Warszawie wybaczę prawie wszystkie błędy

Anna Alboth

Tęsknię za upierdliwymi paniami w autobusach, które wtrącają się w wychowywanie dzieci, za nowomową dresiarzy, za księgarniami i kawiarniami, w których mogę wpaść na znajomych – opowiada podróżniczka Anna Alboth.

Od początku wakacji zaspokajamy naszą ciekawość i pytamy osoby, które wyprowadziły się z Warszawy, za czym tęsknią.  Czego im  brakuje? A czego zupełnie nie brakuje? Jak odległość od miasta, w którym spędziło się wiele lat, wpływa na jego postrzeganie?

Do rozmowy zaprosiliśmy podróżniczkę Annę Alboth, warszawiankę, która na stałe mieszka w Berlinie. Swoje podróżnicze życie opisuje w blogu Rodzina bez Granic. Za czym tęskni?

Gdybyś teraz wróciła do Warszawy, gdzie skierowałabyś swoje pierwsze kroki?

Gdybym miała wrócić tu na stałe, chciałabym zamieszkać w centrum, żeby czuć rytm miasta jak najmocniej. Jeśli na chwilę – do kawiarni Wrzenie Świata albo baru Plan B, bo tam – jak za starych czasów – zawsze spotkam kogoś znajomego.

Za czym tęsknisz będąc daleko?

Za upierdliwymi paniami w autobusach, które wtrącają się w wychowywanie dzieci („a czapeczkę ma? a czapeczki nie ma?”), za nowomową dresiarzy, którą sobie zapisuję na karteczkach, za „moimi” wszystkimi ulicami, za polskimi księgarniami i kawiarniami, w których mogę wpaść na znajomych.

Mam sentyment do okolic Metra Politechnika (bo liceum na Polnej), okolic Krakowskiego Przedmieścia (bo okienka na studiach i – przede wszystkim – mieszkanie Babci na Nowym Świecie), Pola Mokotowskiego (bo niedaleko domu), Wisły (bo letnie życie). Lubię też Pragę i Żoliborz, ale to już przez pojedyncze miejsca czy historyjki.

Jak w skrócie opisałabyś Warszawę swoim przyjaciołom i znajomym z Berlina?

Moje miasto! Ja jestem absolutnie nieobiektywnie zakochana w Warszawie, tęsknię za nią, kiedy mnie tam nie ma i wybaczam prawie wszystkie błędy. Ale też widzę jak pięknieje i mądrzeje w ciągu ostatnich lat. No świetna jest, tak w skrócie!

Jak myślisz, co mogłoby im się spodobać? A co mogłoby ich zdziwić?

Myślę (i wiem), że podobają im się na przykład cmentarze. Że są prawdziwym miejscem, które żyje, które jest dla ludzi wciąż ważne. W Niemczech jest inaczej. A na minus – dziwi ich, że rzeka jest tak słabo wykorzystana, choć my wiemy, że to i tak się bardzo zmienia. We wszystkich europejskich miastach – życie kręci się wokół rzek, a u nas tylko latem w nocy. No i co dziwi bardzo: że nie można pić alkoholu na ulicach.

Miałaś kiedyś taki moment, kiedy na drugim końcu świata pomyślałaś: „O, zupełnie jak w Warszawie”?

Nie, nigdy. Jeszcze mieszkając w Warszawie myślałam, że tak, owszem, mogę podróżować dużo i na długo, ale mieszkać tak naprawdę będę mogła tylko w Warszawie. Kiedy pierwszy raz, dawno dawno temu, odwiedziłam Berlin, pomyślałam, że to drugie miejsce na świecie, w którym wyobrażam sobie żyć. No i tak zostało.

Co widziałaś ze swojego okna na Warszawę, a co widzisz teraz z okna w miejscu w którym mieszkasz?

 W Warszawie miałam dobre okno: wychodziło na osiedlową ulicę, którą wielu musiało przekraczać, żeby pójść na zakupy czy przystanek autobusowy. Dobry punkt strategiczny dla nastolatki. W Berlinie mieszkamy w bardzo głośnym miejscu: obok szpitala, straży pożarnej, komisariatu policji, przy ulicy, która jest wyjazdówką na autostradę, obok okna przejeżdża tramwaj, a dokładnie nad naszym budynkiem lecą samoloty na lotnisko Tegel. Ale poza tym to spokojna dzielnica: z parkami i basenem odkrytym.

Miejsce w Warszawie, które ma rację bytu tylko w Warszawie, bo w każdym innym miejscu na świecie to nie byłoby już to samo, to Twoim zdaniem…

Plac  Zbawiciela z tęczą. Gdzie na świecie odbywałyby się takie walki o wesołą konstrukcję z kolorowych kwiatów? Ja uwielbiam tęczę (nie tylko ideologicznie, ale też wizualnie: widok na nią nad ranem, kiedy w barze rozmawiam sobie z przyjaciółmi – zawsze mnie cieszy).

Miejsce, bez którego Warszawa nie byłaby Warszawą to…

 Nowy Świat i cały Trakt Królewski. Jak tamtędy przejeżdżam, przechodzę, czy widzę stamtąd zdjęcia w książkach czy u międzynarodowych znajomych na Facebooku – myślę sobie: moja Warszawa.

Co Warszawa mogłaby zaczerpnąć z Berlina?

Luz: żeby ludzie nie przejmowali się tak bardzo tym, jak wyglądają i czy robią ważne sprawy. W Berlinie jest więcej wolności, kreatywności i przyzwolenia na różnorodność. Wszyscy się czują jak u siebie. Mają też mnóstwo możliwości, żeby robić to, co naprawdę kochają. Życie w Berlinie jest łatwiejsze niż w Warszawie.

A co Berlin mógłby zaczerpnąć z Warszawy?

 Pierogarnie, ceny taksówek i bardziej kontaktowych ludzi na ulicach. W Warszawie ludzie częściej wchodzą z obcymi w interakcje: w autobusach, na wystawach, w kawiarniach. W Warszawie też międzysąsiedzkie więzi są mocniejsze: ludzie mieszkający w jednym bloku czy na jednym podwórku trochę się znają, pożyczą sobie cukier. W Berlinie sąsiedzkie spotkania to niestety rzadkość. Ludzie organizują projekty wspólnego mieszkania (że do budynku wprowadza się kilkunastu przyjaciół), ale mi chodzi bardziej o taką naturalną wymianę, w przypadkowych gronie. Moja sąsiadka staruszka zawsze jest zadziwiona, że chcę jej pomóc nieść zakupy.

Czy Wy również mieszkaliście w Warszawie przez wiele lat i podjęliście decyzję o przeprowadzce do innego miasta lub kraju? Czy tęsknicie za Warszawą? Czego Wam brakuje po przeprowadzce? Czy w nowym mieście jest Wam lepiej?  Czekamy na Wasze listy: oknonawarszawe@gmail.com. 

Podjęliście decyzję, by wyprowadzić się z Warszawy? Tęsknicie?

skrzynki

Czekamy na Wasze listy. Za czym tęsknicie? Czy na odległość dostrzegacie coś, czego my, warszawiacy, nie dostrzegamy i nie doceniamy?

Jesteśmy bardzo ciekawi, jak odległość od miasta, w którym spędziło się wiele lat, wpływa na jego postrzeganie. Za którymi miejscami się tęskni? Czego brakuje? A czego zupełnie nie brakuje? Co do Warszawy przenieślibyście z miast, do których się przeprowadziliście?

Nieważne, czy przeprowadziliście się do Wrocławia czy do Limy.

Piszcie do nas: oknonawarszawe@gmail.com.

O tym, jak postrzega się Warszawę będąc na drugim końcu świata, rozmawialiśmy już z podróżniczkami  Olą Synowiec i Julią Raczko.

 – Podróże odświeżają mój związek z Warszawą. Po powrocie każdy dzień  Warszawie jest przygodą – chyba nigdy nie wyciskałam jej aż tak do cna. O piątej rano ze znajomymi  pokazuję przypadkowym turystom jak się tańczy studniówkowego poloneza. Przez dziurę wchodzimy w tunele Fortów Bema i bawimy się w Indianę Jonesa – opowiadała Ola.

Przeczytaj całą rozmowę.

– Moja  podróż dookoła świata, wyprowadzka do Australii, wydarzyły się niespodziewanie. Do dziś nie czuję, że Warszawę opuściłam. Wciąż sobie myślę, że może kiedyś znowu tam będę, tak na dłużej, trochę marzę. Po za tym nie lubię się żegnać, więc Warszawie powiedziałam „do zobaczenia” – mówiła Julia.

Przeczytaj całą rozmowę.

Czekamy na Wasze listy z daleka. Jesteśmy bardzo ciekawi, co napiszecie!

Fot. Pixabay

 

 

Brakuje mi wydeptanych warszawskich ścieżek

Brakuje mi wydeptanych warszawskich ścieżek

Julia Raczko w Chile

Podróżniczka i blogerka Julia Raczko mieszka na stałe w Australii, a tęskni za zakładem fryzjerskim przy Wilczej i świeżymi kwiatami z Hali Mirowskiej. Opowiedziała nam, jak patrzy się na Warszawę z perspektywy osoby, która od kilku lat mieszka bardzo daleko.

Julia Raczko – dziennikarka, podróżniczka. Przez lata pracowała jako producentka i reżyserka programów telewizyjnych. Pewnego dnia postanowiła wyruszyć w samotną podróż dookoła świata. Na postanowieniu się nie skończyło – wyruszyła. Po drodze zakochała się i podjęła decyzję o zamieszkaniu w Australii. O podróżach i życiu na końcu świata pisze w blogu Where is Julie and Sam.

Od zawsze jestem ciekawa, jak odległość od miasta, w którym spędziliśmy wiele lat, wpływa na jego postrzeganie. Za czym ludzie tęsknią? Czy dostrzegają w nim coś, czego my, warszawiacy, nie dostrzegamy i nie doceniamy? Byłam ciekawa, co powie Julia, która mieszka teraz w Brisbane.  

Czujesz, że opuściłaś Warszawę? A może powiedziałaś jej tylko “pa pa”?

Wszystko stało się tak szybko, że chyba nie zdążyłam zdać sobie sprawy, że żegnamy się na dłużej. Cała ta moja podróż dookoła świata, wyprowadzka do Australii, wydarzyły się niespodziewanie. Do dziś nie czuję, że Warszawę opuściłam. Wciąż sobie myślę, że może kiedyś znowu tam będę, tak na dłużej, trochę marzę. Po za tym nie lubię się żegnać, więc Warszawie powiedziałam „do zobaczenia”. W myślach.

Czy po zamieszkaniu w Brisbane porównywałaś to miasto z Warszawą? Jak wypadało takie porównanie?

Im dłużej jestem w Brisbane, a mijają właśnie dwa lata, tym więcej porównuję. Pewnie z tęsknoty. Bo Brisbane jest zupełnie innym miastem niż Warszawa – trudno znaleźć punkt zaczepienia. Są inne chodniki, inne budynki, inne korki, inne sklepy i parki, inni ludzie.

Chociaż… jest coś wspólnego – rzeka. Brisbane, podobnie jak Warszawa, leży nad rzeką , nad Brisbane River, i tak naprawdę to nad rzeką toczy się miejskie życie. Gdy wyjeżdżałam z Warszawy, okolice Wisły dopiero zaczynały się rozwijać. Wiem że koncepcja idzie w podobnym kierunku, że będą bulwary, plaże i będzie się działo. Może kiedyś te dwa miasta będą bardziej podobne.

Brisbane

Jak w skrócie opisałabyś Warszawę australijskim przyjaciołom?

Że to sama słodycz, skryta pod twardą skorupą.

Większość Australijczyków kocha Kraków, Warszawę zazwyczaj oceniają krytycznie. Zawsze zastanawiało mnie dlaczego, ale wreszcie, chyba dzięki patrzeniu z perspektywy na Polskę, zaczynam to rozumieć. Turystycznie Kraków jest bardzo przyjazny i wita gości z otwartymi ramionami. Warszawa, podobnie jak dla mnie np. Lizbona, jest miastem, któremu trzeba poświęcić więcej czasu, z którą trzeba się zakolegować, a to trwa. Po prostu. Myślę sobie, że aby lubić Warszawę, trzeba ją znać, albo trzeba mieć kogoś, kto poprowadzi nas przez nią za rękę. I to właśnie mówię moim australijskim znajomym: że Warszawa to fantastyczne miasto, że rozwija się w szybkim tempie, ale że jeśli chcą je polubić, musimy jechać tam razem.

Jak myślisz, czy jest coś, co mogłoby ich zaskoczyć?

Przede wszystkim to, że po ulicach nie chodzą białe niedźwiedzie, że latem można się opalać, że sklepowe półki są pełne, że nie wszyscy kradną. Niestety, takie są mity o Polsce w Australii, a jeszcze gorsze jest to, że część z nich tworzą sami Polacy, którzy wyemigrowali trzydzieści lat temu i myślą, że Polska wciąż jest taka sama jak w PRL-u. Ciężko pracuję nad ich obalaniem. Myślę, że w Warszawie Australijczyków najbardziej zaskoczyłoby to, jak bardzo nowoczesnym jest miastem, i że oprócz pierogów z kapustą i wódki możemy na obiad zaproponować coś bardziej wykwintnego.

Mówiłaś, że nie lubisz się żegnać, domyślam się więc, że od czasu do czasu brak ci Warszawy. No właśnie – za czym tęsknisz?

Za swoimi wydeptanymi ścieżkami. Ścieżkami na spacer z psem. Ścieżkami do warzywniaka. Ścieżkami do kawiarni. W Brisbane muszę je sobie jeszcze wydeptać. Chwilę to potrwa. Tęsknię za tym, co było moje. Tęsknię za tym, że w sumie wszędzie było blisko, bo australijskie miasta są tak rozległe, że dotarcie z jednego końca na drugi trwa godzinami. Tęsknię za długo otwartymi sklepami i barami, bo w Brisbane o 21:00 wszyscy śpią. Tęsknię za metrem, bo tu go nie mam wcale (tak, wiem, tęsknota za warszawskim metrem brzmi dość egzotycznie). Tęsknię za tą specyficzną miejską duszą, bo Warszawa ma w sobie tyle historii, co nie ma cała Australia. I za Halą Mirowską – ze świeżymi, tanimi kwiatami. Za Starym Mokotowem, gdzie mieszkałam przed podróżą dookoła świata. Za okolicami Łowickiej i Rejtana, za Pole. Mokotowskim – uwielbiałam spędzać tam popołudnia. Za barem Powiśle, Hydrozagadką na Pradze, no i klubem Klatka, którego już dawno nie ma na mapie Warszawy.

Gdybyś teraz wróciła do Warszawy, gdzie skierowałabyś swoje pierwsze kroki?

Na Wilczą do mojego fryzjera Piotrka. Nie dość, że fryzjer geniusz, to i okolica cudowna. W pobliżu ul. Mokotowska i Plac Trzech Krzyży. Pochodziłabym…

Albo może na Żoliborz? To tam teraz mieszkają moi przyjaciele. Sama spędziłam tam kilka lat, lubiłam mieszkać na Żoliborzu. I z ogromną przyjemnością zajrzałabym na Plac Wilsona, odkryła wszystkie nowe knajpy, których jeszcze nie znam.

Co widziałaś ze swojego okna na Warszawę, a co widzisz teraz z okna w miejscu, w którym mieszkasz?

Widziałam drugą stronę kamienicy i plac zabaw. Był krzywy chodnik, na którym zawsze się potykałam i wielkie drzewo, które najpiękniej wyglądało jesienią. Sąsiadka wychodziła na spacer z ujadającym burkiem i goniła mnie z dołu za rower na klatce, a potem starym chlebem dokarmiała stada gołębi.

Dziś z moich drzew nie spadają liście, bo to palmy. Chodnik nie jest krzywy, bo wcale go nie ma i nikomu się nie spieszy, żeby go zrobić. Sąsiadka nie wychodzi na spacer z burkiem, tylko bierze go w samochód i jedzie do parku – wszędzie jest daleko. Rower stoi w garażu, więc nic nikomu do niego, a ptaki dokarmiam sama, tyle, że zamiast gołębi mam kolorowe papugi.

Co do Warszawy przeniosłabyś z miejsc, w których mieszkałaś?

Pogodę! Mówi się, że w Brisbane jest ponad 290 słonecznych dni w roku. Zabrałabym też niezwykłą umiejętność Australijczyków do miksowania starej architektury z nową. Nie wiem, na czym polega ta sztuka, ale tu ceglany kościół obok szklanego wieżowca wygląda genialnie! Wszystko gra.

Gdy płynęłam ostatnio miejskim promem, pomyślałam sobie, że taki transport rzeczny też by się przydał w Warszawie, w Brisbane jest świetnie rozwinięty. I jeszcze darmowe (albo prawie darmowe) gazowe grille, które są w Australii w każdym, nawet najmniejszym parku. Przychodzisz, wrzucasz kiełbaski na ruszt i tak, w środku miasta, spędzasz dzień z przyjaciółmi.

Z wielką chęcią skopiowałabym też targ Eat Street Market z Brisbane i wkleiła go gdzieś na warszawskich przedmieściach. Żarcie z całego świata w kolorowych kontenerach – atmosfera idealna na weekendowy wieczór.

Ale przede wszystkim zabrałabym uśmiechy ludzi i ich nastawienie do życia. Australijczycy mają w sobie masę pozytywnej energii, której w Polsce, bo chyba nie tylko w Warszawie, czasami brakuje. Są wobec siebie bezinteresownie życzliwi i szanują swoje otoczenie.

Podjęliście decyzję, by żyć poza Polską? Tęsknicie za Warszawą? Czego Wam najbardziej brakuje? Jak Wasze doświadczenia w nowym miejscu zamieszkania wpływają na Wasze postrzeganie stolicy? Czekamy na Wasze listy: oknonawarszawe@gmail.com

W podróży

Podróże odświeżają mój związek z Warszawą

Podróże odświeżają mój związek z Warszawą

Ola Synowiec w podróży

 

Po powrocie każdy dzień  Warszawie jest przygodą – chyba nigdy nie wyciskałam jej aż tak do cna. O piątej rano ze znajomymi  pokazuję przypadkowym turystom jak się tańczy studniówkowego poloneza. Przez dziurę wchodzimy w tunele Fortów Bema i bawimy się w Indianę Jonesa – mówi podróżniczka Ola Synowiec.

Od autorki: Ta rozmowa jest owocem mojego odwiecznego zainteresowania tematyką podróży, emigracji i tęsknoty za miejscem, w którym kiedyś zapuściło się korzenie. Wielokrotnie przekonałam się, że banalne z pozoru pytania, na przykład: “Czy tęsknisz” i “Za czym tęsknisz”, prowadzą do bardzo ciekawych obserwacji.

O tęsknocie za Warszawą rozmawiałam z Olą Synowiec, podróżniczką, która potrafi zadomowić się w chyba każdym miejscu na świecie i wszędzie odnaleźć podobnych do siebie  ludzi z pasją. Ola jest autorką bloga Mexico Magico.

Dlaczego raz w roku na tak długo opuszczasz Warszawę?

Siedziałam kiedyś na balkonie przyjaciela, na dziesiątym piętrze bloku na Chmielnej, z widokiem na całe centrum Warszawy. I pomyślałam: „Hej ciekawe, czy istnieje coś więcej?”. To było trochę tak, gdy człowiek patrzy w gwiazdy i myśli sobie, czy jest życie na innych planetach. Warszawa była moim absolutnym centrum wszechświata, jej poświęcałam wszystkie swoje siły życiowe. Pracowałam dla warszawskiego serwisu internetowego, organizowałam Urodziny Pragi i inne wydarzenia kulturalne, prowadziłam warsztaty o Warszawie i pokazywałam ją obcokrajowcom. W wolnych chwilach zgłębiałam jej historię i uczyłam siebie oraz innych warszawskiej gwary. Nie wyobrażałam sobie siebie w innym miejscu. Dlatego ta krótka balkonowa myśl była jak olśnienie, jak odkrycie innej planety.

Swoje miejsce znalazłaś w Meksyku.

W Meksyku mam teraz drugie życie, moje drugie centrum wszechświata, taki mały świat, o którym nikt z moich warszawskich znajomych nie wie.

Te wyjazdy odświeżają mój związek z Warszawą. To jak z żoną, którą widuje się raz na jakiś czas, jak z żoną, za którą można w końcu zatęsknić. Takie rozstania sprawiają, że zakochujesz się na nowo, że doceniasz to, co was łączy, że zdajesz sobie sprawę, jak bliskimi uczyniły was te wszystkie lata, które razem spędziliście. Takie rozstania dodają relacji pieprzu. Komplementujesz ją, zabiegasz o jej względy, starasz się każdy dzień razem uczynić czymś szczególnym.

Teraz każdy dzień w Warszawie jest przygodą, chyba nigdy nie wyciskałam jej aż tak do cna. Czuję się, jakbyśmy przez cały czas były na pierwszej randce. I robimy te wszystkie pierwszorandkowe głupotki . Pijemy wódkę przy 30-stopniowym mrozie wyobrażając sobie, że jest 30, ale na plusie. O piątej rano pokazujemy przypadkowym turystom jak się tańczy studniówkowego poloneza, i jest nas chyba ponad 10 par. Przez dziurę wchodzimy w tunele Fortów Bema i bawimy się w Indianę Jonesa.

Podróże pozwoliły mi spojrzeć na Warszawę z pewnego dystansu i czasem bawię się tutaj w turystę. Wcześniej poruszałam się po swoich, znanych ścieżkach, a teraz z dziką radością odkrywam nowe rejony – Włochy, Bemowo, Wolę, miejsca, które zawsze były „tak daleko”. Wcześniej miałam też swoje stare towarzystwo, znajomych z liceum, ze studiów, z Pragi i nie wyobrażałam sobie, że będę mogła stworzyć jakieś nowe relacje. Podróże nauczyły mnie pewnej otwartości – teraz chętniej poznaję nowych ludzi i zaprzyjaźniam się z nimi. Warszawa jest pełna pięknych ludzi z pasją, ludzi, „którym się chce”.

Ola Synowiec

Co takiego ma w sobie Meksyk, że wracasz za każdym razem właśnie tam?

Jestem w trakcie „doustalania” tego. Jest coś w powietrzu – takie uczucie, że wszystko jest możliwe. Jest coś w ludziach – uczę się od nich pogody ducha i uśmiechu. Meksykanie mówią, że mam meksykański temperament, może coś w tym jest. Na pewno mam już tam przyjaciół, swoje ukochane miejsca , swój sklep z tortillami i panią, od której kupuję brokuły, oraz inne głupotki dnia codziennego. Teraz już wracam tam w kategorii domu.

Teraz znów jesteś w podróży.

Jestem teraz w Stambule. Odwiedzam zaprzyjaźniony francuski zespół rockabilly, który poznałam w Meksyku. Są tu dwa tygodnie w trasie koncertowej. Wynajmują całą piękną kamienicę niedaleko Taksimu. Właśnie odwiedzili mnie znajomi, którzy podróżują stopem przez pół roku przez Bliski Wschód. Zboczyli z trasy, żeby się ze mną spotkać. Pijemy kawę po turecku, jemy hummus, rozmawiamy po hiszpańsku, a Mary mnie rysuje.

Jak w skrócie opisałabyś Warszawę swoim meksykańskim znajomym?

Często ją opisuję.  Porównuję Pragę, gdzie mieszkam w Warszawie, do meksykańskiego Tepito. Tepito ma opinię najniebezpieczniej okolicy w mieście Meksyk, ale to także miejsce z bardzo specyficznym savoir-vivrem, wysokim poczuciem własnej godności, specyficzną gwarą, kulturą, sposobem ubierania. Teraz znajdują tu swoje miejsce także artyści i alternatywne galerie sztuki. Gdy ktoś mnie pyta, skąd jestem – mówię, że z takiego polskiego Tepito.

Jak myślisz, co w Warszawie mogłoby spodobać się Twoim znajomym? A co mogłoby ich zdziwić?

Opowiadam im dużo o naszej niezwykłej plaży. To coś niespotykanego – dzika plaża w środku europejskiej stolicy, gdzie możesz zrobić ognisko, zobaczyć wydrę, dzika, sarnę. Opowiadam im o formacie żywieniowym barów z wódką i zakąską. Mają coś podobnego w Meksyku w postaci mezcalerii, podobne odrodzenie knajp w starym stylu, tyle że bez tak staroświeckiego sznytu jak u nas. Opowiadam o Wielkiej Paradzie Studentów i Juwenaliach. Opowiadam o koncertach Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy. Wszystkie te opowieści sprawiają, że ich oczy powiększają się i mówią, że muszą odwiedzić Warszawę. Podobają im się także proste rzeczy, takie jak rozkłady jazdy komunikacji miejskiej, całodobowe sklepy z alkoholem i centralne ogrzewanie.

Za czym tęsknisz w Warszawie, kiedy Cię tu nie ma?

Za wszystkim! Za zimnym powietrzem, które rozwiewa moje włosy, gdy jadę nocą rowerem po moście Świętokrzyskim. Za długimi spacerami z Tymkiem po torach, za Bazyliką na Kawęczyńskiej. Za zimną wódką przy barze w Planie B o czwartej nad ranem. Za kebabem na Centralnym po marnej imprezie. Za stęchlizną wyciąganych z szaf futer w tramwaju podczas pierwszych podmuchów jesieni. Za przeglądem kup z całej zimy, kiedy zaczynają się marcowe pluchy.

Brakuje mi także rozumienia tego, co widzę. W Warszawie wszystko jest osadzone w kontekście. Rozumiem pociski po kulach na murach, rozumiem graffitti i stare szyldy w zakładach, gdzie reperują maszyny do szycia. Idę po ulicy i przypominają mi się setki rzeczy: piosenki, wiersze, książki, wydarzenia, które miały tu miejsce 20, 50 i 100 lat temu. Z tyloma miejscami wiążą mnie też tutaj wspomnienia. Dużo kosztuje mnie, żeby zacząć rozumieć w ten sposób Meksyk, ale to także fascynująca przygoda.

A za czym nie tęsknisz i cieszysz się, że tego nie ma w Meksyku?

To nie tak, że za czymś nie tęsknię, ale są takie rzeczy, których brakuje mi po powrocie z Meksyku do Warszawy. Przede wszystkim uśmiechu i tego, że jak ktoś wygląda sympatycznie to w Meksyku się mówi mu „cześć” i zaczyna się rozmowę. Kolorów – kolory w Meksyku są wszędzie. No i tego, że w Polsce tak mało mężczyzn tańczy, a jeśli już ktoś poprosi cię do tańca, to oznaczać to może wiele rzeczy, ale rzadko – poproszenie do tańca. W Meksyku tańczą wszyscy i tańczą dla tańca. Staram się traktować Warszawę i Polskę jako inny, konstytutywny byt i brać ją bez zastrzeżeń, w całości, z bezwarunkową miłością.

Warszawskie miejsca, do których masz największy sentyment, to…

Praga! To takie moje ukochane miasteczko, gdzie mam swoje życie i swoje szczęście. Ploteczki u ukochanej sąsiadki Tamarki w rosyjskiej restauracji Skamiejka, flaczki na Bazarze Różyckiego i późnonocne rozmowy przy barze w To Się Wytnie. Czasem lubię „pojechać do Warszawy” i zobaczyć, co jest teraz w modzie po drugiej stronie Wisły.

Gdzie kierujesz swoje pierwsze kroki po powrocie do Warszawy?

Ostatnio pojechałam prosto na Pragę. Metrem! Strasznie dziwne uczucie.

Miałaś kiedyś taki moment, kiedy na drugim końcu świata pomyślałaś: „O, zupełnie jak w Warszawie”?

Gdzieś o czwartej nad ranem, przy barze, gdzie nagle nawiązała się kilkugodzinna rozmowa między zupełnie przypadkowymi i różnymi osobami – poczułam się zupełnie jak w Przekąskach Zakąskach. Staram się rozgraniczać te dwa światy, ale czasem się nie da, bo światy są dwa, ale ja tylko jedna.

Co widzisz ze swojego okna na Warszawę?

Z mojego okna na Warszawę widzę studnię kamienicy na Szmulkach, ze wszystkimi jej sprawami i sąsiadem z jego prywatną rozgłośnią radiową. Gdy tylko robi się ciepło, wystawia głośniki na parapet i puszcza wszystkie najnowsze przeboje muzyki disco polo. Trochę wypadam z muzycznego z obiegu, jak mnie nie ma na Pradze. A z mojego okna w Meksyku widziałam księżyc i niebo pełne gwiazd, bo miałam okno w dachu. Było tam cicho i spokojnie, tylko czasem w środku nocy rozkrzyczał się jakiś kogut.

Zdjęcia: archiwum Oli Synowiec.

Skamiejka – zjedz soliankę, śpiewaj, plotkuj

Skamiejka – zjedz soliankę, śpiewaj, plotkuj

Pani Tamara

Co za szczęście, że pani Tamara nie znalazła miłości w całej Rosji i zakochała się w Polaku. Dziś w malutkiej restauracyjce organizuje praskie życie towarzyskie.

Zamiast wstępu i szczegółowego opisywania, czym jest Skamiejka, przywołam kilka scen, które świetnie zobrazują, jaka jest Skamiejka.

Scena pierwsza: Pani Tamara wychodzi mi na spotkanie i śmieje się, że gramofon grał przez całą noc, bo wieczorem przyszli znajomi Gruzini i odbył się spontaniczny koncert połączony ze śpiewami.

Scena druga: Siedzę z właścicielką przy stole w Skamiejce, gawędzimy przy herbacie z konfiturami, rozmawiamy o tym, jak ciekawie zmienia się ulica Chłodna. Po chwili do dyskusji włączają się nieznane nam osoby, które siedzą przy stolikach obok.

Scena trzecia: Pani Tamara lubi nosić walonki. W dniu, w którym się spotykamy, ma na sobie dwa różne buty (przyjechały do niej Rosjanki, które sprzedają walonki, jednak nie zostawiły kompletnej pary, ale po jednym bucie z dwóch par). A ponieważ jest charyzmatyczną osobą, nie zdziwiłabym się, gdyby jej goście również stwierdzili, że noszenie butów od pary jest nudne i przewidywalne.

Te trzy sceny to kwintesencja Skamiejki – malutkiej rosyjskiej restauracyjki na Pradze. Na rogu ulic Ząbkowskiej i Nieporęckiej Tamara Rochmińska stworzyła miejsce, gdzie jednego wieczoru można trafić na mini koncert zaprzyjaźnionego zespołu, innego dnia na spotkanie z poetką, a kolejnego śpiewać ballady miłosno-kryminalne. Można też wznieść toast po jakucku, patrzeć na popis skrzypaczki, która daje koncert zza lady Skamiejki, czy po prostu wpaść tu i poznać praskich sąsiadów.

2

– Zawsze miałam szczęście do fajnych ludzi. Dzięki nim nauczyłam się nieźle mówić po polsku – zawsze było z kim rozmawiać. Zwłaszcza w czasach, gdy urodziła się moja córka – wtedy nawiązałam dużo znajomości podwórkowo-wózkowych. Choć, szczerze mówiąc, do tej pory ciężko mi wymówić polskie „o”. Rosyjskie jest inne. Kiedy zaczynałam uczyć się polskiego, wszędzie uparcie dodawałam „się”. Mówiłam na przykład: „Ja zwariuję się” – śmieje się pani Tamara.

Do Polski przywiodła ją miłość – minęło właśnie 35 lat od dnia jej ślubu i tyle samo lat jej pobytu w Polsce.

– Czasem śmieję się, że nie znalazłam miłości w całej Rosji. Zakochałam się w Polaku, choć wcześniej, słysząc w radiu piosenki po polsku, wyłączałam odbiornik, tak bardzo dziwny wydawał mi się ten język – opowiada.

Zanim przeprowadziła się do Warszawy, przez kilka lat mieszkała w Petersburgu – uwielbiała szerokie ulice i wspaniałą architekturę tego miasta. Uważa, że Praga ma w sobie coś z Petersburga.

– Uwielbiam tę część Warszawy. Jej ulice, jej piękne, choć zaniedbane, kamienice. I mieszkańców, którzy wpadają do mnie po sąsiedzku. Dobrze się tu czuję, to moje miejsce – mówi.

– Ostatnio przyszło do mnie dwóch panów, jeden z Włoch, drugi z USA. Przynieśli przewodnik po Polsce w języku fińskim. Jego autor opisał Skamiejkę. Bardzo mnie to ucieszyło. Po ostatnich wydarzeniach w Rosji obawiałam się, że nikt nie będzie chciał do nas przychodzić. Na szczęście tak się nie stało. To dobrze. Bo to miejsce ma łączyć i zbliżać – mówi pani Tamara.

3

Skamiejka to zaledwie trzy stoliki. Ale nie tylko niewielki metraż sprawia, że goście chętnie ze sobą rozmawiają, że jest rodzinnie i przyjacielsko. To takie miejsce, gdzie ma się ochotę wpaść „po sąsiedzku”, nawet wtedy, jeśli nie mieszka się w okolicy. Przyjść, poplotkować, zasiedzieć się, zamówić kolejną herbatę z konfiturami, popatrzeć przez okno na ulicę Ząbkowską. Poszperać w starych płytach gramofonowych, których tu pełno, sięgnąć po książkę. Podyskutować z gośćmi ze stolika obok. Zastanowić się, jak to możliwe, że na koncert do małej Skamiejki przyszło tyle osób, a wszyscy się zmieścili.

Co można tu zjeść? Na przykład soliankę, pielmieni, wareniki, okroszkę, kapuśniak rosyjski, pierogi z kapustą, bliny, żarkoje. Menu się zmienia w zależności od fantazji właścicielki. Ostatnio hitem było ciasto czekoladowe z gruszką. Pojawiają się też specjały z Gruzji, Ukrainy czy Litwy.

Niebawem w Skamiejce będzie więcej miejsca – gdy zrobi się ciepło, przed restauracją wystawione zostaną stoliki.

Wpadajcie.

Skamiejka, ul. Ząbkowska 37 (róg ul. Ząbkowskiej i Nieporęckiej).

6

7

Tekst i zdjęcia: Karolina Przybysz-Smęda