, że miał ukończone liceum budowlane, poza tym fachowcy byli zrujnowanej Polsce potrzebni na szybko. Po roku przeniósł się do stolicy, podejmując jednocześnie studia na Politechnice (architektura) i ASP (rzeźba). „W Warszawie wszędzie było daleko. Kupiłem sobie rower, żeby zdążyć z jednych zajęć na drugie” – wspominał. Sport był zresztą panu Zbigniewowi nieobcy – należał do AZS, został nawet (choć jak twierdzi – przypadkowo) mistrzem stolicy w skoku w zwyż. „Tak się złożyło, że wszyscy najlepsi zawodnicy wyjechali na jakieś inne zawody, no i dlatego ja wygrałem” – śmiał się. Po studiach mieszkał kątem u różnych znajomych, między innymi na Mariensztacie, skąd obserwował budowę trasy W-Z i obsuwającą się skarpę pod kościołem św. Anny. Trzy lata przepracował w Instytucie Wzornictwa Przemysłowego, brał udział w pracach projektowych metra. O zrujnowanej Warszawie mówił: „Pamiętam, że ze wszystkich ocalałych kamienic skuwano zdobienia i architektoniczne detale”. W 1960 roku otrzymał od miasta pracownię przy ul. Bugaj – tę właśnie, w której go spotkaliśmy.

A pracownia pana Zbigniewa wyglądała niesamowicie. Podobnie jak na podwórku, wypełniona była rzeźbami. Uwagę zwracało stojące na komodzie popiersie kobiety – „to moja siostra, niestety już nie żyje” – wyjaśnił. Prócz rzeźb było tam mnóstwo obrazów – prezentów od licznych znajomych pana Zbigniewa – wybitnych artystów, profesorów ASP. Półki wypełnione były pamiątkami, o których z chęcią opowiadał, a każda miała swoją historię godną osobnego artykułu. Pamiątki z Wileńszczyzny, dyplomy, stare fotografie. Czaszki ludzkie i zwierzęce. Mamuci róg. W kącie na poduszce drzemał bury kot; na nasz widok pierzchł do piwnicy – tej, w której kiedyś była drukarnia. Kotów, jak się potem okazało, było tu więcej, ale kryły się w zakamarkach podwórka. „Dokarmiam je” – mówił. Wszystkie wykastrowane i zaszczepione, bo pan Zbigniew odpowiedzialnie korzystał z miejskiego programu opieki nad dzikimi kotami, a dzięki kociemu wsparciu na obejściu nie prześlizgnęła się najmniejsza nawet mysz.

Po schodkach na górę można było dostać się do biblioteki pełnej książek ze wszystkich chyba zakątków świata. Mnóstwo literatury fachowej, albumów fotograficznych, malarskich. Wśród nich maszynopisy autorstwa samego gospodarza: „napisałem siedem książek, wciąż leżą w szufladzie”. Tu i ówdzie różne symbole masońskie – bo pan Zbigniew, jak wielu architektów i rzeźbiarzy – był wolnomularzem, o czym chętnie i ciekawie opowiadał.

Za swoją pracę Zbigniew Maleszewski otrzymał wiele nagród, w tym między innymi najwyższe państwowe odznaczenie dla artystów – złoty medal „Gloria Artis”. Został też odznaczony Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski, z czym łączy się zabawna historia: pewnego dnia pan Zbigniew dostał zaproszenie na uroczystość wręczenia Krzyża Wielkiego Orderu Odrodzenia Polski, która odbyć się miała na Zamku Królewskim. Wyróżnienie to przyznane zostało pośmiertnie generałowi Aleksandrowi Krzyżanowskiemu, odebrać je miała jego córka Olga. A że do Zamku z Bugaju droga krótka, to pan Zbigniew postanowił dla rozrywki przejść się w towarzystwie zaprzyjaźnionej sąsiadki – aktorki. Na wydarzenie trochę się spóźnił, więc z towarzyszką stanęli gdzieś z tyłu. No i nagle wyczytują jego nazwisko. „Zastanawiam się, kto może tak samo się nazywać?” – zdziwił się, a tymczasem jakaś niezydetyfikowana ręka wyciąga go przed publiczność i sadza na krześle. Po chwili na sali zjawił się prezydent i wręczył kilkunastu osobom Krzyż Kawalerski, w tym zaskoczonemu panu Zbigniewowi. „No i wracałem sobie wieczorem Starówką z przypiętym do klapy medalem” – wspominał z uśmiechem. Odznaczenie było oczywiście powodem do dumy, ale przynosiło też pewne doraźne korzyści: „po jakimś czasie moi przyjaciele uradzili, że trzeba oblać to wydarzenie. Siedzymy sobie zatem na tarasie, 11 wieczór, pijemy winko,  a tu pewna wrażliwa sąsiadka zadzwoniła po policję, że za głośno. No i faktycznie przyjechała policja, ale jak zobaczyli mój Krzyż w klapie, to zasalutowali, przeprosili i poszli”. Historia ta pokazuje w piękny sposób, jakim skromnym człowiekiem był pan Zbigniew, i jaki miał dystans do samego siebie.

W pracowni i na tarasie u pana Zbigniewa czas płynął niezauważenie. Dopiero zachodzące słońce przypomniało nam, że siedzimy tu już parę ładnych godzin. Coś miał w sobie takiego pan Zbigniew, że nie chciało się od niego wychodzić. Nic dziwnego, że znajomych i przyjaciół miał mnóstwo. Przez cały czas, gdy rozmawialiśmy, uśmiech nie schodził z jego twarzy. Mowę miał płynną, ton śpiewny, gawędziarski, z charakterystycznym wileńskim akcentem. Słuchać można by było bez końca. Ale my przecież niezapowiedzianymi gośćmi byliśmy, i wypadało jednak dać gospodarzowi trochę spokoju, choć ten – trzeba przyznać – nie przejawiał żadnych objawów zmęczenia. A przecież rozmawialiśmy z 90-latkiem! „Litwini tak długo żyją” – śmiał się – „mam to po matce”. W końcu jednak idziemy, ale obiecujemy sobie, że jeszcze kiedyś wpadniemy, na dłużej, pogadać. „Zawsze przychodźcie” – powiedział nam na pożegnanie.

Niestety, już nie napijemy się młodego wina z przemiłym panem Zbigniewem. Rzeźbiarz odszedł w maju tego roku, w wieku 93 lat. Mamy nadzieję, że jeszcze zdążył pojechać do rodzinnego Wilna, bo planował wycieczkę – a jakże – z grupą przyjaciół. My na pewno nigdy go nie zapomnimy, otwartego, życzliwego, uśmiechniętego, prawdziwego wilnianina i warszawiaka, rzeźbiarza staromiejskiego. Pomyślcie o nim ciepło, gdy będziecie przechodzić ulicą Bugaj!

Tekst i zdjęcia: Jarek Zuzga

Zobacz więcej zdjęć:

„Miastonauci” Tytusa Brzozowskiego – obrazkowa książka o niezwykłym mieście i jego mieszkańcach

„Miastonauci” Tytusa Brzozowskiego – obrazkowa książka o niezwykłym mieście i jego mieszkańcach

Tytus Brzozowski, artysta i architekt, znany z bajecznie kolorowych, magicznych warszawskich akwareli, tym razem przygotował propozycję specjalnie dla dzieci – wielkoformatową książkę obrazkową „Miastonauci”.

„Miastonauci” to picture book, składający się z kunsztownie wykonanych akwareli, opowiadający o architekturze, mieście i wzajemnych relacjach jego mieszkańców. Pejzaż tej magicznej krainy tworzą budynki i detale zaczerpnięte z architektury polskich miast, a przede wszystkim Warszawy. Bohaterowie tej kolorowej historii poruszają się po dachach charakterystycznych stołecznych kamienic, wśród tak znanych symboli jak Archikatedra Warszawska, czy Zamek Królewski. Miłośnicy Warszawy znajdą też mniej oczywiste elementy lokalnego pejzażu: wieżę kościoła Św. Anny, kaplicę kościoła Św. Zbawiciela czy wieżyce mostu Poniatowskiego.

Wśród znanych nam krajobrazów artysta ukrywa  baśniowe niespodzianki, które można odszukać i policzyć: kostki do gry, domino czy zdobiące fasady kamienic charakterystyczne sylwetki space invaders.

W tym magicznym mieście gwarne życie toczy się na ażurowych mostkach, dachach i kominach, czy latających nad miastem zielonych wyspach. Bohaterowie „Miastonautów” podróżują, unosząc się na kolorowych parasolach, latając balonami czy zgrabnie przechodząc po cieniutkich linach rozwieszonych między budynkami. Dziesiątki małych historii i przygód bohaterów krzyżuje się i przeplata, a szczęśliwy finał możliwy jest, gdy bohaterowie pomagają sobie nawzajem.

„Miastonauci” to opowieść o architekturze i życiu w mieście, w którym duch współpracy i wzajemnej pomocy dominuje w miejskich relacjach. Książka uczy wrażliwości na otaczającą nas przestrzeń, dzięki „Miastonautom” możemy spojrzeć na Warszawę z nowej, magicznej perspektywy.

Oryginalne, wielkoformatowe akwarele ilustrujące książkę będzie można obejrzeć podczas spotkania promocyjnego w PROMie Kultury na Saskiej Kępie w dniu 1 czerwca 2017 roku o godzinie 18:00, wstęp wolny. Spotkanie będzie prawdziwym świętem miasta i miejskiego życia. W programie wiele niespodzianek zarówno dla dzieci, jak i dorosłych, m.in.

  1. multimedialna opowieść o wątkach architektonicznych ukrytych w książce,
  2. wyjątkowe ciastka cukierni LUKULLUS,
  3. loteria – losowanie kopii fine art jednej z prac ilustrujących publikację,
  4. książki z autografem artysty w promocyjnej cenie,
  5. wspólna zabawa z ogromną kolorowanką, malowanie buziek w kolorach miastonautów i inne atrakcje dla najmłodszych.

Zostań miastonautą! http://miastonauci.pl/

W lipcu obudzą Ogród Saski!

W lipcu obudzą Ogród Saski!

„Saski nie śpij!” to projekt artystyczno-społeczny zakładający odniesienie do bogatej historii Ogrodu Saskiego za pomocą siedemnastu instalacji artystycznych. „Altanka owocowa”, „Kiosk meteorologiczny”, „Pawilon Kropli Mleka”, „Teatr Letni” – czy wiesz, że to wszystko znajdowało się na tym królewskim niegdyś terenie, który po II wojnie został sprowadzony jedynie do roli przechodniego skweru?

Dawniej Ogród Saski stanowił tętniące życiem towarzyskim centrum Warszawy, bogate w ciekawe inicjatywy czy wspaniałą architekturę, m.in. wytworne pawilony ogrodowe, pałac turecki, wodne rezerwuary. Niestety teraz zdaje się nie pamiętać czasów swojej świetności. Działanie przewidujące interwencje przestrzenne ma zaintrygować przechodnia i zaprosić do przejścia szlakami dawnego Ogrodu oraz poszukania też bardziej ukrytych nawiązań, takich jak „Wielki Salon” czy odniesienie do słynnego pałacu Brühla, pierwszego ministra i ulubieńca króla Augusta III Sasa. 

Jednym z celów projektu w przestrzeni dzisiejszego parku jest poszerzenie świadomości historycznej i przypomnienie, że to miejsce pamięta nie tylko słynny Pałac. Instalacje i rzeźby zaistnieją w miejscach przybliżonych do historycznych, ze względu na zmieniający się na przestrzeni wieków plan Ogrodu. W „Domku Gry” – obiekcie nawiązującym do minionych boskietów, w których ukryte były właśnie miejsca do gier, znajdzie się plan-szlak z informacjami o inicjatywie. 

Autorki: Anna Marczak, Agnieszka Wasilewska
Data i miejsce: 2-9 lipca 2017, Ogród Saski w Warszawie
Powstaje też publikacja o takim samym tytule (w ramach stypendium m. st. Warszawy 2017).
Projekt na facebooku: https://www.facebook.com/saski.nie.spij/
Okno na Warszawę jest patronem medialnym wydarzenia.

Salon optyczny z warszawską duszą

Salon optyczny z warszawską duszą

Przy ul. Koszykowej 34/50 mieści się salon optyczny, który, prócz pełnienia swojej podstawowej funkcji, może też być atrakcją dla miłośników Warszawy.

Optyk w tym miejscu działa nieprzerwanie od 1952 roku. W lokalu zwraca uwagę duży obraz, umieszczony w specjalnie zaprojektowanej, oświetlonej niszy, przedstawiający Warszawę z przełomu wieków XVIII i XIX. Twórcą obrazu, jak i też projektu całego wnętrza lokalu, był Stanisław Miedza Tomaszewski, nieżyjący już grafik, plastyk i projektant wnętrz, osoba o bardzo ciekawym życiorysie.

Otóż w czasie wojny pracował on w Departamencie Informacji, gdzie miał dostęp do fotografii dokumentujących niemieckie zbrodnie w Polsce. Tomaszewski w ukryciu kopiował te zdjęcia, a potem wysłał je zakonspirowanym kanałem do Londynu. Jako materiał dowodowy posłużyły potem one w procesach nazistów w Norymberdze.

W 1941 roku został aresztowany i umieszczony na Pawiaku, gdzie poddano go torturom. Chciał popełnić samobójstwo, ale uratowały go konspiracyjne władze – najpierw celowo zarażono go tyfusem, potem, gdy już był w szpitalu, upozorowano atak wyrostka, a na sali operacyjnej podmieniono go na ciało zmarłego wcześniej pacjenta. W mieście ukazały się nekrologi, odbył się fikcyjny pogrzeb. Tomaszewski do końca wojny działał z ukrycia, tworząc m.in. propagandowe znaczki pocztowe, plakaty i podrabiane banknoty.

Po wojnie wykładał na Akademii Sztuk Pięknych, zmarł w 2000 roku, pochowany jest na Powązkach. Warto dodać, że Tomaszewski miał brata – Jerzego – słynnego fotografa, dokumentalisty powstania warszawskiego. A jakby tego było mało, Stanisław był też wujkiem… braci Kaczyńskich. Podobno to on namówił ich do wzięcia udziału w castingu do filmu „O dwóch takich, co ukradli księżyc”.

Na wspomnianym obrazie z salonu przy ul. Koszykowej na pierwszym planie znajduje się grupa mieszczan, których łączy to, że każdy ma na nosie… okulary. Całość uzupełnia wykaligrafowany w rogu krótki wiersz Franciszka Kowalskiego, również poświęcony okularom.

Bardzo nam się spodobało to dekoracyjne nawiązanie do funkcji usługowej lokalu, utrzymane w warszawskim duchu. Zatem – jeśli macie potrzebę kupna okularów czy zbadania wzroku – polecamy Wam to miejsce 🙂

Tekst i zdjęcia: Jarek Zuzga

Litery z warszawskich ulic

Litery z warszawskich ulic

Grupa projektantów opracowała 12 krojów pisma, inspirując się typografią charakterystyczną dla Warszawy – współczesnej i historycznej. Rezultat jest znakomity! 

Twórcy, czyli Rafał Buchner, Beata Kurek, Maciej Połczyński, Joanna Angulska, Anna Wieluńska, Mateusz Machalski, Ludka Niezgoda, Maciej Włoczewski, Robert Jarzec, Zuzanna Rogatty i Szymon Sznajder, w swoich projektach nawiązali m.in. do stołecznych neonów, szyldów, ale też do tzw. tagów, czyli sprayowych bazgrołów na murach. Fonty, które możecie pobrać za darmo z tej strony, sprawdzą się na plakatach, reklamach, ale też w tekstach ciągłych.

Cieszymy się, że powstała ta inicjatywa – mamy nadzieję, że fonty będą szeroko stosowane. My już wypróbowaliśmy, za faworyta mamy krój „Lombard” (piąty przykład od góry), ale pozostałe też bardzo ciekawe.