Szawarwa: brud, bas i duchy Warszawy

lip 28, 2026 | Książki, Recenzja | 0 komentarzy

Szawarwa jest szorstka, chropowata. Czasem zakłuje, zaboli. I może też pozostawić blizny.

Szawarwa to przestawienie liter w słowie „Warszawa”. I nie jest to przypadek, bo Warszawa w tej książce również jest poprzestawiana, pomieszana, momentami wręcz kompletnie wywrócona na drugą stronę. Filip Kalinowski, autor, bierze znane sobie miasto i pokazuje je z perspektywy, z której zwykle go nie oglądamy. To Warszawa mroczna, brudna, podziemna, absurdalna i brutalna. Warszawa ludzi żyjących na marginesie, miejsc, których nie znajdziemy w przewodnikach, i historii, które niekoniecznie chcielibyśmy znać. A jednocześnie jest to bardzo osobista opowieść o kilkunastu godzinach z życia autora, w których mieści się i szalone dzieciństwo, i trudna młodość, i obdarta ze złudzeń dorosłość.

Jest w tej książce coś z klimatu filmu Trainspotting – ten sam rodzaj brudnej, podziemnej rzeczywistości, w której ludzie próbują jakoś przetrwać, a granica między groteską, przemocą, absurdem i rozpaczą bywa bardzo cienka. Tyle że zamiast Edynburga mamy Warszawę. Nie tę z folderów, pocztówek i przewodników, ale tę, która kryje się pod powierzchnią miasta: na bazarach, podwórkach, w melinach, nocnych taksówkach i miejscach, o których wolelibyśmy nie wiedzieć.

Jedną z wielu pojawiających się tu postaci jest czarnoskóry kierowca Priusa o ksywie „Ślepy”. Nie jest on może istotnym bohaterem tej historii, ale dobrze reprezentuje jeden z jej ważnych, choć zwykle niewidocznych światów – warszawskich imigrantów. Ludzi, którzy są tutaj, choć czasem jakby ich nie było. Żyją obok nas, pracują, jeżdżą po naszych ulicach, spotykają się ze sobą, tworzą własne środowiska – nie zawsze legalnie, czasem wręcz poza oficjalnym obiegiem miasta.

To właśnie z tego świata wyłania się jeden z najbardziej niezwykłych wątków Szawarwy: okultyzm. W opuszczonych domach na obrzeżach miasta odbywają się nielegalne seanse, w których uczestniczą ludzie funkcjonujący gdzieś na marginesie oficjalnego życia. Jest w tym coś jednocześnie fascynującego i niepokojącego – jakby pod dobrze znaną Warszawą istniało jeszcze inne miasto, z własnymi zasadami, rytuałami i tajemnicami.

I właśnie podczas jednego z takich seansów dochodzi do brutalnego zderzenia tych dwóch światów. Autor, wraz z grupą imigrantów, zostaje zatrzymany przez policję. Zamiast zwykłej interwencji jest przemoc i brutalne pobicie. To jedna z tych scen, które szczególnie mocno pokazują, jak daleko Szawarwa znajduje się od pocztówkowego obrazu Warszawy. Tutaj miasto ma również swoją ciemną, agresywną stronę – a jego instytucje nie zawsze są po stronie tych, którzy znaleźli się na marginesie.

Ten motyw ludzi, których „nie ma”, łączy się zresztą z główną metaforą książki. Warszawa też jest, ale właściwie jej nie ma. Ta prawdziwa zniknęła przecież w czasie wojny i powstania. Dzisiejsze miasto jest zbudowane na jej ruinach, pamięci i nieobecności. Szawarwa próbuje dotrzeć właśnie do tego, co znajduje się pod powierzchnią współczesnej stolicy – do ludzi, historii i miejsc, które oficjalna Warszawa najchętniej by przemilczała.

Ale chyba najbardziej przejmujący jest dla mnie wątek pierwszej miłości. Jest w nim coś bardzo prostego i przez to niezwykle mocnego: dziewczyna mieszkała w jednym z bloków i siadała w oknie na dziesiątym piętrze, śpiewając. Autor ją obserwował i zakochał się. Nie wielkie deklaracje, nie romantyczne gesty – tylko dziewczyna siedząca wysoko w oknie i jej śpiew dobiegający z blokowiska. Jeden z tych obrazów, które w młodości potrafią wydawać się początkiem całego świata.

A potem życie potoczyło się dalej. I niestety nie był to ciąg dalszy romantycznej historii. Los dziewczyny okazał się smutny, a wspomnienie tej pierwszej miłości – zamiast być nostalgiczną pocztówką z młodości – staje się opowieścią o przemijaniu, rozczarowaniu i o tym, jak bardzo nie mamy wpływu na to, co stanie się z ludźmi, których kiedyś kochaliśmy. Jest w tym coś naprawdę przejmującego. Także dlatego, że obraz dziewczyny śpiewającej w oknie na dziesiątym piętrze zostaje w głowie na długo.

Bo właśnie pamięć jest w Szawarwie równie ważna jak sama Warszawa. Autor schodzi pod jej powierzchnię, ale jednocześnie schodzi w głąb własnej przeszłości. Miasto i biografia zaczynają się mieszać. Blokowisko, ulica, pierwsza miłość, przemoc, przypadkowo spotkani ludzie, dziwne rytuały – wszystko to układa się w osobistą mapę Warszawy, ale też w opowieść o dorastaniu.

Jest jednak w tej książce jeszcze coś, co wydaje mi się ważniejsze od samego obrazu miasta. Pytanie o to, przeciwko czemu właściwie przez całe życie walczył autor. On i jego środowisko byli po drugiej stronie – przeciwko systemowi, przeciwko „normalnemu”, uporządkowanemu światu, w którym z jednej strony tak bardzo chcemy być, a z drugiej strony tak bardzo nie chcemy. Przez Szawarwę przechodzi więc nieustannie podział na „nas” i „ich”, na tych, którzy żyją poza systemem, i tych, którzy się w nim mieszczą.

Tylko czy na końcu nie okazuje się, że ten system to również my? Że nie istnieje gdzieś obok nas, jako coś zewnętrznego, przeciwko czemu można się buntować, ale że sami go tworzymy – swoimi wyborami, przyzwyczajeniami, lękami i potrzebą porządku? Nie jestem pewien, czy właśnie takie jest przesłanie tej książki. Być może autor wcale nie chce udzielić na to pytanie odpowiedzi. Ale po lekturze trudno go nie postawić. I wtedy Szawarwa okazuje się czymś więcej niż tylko opowieścią o alternatywnej Warszawie i życiu na jej marginesie.

I jest jeszcze muzyka. Dużo muzyki. Dygresje, skojarzenia, nazwiska, gatunki, rytmy i brzmienia. To zresztą nie powinno dziwić – autor jest dziennikarzem muzycznym. Dzięki temu Szawarwa jest trochę powieścią, trochę wspomnieniem, a trochę nietypowym przewodnikiem po muzycznym pejzażu miasta. Można ją czytać, a można też niemal słuchać.

To nie jest Warszawa, którą łatwo polubić. Jest mroczna, brudna, podziemna, czasem brutalna i absurdalna. Ale właśnie dlatego wydaje się prawdziwa. Szawarwa pokazuje miasto, które nie chce być ładne, i ludzi, którzy nie zawsze potrafią być dobrzy. A jednak – gdzieś pod tym całym brudem, basem, krwią i dymem – jest w tej książce sporo czułości. Dla miasta, które umierało już wiele razy. I dla ludzi, którzy mimo wszystko wciąż próbują w nim żyć.

Po przeczytaniu Szawarwy trudno patrzeć na Warszawę tak samo. A może właśnie o to chodzi – żeby trochę ją poprzestawiać. Tak jak poprzestawione jest słowo, od którego książka bierze swój tytuł.

Tekst: Jarek Zuzga

„Szawarwa”, Filip Kalinowski, Wydawnictwo Newhomers, 2026