Po co komu pies (w mieście)?

Po co komu pies (w mieście)?

Magda Liwosz

Ciągle dominuje silne przekonanie, że psu najlepiej żyje się na wsi, w domu z dużym ogrodem, gdzie może wybiegać się do woli. A więc po co komu pies w mieście? W małym mieszkaniu w bloku z wielkiej płyty. Do brudzenia trawników? Sama musiałam zmierzyć się z tymi pytaniami, kiedy jakiś czas temu po raz pierwszy pomyślałam: chcę adoptować psa.

Wątpliwości były różne. Przede wszystkim, czy moje mieszkanie – całe 38 m2 – jest wystarczająco duże? Wiele osób twierdzi, że pies w takich warunkach zwyczajnie się męczy. Po przeczytaniu połowy internetu i po wielu rozmowach z doświadczonymi psiarzami szybko jednak zrozumiałam, że nie o metraż tu chodzi. Pies śpi średnio 14-16 godzin dziennie, więc jeśli zapewnia mu się w międzyczasie dostateczną ilość ruchu, nie będzie narzekał. Aktualnie w Schronisku na Paluchu przebywa ok 700 zwierząt. Nikt mnie nie przekona, że psu będzie lepiej w schroniskowej klatce niż w najmniejszym choćby mieszkaniu, ale ze swoim człowiekiem.

Wątpliwość numer dwa była trochę nakręcana przez znajomych: „nie będzie ci się chciało wstawać rano i chodzić na te spacery” „co z wyjazdami na weekend”? Nie było to całkiem bezpodstawne. Należę do osób, które rano ok. 10 razy przełączają budzik, bo jeszcze tylko „5 minut”. Na weekendy z kolei wyjeżdżam dość często. Miałam więc spore obawy, czy ich słowa nie okażą się prorocze. A tu niespodzianka! Spacery to najlepsza część dnia i najfajniejszy benefit z posiadania czworonoga. Naprawdę! Odkrywam takie miejsca na moim osiedlu, o których istnieniu nie miałam wcześniej pojęcia. Spacery szybko przestały być obowiązkiem, a stały się przyjemnością. Nawet jeśli pada, przecież „nie ma złej pogody, jest tylko złe ubranie”. A jeśli muszę wyjechać poza miasto, czy wyskoczą mi niespodziewane nadgodziny w pracy, możliwości jest wiele: znajomi, petsitterzy, czy córka sąsiada, która chce dorobić po szkole, a lubi psy. Jest w czym wybierać. Nie ma sytuacji bez wyjścia.

Zulę znalazłam w internecie na facebooku Fundacji Judyta z Sochaczewa. Była znajdą z nieznaną przeszłością, w klatce spędziła 2 tygodnie do czasu odkarmienia szczeniaków. Po prawie roku rozważania „za i przeciw”, obejrzenia trzystu tysięcy zdjęć i przeczytaniu dwustu tysięcy historii, podjęłam szybką decyzję. Psychologowie przekonują, że psy mają terapeutyczny wpływ na ludzi, uczą dużej wrażliwości i otwartości. Potwierdzam. Moje kontakty z sąsiadami ograniczały się do niedawna do zdawkowego „dzień dobry” na klatce. Nagle pojawił się sierściuch i wszystkim rozwiązały się języki. Mnie też! Po paru miesiącach znam historie wszystkich psów w okolicy, a amatorzy piwka z pobliskich ławek to nasze ziomki. Są też tacy, którzy może nie zagadują, ale obdarzą uśmiechem, a to też miłe. Koniec z anonimowością na dzielni. Czasem unikamy z Zulą innych psiarzy, bo miewa dni intensywnego obszczekiwania swoich psich kumpli, więc czasami wolę skręcić w inną stronę i uniknąć interakcji. Ostatnio jednak jedna z sąsiadek z pobliskiego bloku – właścicielka dwóch terierów zapytała lekko oburzona: a co pani tak często przed nami ucieka?

Dużą popularnością cieszą się sąsiedzkie grupy psiarskie. U nas to Psy z Parku Morskie Oko czy Wataha Stary Mokotów – można umówić się tam na wspólne spacery, zapytać o najlepszego weta na dzielni, znaleźć petsittera z okolicy czy podzielić się karmą „na spróbowanie”. Czasami trzeba się skrzyknąć w słusznej sprawie, bo np. jest pies, który boi się mężczyzn, więc właściciele proszą o pomoc kilku obcych panów i zapraszają na spacer, żeby oswoić lęki pupila.  Miasto ogólnie wydaje się bardziej przyjazne psom. Coraz więcej knajp z radością wita czworonogi, a nawet te, które specjalne się nie pozycjonują jako przyjazne psom, chętnie wystawiają dla nich miskę z wodą. Znalazłam nawet takie miejsca, które serwują menu z przekąskami dla psich towarzyszy! Darmowe czipowanie, dofinansowanie sterylizacji to też konkretne korzyści, z których można skorzystać w Warszawie.

Nie jest jednak tylko tak kolorowo. Od kiedy mieszkam w moim obecnym mieszkaniu nie wykonałam tylu interwencyjnych telefonów do administracji, co w ciągu ostatnich miesięcy. Kilka telefonów dotyczyło m.in. umieszczenia wokół mojego bloku tabliczek „Posprzątaj po swoim psie”, bo smutne fakty są takie, że nadal wielu właścicieli nie sprząta po swoich pupilach. A to jedynie daje silny argument osobom, które nie chcą psów w przestrzeni miejskiej, bo widzą w nich głównie „obsrywaczy” trawników. Czy nie widziałam tego wcześniej? Biorąc pod uwagę ilość czasu, jaką teraz spędzam na spacerach, to chyba naturalne, że widzę wyraźniej i więcej. Pies mnie zdecydowanie „uaktywnił społecznie”, więc i w tym widzę spory benefit.

Jedną z najważniejszych komend, której musi się nauczyć każdy pies w mieście to niewątpliwie komenda „zostaw”. Nie przestaje mnie szokować to, co ludzie wyrzucają przez swoje okna! Skóra z wędzonej makreli, spleśniały chleb czy surowe mięso mielone to częste „rarytasy”. Na szczęście ruszają już akcje edukacyjne na ten temat. Bo choć „dokarmiacze” chcą pewnie dobrze i nie mają złych intencji, to ogromnie szkodzą zwierzętom i trzeba o tym mówić dużo i głośno. Na stronie stowarzyszenia Miasto jest nasze możecie pobrać fajne grafiki, które warto zawiesić na tablicy ogłoszeń na klatce czy w miarę możliwości gdzieś na podwórku, bo zwierzęta to nie śmietnik.

To trudne tematy i zgadzam się, że trzeba uświadamiać i edukować, bo pies wnosi do społeczeństwa naprawdę więcej niż zabrudzone trawniki! Może to zbyt uproszczone myślenie, ale skoro naukowo dowiedziono pozytywny wpływ zwierząt domowych na ludzi to czy więcej zwierząt w miastach nie oznacza więcej pozytywnych, otwartych i aktywnych – a co za tym często idzie również zdrowszych – ludzi? No i jeszcze kwestia bezpieczeństwa: zawsze milej przejść wieczorem przez osiedle, kiedy dookoła spacerujący ludzie z psami, prawda?

Gdzieś kiedyś przeczytałam, że każdy pies zasługuje na dom, a każdy dom na psa. Decyzja o posiadaniu zwierzaka nie może być jednak pochopna czy kierowana emocjami, bo zwierzę to nie zabawka, którą można oddać czy przypiąć na łańcuchu gdzieś w lesie, jak się znudzi. Zulę adoptowałam 6 miesięcy temu po około roku rozważania wszystkich „za i przeciw”. Pies zmienił moje życie – nie na prostsze, ale na pewno na lepsze.

Dziękuję za pomoc Oli – właścicielce Fibi i Magdzie – właścicielce Feli.

Tekst: Magda Liwosz, zdjęcia: Magda Liwosz, Asia Giza-Gołaszewska, Magda Mojska, Jarek Zuzga

 

Muzeum Polskiej Wódki otwarte

Muzeum Polskiej Wódki otwarte

Magda Liwosz

Pierwsze na Pradze, pierwsze w Warszawie, pierwsze w Europie, pierwsze na świecie – dziś otworzyło się długo wyczekiwane Muzeum Polskiej Wódki. Lokalizacja nieprzypadkowa – muzeum mieści się XIX-wiecznym budynku Rektyfikacji, na terenie dawnej Warszawskiej Wytwórni Wódek „Koneser”. Czeka na Was pięć galerii tematycznych. Trwająca około godziny wycieczka przez kilka wieków historii polskiego trunku rozpoczyna się pokazem filmowym, który jest jednym z mocniejszych elementów całej ekspozycji. Byliśmy tam kilka dni przed oficjalnym otwarciem. Zobaczcie naszą krótką fotorelację:

Muzeum Polskiej Wódki będzie czynne codziennie, od niedzieli do czwartku w godzinach 10:00-20:00, a w piątki i soboty od godziny 11:00 do 21:00. Bilet wstępu kosztuje 40 zł. Muzeum mogą zwiedzać tylko pełnoletni goście.

Zdjęcia: Magda Liwosz

Pałac. Wyznanie intymne

Pałac. Wyznanie intymne

Magda Liwosz

Temat burzenia Pałacu Kultury i Nauki wraca do warszawskich mediów jak bumerang. Wczoraj znowu zawrzało po słowach ministra Glińskiego, który zapytany o pomysł zburzenia budynku na 100-lecie odzyskania przez Polskę niepodległości powiedział, że „nie ma nic przeciwko“. Dla jednych symbol stalinizmu, dla innych najbardziej rozpoznawalny symbol miasta, a dla mnie przede wszystkim miejsce, gdzie spędzam 40 godzin tygodniowo. I nie, nie zgadzam się na żadne jego wyburzenie.

Palac Kultury i Nauki, PKiN

To nie była miłość od pierwszego wejrzenia. Od zawsze oczywiste było dla mnie to, że gdyby dało się cofnąć czas, wolałabym żeby ten fragment miasta wyglądał jak przed wojną. Ale czasu cofnąć się nie da, więc nie będziemy się tu teraz nad tym rozwodzić. Potem coś się zmieniło. Najpierw był film dokumentalny „Pałac” w reżyserii Tomka Wolskiego, później reportaż Beaty Chomątowskiej „Pałac. Biografia intymna”. To one w dużej mierze zmieniły moje postrzeganie Pekinu (i film i książkę polecam). Podejrzałam go od środka, poznałam historie ludzi, którzy go projektowali i budowali, którzy tworzą go dziś. Stał mi się… bliższy.

Niedługo potem zaczęłam pracę w jednym z biur mieszczących się w Pałacu. Od tamtej pory mogę codziennie obserwować ten żywy organizm od samego środka i powiem Wam szczerze, że to ciekawa obserwacja i pasjonujące doświadczenie – otworzyć potwornie ciężkie drzwi wejściowe (czy to możliwe, żeby w poniedziałki rano były cięższe niż w inne dni tygodnia?), podglądać sędziwych panów z ochrony, na których biurkach dzwonią jeszcze ogromne telefony z tarczą, zastanawiać się dokąd prowadzą małe tajemnicze drzwi na korytarzu (zawsze zamknięte – sprawdzam regularnie!), przeżyć chwile grozy, gdy nagle ktoś zaczyna mówić przez trzeszczące głośniki głosem jak z zaświatów, wpaść po kanapkę do Ciasteczkowa do najmilszej na świecie pani Agnieszki, która w Pałacu zna chyba wszystkich i pamięta doskonale, kto jakie kanapki kupuje, czy wreszcie poobserwować tłumy turystów w kolejce na taras widokowy i słuchać ich zachwytów nad architekturą, która często jest im zupełnie obca i dlatego niezwykle ciekawa. To za ten mikroklimat Pałac lubię najbardziej.

Warszawa przedwojenna zniknęła bezpowrotnie, po odbudowie powstało w pewnym sensie nowe miasto. Jeżeli spojrzymy w tym kontekście na Pałac Kultury i Nauki, to właśnie on stał się symbolem tej nowej Warszawy. Symbolem, bez którego bardzo trudno wyobrazić sobie dziś stolicę Polski. I jeśli ktoś kiedyś faktycznie będzie chciał go wyburzyć, będę pierwsza w kolejce, żeby przykuć się na znak protestu do tych diabelsko ciężkich drzwi.

Magda Liwosz
fot. Jarek Zuzga

Warszawa coraz bardziej turystyczna

Warszawa coraz bardziej turystyczna

Magda Liwosz

“Chcę pojechać do Krakowa, po co mam przyjeżdżać do Warszawy?” to nadal częsty komunikat, który da się słyszeć, kiedy podróżujemy po różnych krajach europejskich i zagadujemy o Polskę. Jednak z roku na rok dane statystyczne pokazują, że zainteresowanie Warszawą rośnie i turyści coraz częściej przyjeżdżają do stolicy. Kilka tygodni temu Stołeczne Biuro Turystyki opublikowało raport “Turystyka w Warszawie”, w którym znajdziecie najświeższe dane za 2016 rok, dot. m.in. ruchu turystycznego, wpływu turystyki na gospodarkę Warszawy oraz wyniki badania opinii turystów na temat stolicy. My wybraliśmy dla was kilka najciekawszych faktów.

1. Skąd przyjeżdżają turyści i ilu ich jest?

W 2016 roku Warszawę odwiedziło w sumie ponad 9 600 000 turystów, z czego 6 913 000 turystów krajowych, a 2 733 000 zagranicznych. Najwięcej w Warszawie gościliśmy Brytyjczyków, potem kolejno Niemców, Francuzów, Włochów i Hiszpanów. Najpopularniejszym celem wizyty zarówno dla turystów polskich, jak i tych z zagranicy było zwiedzanie zabytków.

2. Najpopularniejsze atrakcje

Muzeum Powstania Warszawskiego, Stare Miasto, Łazienki Królewskie, Pałac Kultury i Nauki oraz Centrum Nauki Kopernik to największe atrakcje dla turysty krajowego. W opinii turystów z zagranicy wysoko bo na trzeciej pozycji – po Starówce i PKiN – pojawia się również Muzeum POLIN. Wg raportu SBT 12% turystów podczas swojego pobytu w Warszawie uczestniczyła lub zamierzała wziąć udział w jakimś wydarzeniu. Wśród tych najpopularniejszych pojawiają się Wianki nad Wisłą, Orange Warsaw Festival, ORLEN Marathon czy cykliczne koncerty chopinowskie w Łazienkach.

3. Jakim środkiem transportu?

Największy procent turystów z Polski dociera do Warszawy pociągiem lub samochodem, turyści zagraniczni w 69% przylatują na jedno z warszawskich lotnisk. W 2016 r. Okęcie obsłużyło ok 12,8 ml pasażerów, a lotnisko w Modlinie 2,9 mln. W tym samym roku lotnisko Fryderyka Chopina zajęło pierwsze miejsce w zestawieniu europejskich miast z największą liczbą nowych połączeń opracowanym przez prestiżowy portal anna.aero.

4. Wydatki

Podczas swojego pobytu turysta krajowy zostawia w mieście średnio 402 zł, zaś turysta zagraniczny ok. 1 500 zł – w tej grupie najwięcej wydają kolejno Amerykanie, Izraelczycy, Brytyjczycy i Szwedzi. Aż 90% turystów dobrze ocenia ofertę sklepów i centrów handlowych, a 87% – bazę gastronomiczną. Wkład turystyki w PKB stolicy wyniósł w 2016 r. ponad 15 miliardów złotych.

5. Gdzie śpią?

W 2016 roku Warszawa oferowała ponad 410 obiektów noclegowych – ponad 3,1 mln turystów skorzystało z tej oferty. Turyści zagraniczni najczęściej wybierali hotele 4-gwiazdkowe, zaś krajowi 3-gwiazdkowe. Dane pokazują, że najwięcej turystów odwiedziło Warszawę w sierpniu, najsłabiej pod względem udzielonych noclegów wypadł luty.

6. Atrakcyjne przestrzenie miejskie

W raporcie SBT można znaleźć również garść informacji na temat najpopularniejszych miejskich inicjatyw i przestrzeni, takich jak Hala Koszyki, Nocny Market, Targ Śniadaniowy, Plac Defilad, Wisła czy wreszcie system rowerów miejskich Veturilo. Dowiemy się, że w 2016 r. rower miejski był wypożyczany średnio co 12 sekund, z systemu skorzystało niemal 71 000 nowych użytkowników, a w sumie liczba wypożyczeń zamknęła się w 1,8 mln.

Pełną treść raportu znajdziecie tutaj.

Dane zebrała: Magda Liwosz, fot. Jarek Zuzga

Będę później, czyli herbaciarnia z pyszną kawą

Będę później, czyli herbaciarnia z pyszną kawą

Magda Liwosz

Do nowo otwartej herbaciarni niedaleko Placu Narutowicza pod przewrotną nazwą “Będę później” wybierałam się już od jakiegoś czasu. Po pierwsze, dawno nie byłam na Starej Ochocie, a jeśli szukać pretekstów odwiedzin nieswojej dzielni, to czy może być lepszy niż nowe fajne miejsce z dobrym ciachem? Po drugiej coraz więcej dobrego pojawiało się o” Będę później” na różnych kulinarno-warszawskich blogach, więc moja ciekawość i oczekiwania rosły. Wreszcie tak urosły, że jak już wybrałam się na Słupecką 4, to byłam przygotowana na rozczarowanie, bo przecież nie może być aż tak super. A tymczasem niespodzianka! 

Na kawę i bezę wybrałam się z przyjaciółką w niedzielne popołudnie. Kiedy przed wejściem do lokalu powitało nas radosne “dzień dobry” właściciela – jak się okazało później, od razu przyjemniej wchodziło się do środka. Wprawdzie wszystkie stoliki były zajęte, a przestrzeń kawiarenki dość kameralna, ale z inicjatywy pani właścicielki szybko znalazła się pufa i fotel do wzięcia. Zaczęłyśmy więc od… wąchania. Bo choć “Będę później” to oficjalnie herbaciarnia, wybór kaw mile zaskakuje. I jak one wszystkie pachną! Po trudnym procesie decyzyjnym wybór padł na migdał z wiśnią. I to – wierzcie mi – był dobry wybór! Do tego beza karmelowa z czerwoną porzeczką, “najlepsza nasza beza” jak poinformowała nas pani za barem. I naprawdę była to beza niemal idealna, a jeśli chodzi o bezy jestem dość wymagająca, bo sama je wypiekam po godzinach (w poszukaniu ideału) i niejednokrotnie zdarzyło mi się jakąś zareklamować na mieście. Była pianka, było krucho, było słodko-kwaśnie – dla mnie bomba! I nie mam wcale na myśli tej kalorycznej.

Herbaciarnia "Będę później", ul. Słupecka 4, fot. Jarek Zuzga
Herbaciarnia "Będę później", ul. Słupecka 4, fot. Jarek Zuzga
Herbaciarnia "Będę później", ul. Słupecka 4, fot. Magda Liwosz

Długo się zastanawiałam, jak określić wystrój “Będę później”, bo są tu i stare meble (pianino!), ale też nowoczesne elementy (lampy czy plakaty). Co do jednego jednak nie mam wątpliwości. Jest tu diabelsko przytulnie! Do końca nie rozgryzłam też tego co sprawia, że wchodząc tam czujesz się jak gość, nie jak klient. A to jest bardzo miłe uczucie. Przytulne wnętrze, cudny zapach kawy i herbaty, czy wreszcie sympatyczni  właściciele, którzy każdą sytuację na spokojnie ogarniają – bo nagle ktoś nogę od krzesła złamał, a tu zaraz kolejka osób po ciasta na wynos (kolejny dowód na to, że ciasta to mają tu smakowite) czy wizyta psa Borysa, który radośnie obwąchał wszystkich gości i szukał towarzysza do zabawy. Wszyscy tu mile widziani, dla wszystkich znajdzie się miejsce.

 

Dla varsavianistów ciekawostka – jedna z wind znajdujących się w budynku przy Słupeckiej 4 została zbudowana w 1937 roku. To ponoć najstarsza działająca winda w Warszawie. Dobry pretekst, żeby wybrać się na spacer po Starej Ochocie i wpaść na coś słodkiego do “Będę później”. Zresztą, miłośnicy miasta i słodkości znajdą w tej kawiarni jeszcze coś co może ich zainteresować – słynne pączki z Górczewskiej! Tu ponoć nie trzeba po nie stać w kilkukilometrowych kolejkach.

Do “Będę później” wrócę z pewnością nie raz. Następnym razem obowiązkowo na herbatę! To sztuka stworzyć miejsce, które zostaje w pamięci i wyróżnia się jakoś z tych wszystkich nowo otwierających się lokali w naszym mieście, które tak jak szybko się pojawiają, tak szybko znikają. Mam nadzieję, że “Będę później” zagościło przy Słupeckiej 4 na dobre.

Tekst: Magda Liwosz
Zdjęcia: Magda Liwosz, Jarek Zuzga

“Będę później”, ul. Słupecka 4 (Stara Ochota), czynne codziennie od godz. 11.00