Pomysł na wycieczkę – pałac i park w Radziejowicach

Pomysł na wycieczkę – pałac i park w Radziejowicach

Pomysł na wycieczkę – pałac i park w Radziejowicach

Wycieczka do Radziejowic to dobry pomysł na tzw. jednodniówkę. Oprócz pięknego pałacu i parku możecie tu zobaczyć bramę z warszawskiego teatru.

Radziejowice to miejscowość niedaleko Żyrardowa, z Warszawy można tam dojechać pociągiem Kolei Mazowieckich do Grodziska Mazowieckiego i potem PKSem do Radziejowic (ok. 1,5h) albo samochodem – trasą S8 (ok. 40 minut, kierunek na Katowice).

W radziejowickim  pałacu, który stoi pośród rozległego parku, dziś mieści się dom pracy twórczej. Kilkukrotnie przebudowywany obiekt ma formę klasycystyczną, wraz z przyległą do niego wieżą – neogotyckim „zameczkiem”. I choć oficjalnie nie jest to muzem, wewnątrz praktycznie zawsze ma miejsce jakaś wystawa czasowa – aktualnie jest to „W kręgu Młodej Polski”.

Pałac i park w Radziejowicach, fot. Jarek Zuzga, listopad 2025

Pałac ma bogatą historię, bywali tu królowie (Zygmunt III Waza, Władysław IV Waza, Jan III  Sobieski) i inni wielcy – np. Henryk Sienkiewicz, Juliusz Kossak, Józef Chełmoński, Jarosław Iwaszkiewicz, Jerzy Waldorff. W pałacowym ogrodzie stoją popiersia wielu ze znamienitych gości. W czasie wojny Niemcy zrobili tu szpital wojskowy, uciekając wywieźli co się da, a reszty zniszczeń dokonała maszerująca na Berlin Armia Czerwona. Na szczęście pałac udało się uratować i ponownie wyposażyć. 

Wystawę można zwiedzić o każdej pełnej godzinie (oprowadza przewodnik, ok. 40 minut). Warto, bo wnętrza, choć skromne, są bardzo piękne, a pani przewodnik opowiada bardzo ciekawe historie. 

Pałac i park w Radziejowicach, fot. Jarek Zuzga, listopad 2025

Zdjęć z wnętrza nie możemy tu pokazać, bo w środku jest zakaz fotografowania (to ze względu na pochodzenie eksponatów – większość to prywatne depozyty). Niemniej warto wejść i zobaczyć wspaniałe obrazy, zegary, ceramikę i inne pamiątki.  A w dawnej oranżerii można zjeść obiad i napić się kawy.

Popiersie Jerzego Waldorffa, pałac i park w Radziejowicach, fot. Jarek Zuzga, listopad 2025

Potem zachęcamy do zwiedzenia parku. Jest on podzielony ulicą na dwie części – tam, gdzie stoi pałac znajduje się duże jezioro, rzeźby plenerowe, a za ogrodzeniem można zobaczyć nieco zapuszczony, ale interesujący stary młyn.

Po drugiej stronie drogi mieszczą się obiekty hotelowe dla artystów oraz sala konferencyjno-koncertowa (można tu posłuchać koncertów jazzowych, ale bilety trzeba kupić wcześniej przez internet, bo miejsc jest mało).

W tej części ogrodu jest też ciekawostka – stoi tu brama z Teatru Narodowego w Warszawie. Skąd się tu wzięła? W 1985 roku, może to pamiętacie, teatr uległ zniszczeniu na skutek pożaru. Wówczas brama została zdemontowana, i po latach odkrył ją w magazynach ówczesny dyrektor teatru. Skontaktował się z artystą Józefem Wilkoniem, i przekazał mu artefakt do celów artystycznych. Wilkoń „uskrzydlił” bramę  i ustawił właśnie w pałacowym parku.

Józef Wilkoń, "Brama", pałac i park w Radziejowicach, fot. Jarek Zuzga, listopad 2025

Tekst i zdjęcia: Jarek Zuzga, listopad 2025.

Aktualne godziny otwarcia i informacje o wystawach, koncertach znajdziecie tu: https://palacradziejowice.pl/

Zobacz więcej zdjęć:

Felieton o rurze

Felieton o rurze

Felieton o rurze

Jest sobie rura. Na Woli. Wielka rura, industrialna, siermiężna, może nawet ciut brutalna. Przechodzi nad ulicą Karolkową tworząc jakby wrota. Bramę nietriumfalną.

Trudno tylko stwierdzić, w którą stronę się wchodzi, a w którą wychodzi, bo po obu stronach podobny miastoobraz – warszawski tygiel, melanż stylów i funkcji, stare, nowe, kontrasty i gradienty.

Mogłaby rura spokojnie stać sobie na przemysłowym Śląsku. Nikt tam by jej nawet nie dostrzegł pośród kilometrów podobnych rur-kuzynek, splecionych z tkanką szyn kolejowych i brukowanych duktów. Ale ta stoi w prawie-centrum-stolicy. Żadna rura tak wysoko nie awansowała. 

Nie wiadomo ile dokładnie lat ma rura. Ale też nie taka stara znowu. Żaden zabytek. Prawdopodobnie z końcówki lat 80. ubiegłego wieku. Jest bardziej young- niż oldtimerem.

Rura nad ul. Karolkowa, 2013 r., fot. Jarek Zuzga

Rura przecina krajobraz horyzontalnie na pół. Nad nią poszczerbiona panorama skajskraperów o fantazyjnych kształtach. Pod  – cała reszta miejskiego bałaganu, w tym zatopiony w asfalcie fragment bocznicy kolejowej, jeszcze starszej niż rura.

Większość swojego życia rura tłoczyła ciepłą wodę do wielkiej fabryki. Fabryka lekarstw to była, Polfa Warszawa (nie mylić z Polfą Tarchomin), zbudowana na fundamentach słynnych zakładów magistra Klawego. 

Więc do tej fabryki rura wodę przesyłała, wespół z oplatającymi ją  mniejszymi siostrami, które parę pod ciśnieniem dostarczały. Po drugiej stronie Karolkowej nadal stoi kotłownia, i to stamtąd wszystko szło. Rura spinała dwie strony. Łączyła światy. 

Dziś fabryki już nie ma, bo musiała ustąpić miejsca nowej wizji świata. Ale rura jest. Ogołocili ją co prawda z tych kilku drobniejszych towarzyszek, ale trwa, stoi. Kotłownia też zresztą jest, a w niej wielkie i piękne kotły, potencjalnie dużo warte na skupie złomu. 

A na pofabrycznej ziemi powstaje osiedle. Będą apartamenty, tarasy, szkło, zieleń według projektu, salony piękności, siłownie i dizajn. Będzie nawet wielka głowa Mitoraja, ta z Placu Trzech Krzyży. I pewnie Żabka. Czy rura odnajdzie się w tej rzeczywistości? Doda czy ujmie zmieniającej się okolicy prestiżu?  Już widzę te komentarze. Obstawiam, że przy pierwszej okazji wytną ją w przysłowiowy pień. Pójdzie rura na złom, jak napis „Warszawa Zachodnia” z giętej stali, z budynku starego dworca przy pobliskiej ulicy Tunelowej. 

A co by nie mówić, ostatecznie, jesteśmy rurze coś winni. Przez lata miała istotny wpływ na naszą kondycję, zdrowie i życie. Pożarliśmy – jako naród – tony medykamentów wyprodukowanych dzięki rurze.

Rura nad ul. Karolkowa, 2011 r., fot. Jarek Zuzga

A co, gdyby jednak została? Przepoczwarzyła się z niepotrzebnego ścinka przemysłowej infrastruktury minionej  epoki, w loftową, modną, dizajnerską instalację, godną apartamentów po 50 tys. za metr? Przedefiniowała się, odrodziła z nowymi papierami? Czy taka legitymacja zapewniłaby jej ochronny parasol?

Ja to widzę. Widzę rurę latem obrośniętą bluszczem, zimą – w świątecznych błyskotkach. Mieniącą się metalicznie za dnia, nocą – w girlandach drobnych ledowych światełek. Może przytuliłby się do niej skromny neon? Albo mural z intrygującym hasłem? Żeby przypominała o robotniczzej dzielnicy, jaką była kiedyś Wola, i w sumie nadal trochę jest, z tą różnicą, że wtedy produkowało się rzeczy, przedmioty, a  teraz oferty handlowe  i tabelki w Excelu. Produkcja, choć inna, wciąż przecież na Woli trwa. Nadal  czuć to bicie serca, na elewacji wolskiego ratusza neon rytmiczne oddycha. Rura może się jeszcze tu przydać.

Zatem – nie zabierajcie mi rury. Nie zabierajcie nam rury! Bo potem wszyscy już zapomną co, kiedy i jak tu było. Czy rura mogłaby być w jakimś spisie zabytków? Obiektów chronionych? Istotnych dla tożsamości miejsca? Pewnie by mogła.

To taki apel z mojej strony, pisany na tychże skromnych łamach, na które mogę sobie pozwolić. Ale może ktoś wpływowy to przeczyta?

Tekst i zdjęcia: Jarek Zuzga, październik 2025.

Zobacz więcej zdjęć rury:

„Wola Fabr.” – mural poświęcony dzielnicy przemysłowej

„Wola Fabr.” – mural poświęcony dzielnicy przemysłowej

„Wola Fabr.” – mural poświęcony dzielnicy przemysłowej

Mural „Wola Fabr.” powstał w lipcu 2025 r. przy ul. Żelaznej, na ścianie Fabryki Norblina. Jest hołdem dla wolskiego przemysłu i ludzi, którzy poświęcili swoje życie tworząc dzielnicę przemysłową, jaką kiedyś była Wola.

Mural z nazwami i logotypami wybranych (bo wszystkich się nie da – było ich mnóstwo!) wolskich fabryk i przedsiębiorstw, działających w obrębie dzisiejszej dzielnicy Wola (bo wiadomo, że te granice się zmieniały), został zrealizowany na ścianie dawnej Namiarowni w Fabryce Norblina, czyli w miejscu dla niego idealnym, w którym z szacunkiem zachowano pamięć o wolskim przemyśle.
Nazwa muralu „Wola Fabr.” wzięła się od sposobu, w jaki oznaczano stacje kolejowe w dzielnicach przemysłowych polskich miast i miasteczek.
Pomysłodawcą i projektantem muralu jest Jarek Zuzga, twórca Okna na Warszawę, autor m.in. książki „Wola. Ludzie i Historie” czy neonu „Wola oddycha”, urodzony i mieszkający na Woli.
Bardzo dziękujemy Fabryce NorblinaMuzeum Fabryki Norblina za to, że ugościli mural u siebie i profesjonalnie zajęli się jego realizacją. Za namalowanie muralu – pracowni IDEAMO. Burmistrzowi dzielnicy Krzysztofowi Strzałkowskiemu  za objęcie muralu honorowym patronatem.
Więcej o muralu przeczytacie tu: https://muzeumfabrykinorblina.pl/mural-wola-fabr/
F. Pabst i Leszno 49

F. Pabst i Leszno 49

F. Pabst i Leszno 49

Nawet niepozorne wykopki w Warszawie przynoszą niespodzianki. Jak tu, w Al. Solidarności, pod księgarnią Żeromskiego, gdzie kiedyś stała kamienica o adresie Leszno 49.

Pozwólcie, że oddamy głos najlepszej w Warszawie znawczyni tematu, Katarzynie Komar-Michalczyk:

„Arcyciekawe znalezisko Okna na Warszawę! Płytka posadzkowa dość rzadko dziś spotykanej w historycznych budynkach w Warszawie firmy F. Pabst. Miłośnikom dawnych posadzek znane są przede wszystkim żółte ceramiczne kwadratowe płytki bramowe tej firmy – z awersami podzielonymi na cztery mniejsze kwadraty i rewersami opatrzonymi drobnym ukośnym kratkowaniem oraz wpisaną w pola kratki nazwą producenta: F. Pabst (zob. np. przejazd bramny kamienicy przy ul. Pięknej 68A).

Natomiast tu prezentowana płytka – oktagon w kolorze złamanej bieli – ma bardzo interesujący rewers: z rysunkiem przypominającym pajęczynę i również wpisaną w pola sieci nazwą producenta: F. Pabst.

Firma F.[riedrich] Pabst Tonwarenfabrik w St. Johann an der Saar (ob. centralna dzielnica miasta Saarbrücken) została założona w 1873 r. Już w 1875 r. jej wyroby zostały nagrodzone w Kolonii, w 1876 r. – w Brukseli, w 1883 r. – w Amsterdamie, a w 1885 r. – w Antwerpii. W 1906 r. zatrudniała ok. 600 pracowników i miała swoich przedstawicieli w większości największych miast w Niemczech. W latach międzywojennych Fr. Pabst Mosaikplattenfabrik GmbH działała w oddalonym od Saarbrücken o ok. 35-40 km Homburgu.

W Warszawie w 1910 r. płytki bramowe firmy F. Pabst sprzedawał np. inż. Zdzisław Tuwan, z biurem w Al. Jerozolimskich 59 i składem materiałów budowlanych przy ul. Wspólnej 47A.”

Wieś Warszawa

Wieś Warszawa

Wieś Warszawa

Warszawa. Niby metropolia, a ile razy słyszeliście: „Przecież to jedna wielka wieś”? My słyszeliśmy tyle, że w końcu postanowiliśmy pójść tym tropem. I tak narodził się pewien eksperyment myślowy: co by było, gdyby Warszawa naprawdę była wsią? Ale taką z prawdziwego zdarzenia – z osiemnastoma chałupami (tyle, ile dzielnic), lokalnymi osobliwościami i oczywiście z jednym sołtysem zarządzającym całością.

Bazując na pseudonaukowej analizie naszych własnych postów w social mediach, Waszych komentarzy z ostatnich dziesięciu lat oraz kilku źle wyciągniętych wnioskach z codziennych obserwacji, spróbowaliśmy odmalować tę wyobrażoną, lekko absurdalną wersję stolicy.

Wyszło z tego coś pomiędzy etnograficzną mapą a przewodnikiem po warszawskiej duszy – czyli całkiem swojska, dziwaczna i niepoważna wieś warszawska.
Przeczytajcie i – oczywiście – nie bierzcie tego zbyt serio. Świat i tak jest zbyt poważny.

 

Poniżej znajdziecie rozrysowaną mapę wsi Warszawa, z nazwiskami lub imionami mieszkańców poszczególnych gospodarstw. Wystarczy kliknąć w budynek, żeby po lewej stronie mapy (lub – na telefonach – pod mapą) przeczytać więcej o jego mieszkańcach. Pod spodem macie linki do pobrania mapy w wersji drukowanej A3, do powieszenia na ścianie, gdyby ktoś miał ochotę; w pliku Word, jeśli chcielibyście gdzieś wykorzystać ten materiał (można, tylko podpiszcie odpowiednio) oraz do samej grafiki z mapką. Miłej zabawy!

Wieś Warszawa

Wieś Warszawa
Rodzina Białołęczan Józek z Targówka Bielanianie Żoliborzanie Prażanie północni Bemowianie Wolanie Sołtys Eseista z Pragi Południe Rembertowianie Wesołacy Ursusowianie Włochowska czarownica Mokotowianie Ochocianka Zosia Waweranie Ursynowianie Wilanowianie

Rodzina Białołęczan

Na Białołęce mieszka rodzina, o której wiadomo tylko tyle, że istnieje. Nikt jej nigdy nie widział, ale czasem przemknie po wsi SUV z rejestracją zaczynającą się od dziwnych liter i już wiadomo: to oni. W ogóle lubią samochody - każdy z domowników, nawet pies, ma swój własny.
W ogrodzie hodują egzotyczne kozy, które wabią po włosku, oraz jedną polską krowę imieniem Barbara. Żywią się na przemian jajecznicą i carbonarą – w zależności od fazy księżyca i promocji w Biedronce.
Dom mają otoczony płotem wysokim jak ambicje dewelopera. Brama zamykana na szyfr, pilot i klucz symfoniczny, a wejście główne tak zakamuflowane, że raz dzieci przez dwa dni szukały wyjścia. Od reszty wsi oddziela ich nie tylko kanałek, ale też fakt, że nikt nie wie, co oni tam właściwie robią. Na wiejskich zebraniach mówi się o nich tylko szeptem, trochę z fascynacją, trochę z niepokojem.

Józek z Targówka

Na Targówku mieszka Józek – lokalny cwaniaczek, król podwórka i szara eminencja wsi Warszawa. Przeszłość ma nieco zamazaną w papierach, ale bardzo wyraźną w opowieściach.
Mieszka z całą rodziną pod jednym dachem – trzy pokolenia, siedemnaście par kapci i niepoliczalna liczba krzeseł, które przynosi z jedynego we wsi sklepu branżowego – meblowego, który mu postawili akurat przed chałupą.
Dom Józka opalany jest węglem, który nie wiadomo skąd bierze. Podobno sam wykopał.
Na zebraniach wiejskich pojawia się rzadko, ale jak już przyjdzie, to wiadomo, że będzie awantura. Pokrzyczy, pogrozi, wytknie wszystkim błędy z ostatnich 20 lat – i zniknie. Reszta mieszkańców wsi nie do końca wie, co o nim myśleć: trochę się podśmiewują, trochę boją, a trochę jednak szanują. Wszyscy wiedzą, że jak coś trzeba załatwić – szybko, cicho i bez zbędnych formularzy – to Józek „zna człowieka, co zna człowieka”.

Bielanianie

Na Bielanach mieszka para po rozwodzie, ale nadal razem, bo dzielenie rachunków jest bardziej romantyczne niż dzielenie dzieci i majątku. Z przyzwyczajenia wspólnie oglądają seriale i wzajemnie obwiniają się o uschniętą bazylię z kuchennego parapetu. Na półkach mają po równo książek, świeczek zapachowych i ulotek z poradni psychologicznych. Nie używają budzika, bo pobliski klasztor co chwila bije w dzwony, a wieczorny nastrój zapewnia szum latarni gazowych. W soboty robią długie spacery po Lesie Bielańskim, po których wracają do domu i nie rozmawiają przez godzinę, bo każde potrzebuje przetrawić własne decyzje życiowe. Mają kompleks Żoliborza – trochę zazdroszczą, trochę się śmieją, ale zwykle się pocieszają, że przynajmniej nie są z Bemowa.

Żoliborzanie

Na Żoliborzu mieszka inteligencja – małżeństwo profesorskie, co to cytuje Szekspira przy śniadaniu i ma bibliotekę z antresolą zamiast telewizora. Ich dom jest modernistyczny, z przeszklonym werandowym gankiem, na którym codziennie o 10:00 piją kawę z tygielka. Jeżdżą klasycznym SAABem, trawnika nie koszą, tylko „prowadzą dialog z naturą”, a kompostownik to „manifest postwzrostowy”. Dzieci mają za granicą – jedno w Brukseli, drugie w Kopenhadze. Czasem dzwonią, ale głównie piszą maile o „projektach międzykulturowych”.
Z sołtysem rozmawiają grzecznie, ale z dystansem. Na zaproszenie na herbatę odpowiedzieli, że „w tym czasie mają seminarium o kondycji prowincji”.

Prażanie północni

Na Pradze Północ mieszka rodzina, która mówi gwarą warszawską tak czystą, że nikt poza nimi jej już nie rozumie. Mają dom z czerwonej cegły, a na podwórzu stoi drewniana komórka, w której trzymają wszystko – od ziemniaków po historię rodziny. A tę mają bogatą, ich przodkowie zamieszkali na Pradze jeszcze w czasach, gdy Wisłę przekraczało się wpław, a Zamek Królewski miał tylko parter. We wsi wyróżniają się tym, że wszędzie mają kontakty, znajomości i zniżki. Ogólnie są przekonani, że są jedynymi prawdziwymi warszawiakami, a tych z lewej strony rzeki nazywają „francuskimi pieskami zza Wisły”. Na wiejskie zebrania chodzą rzadko i tylko wtedy, gdy sołtys przywiezie zaproszenie osobiście i wręczy z należytym szacunkiem.

Bemowianie

Na Bemowie mieszka młode małżeństwo z małym dzieckiem, dużym kredytem i średnim poziomem cierpliwości. Oboje pracują zdalnie, ale są ciągle niewyspani – bo albo dziecko ząbkuje albo łoś z Puszczy Kampinoskiej znów podszedł pod ogrodzenie. Ich dom stoi na dawnym terenie wojskowym, więc w szafie nadal coś rezonuje, jakby echo po ćwiczeniach z lat 80., a na podwórku słychać resztki marsza wojskowego. Codziennie wdychają unoszącą się w okolicy woń świeżego kompostu i nieświeżego paliwa lotniczego. I choć często bywają w Śródmieściu, reszta wsi nie może uwierzyć, że w ogóle istnieją.

Wolanie

Wola to gospodarstwo na rozdrożu. W głównej izbie mieszka para emerytów, co życie spędzili w fabryce azbestu – on na hali, ona w dziale kultury. Znają się od wycieczki zakładowej do Bochni '76. Na ścianie mają dyplomy za długoletnią pracę i zdjęcie z ostatniego balu robotniczego. Lubią ponarzekać, że „kiedyś to była praca, a dziś to tylko te laptopy i fit-jogurty”.
W ramach dorabiania do emerytury część domu wynajęli parze młodych białych kołnierzyków. Ona pochodzi z LinkedIna, on – z jakiegoś start-upu, który sprzedaje NFT z horoskopem. Ich dwa pokoje to właściwie dwa coworkingi: jeden z biurkiem „do fokusowania”, drugi do „daily stand-upów i flowu kreatywnego”. Mają robota odkurzającego, psa z Instagrama, lodówkę z Wi-Fi i ręczniki z mikrofibry, co same się suszą.
Starzy i młodzi mijają się na schodach, czasem nawet zamienią „dzień dobry”, ale z obu stron czuć dystans podszyty zdumieniem. Młodzi nie rozumieją, jak można mieć jedną parę kapci na całe życie, a starsi – jak można nie mieć kapci w ogóle.

Sołtys

W Śródmieściiu mieszka sołtys z rodziną. Jego dom to budynek dawnej poczty, której funkcje zastąpiono paczkomatem, bo tak taniej. W ogrodzie sołtys poustawiał gipsowe krasnale i w ogóle czuć tu prestiż, choć na płocie wisi plandeka z reklamą fotowoltaiki. Obok domu jest jedyny przystanek we wsi, i czasem zatrzymują się tu busiki, którymi sołtys kilka razy do roku jeździ, że niby popiera zbiorkom. Na co dzień jednak woli poruszać się swoim Passatem w dizlu. Chciałby się zaprzyjaźnić z żoliborską parą, ale ci zachowują dystans.
Sołtys, z obowiązku, stara się utrzymywać kontakt ze wszystkimi mieszkańcami wsi, ale wychodzi to różnie. Organizuje regularne zebrania wiejskie, na których zapewnia, że lepiej już być nie może, choć mówi to bez przekonania. Chciałby to wszystko rzucić i objąć jakieś województwo, ale na to jest za cienki w barach.

Eseista z Pragi Południe

Jest tu tylko jeden mieszkaniec, rezyduje w starym drewnianym wiatraku. Dlaczego akurat w wiatraku? A bo kiedyś usłyszał, że „Wiatrak” to dobre miejsce do życia, i potraktował to dosłownie.
Utrzymuje się z pisania felietonów do wiejskiej gazetki. Ma kota imieniem Esej, co mówi wiele o ich wspólnych wieczorach. Twierdzi, że Praga Południe to jedyne miejsce w Warszawie, gdzie asfalt ma jeszcze duszę – czuje ją podobno pod stopami i czasem z nią rozmawia. Interpretuje też mowę chodników, choć większość z nich „gada, jakby nie do końca chciała żyć”. Po wsi porusza się wyłącznie pieszo, bo „krok to jedyna jednostka miary, której jeszcze nie przejęły korporacje”. Kiedyś zaprosili go na wiejskie zebranie – nie przyszedł, ale odpowiedział felietonem o pustce egzystencjalnej. Pozostaje w konflikcie ideologicznym z sąsiadami z Woli, bo tamci twierdzą, że wiatraki powinny stać raczej u nich. W wolnych chwilach tropi, dlaczego w jego okolicy czuć czekoladą, na razie podejrzewa, że sołtys zakopał gdzieś tu strategiczne rezerwy tego przysmaku.

Rembertowianie

W Rembertowie mieszka emerytowany wojskowy z żoną – człowiek, który nigdy nie przestał być na służbie. Poranki zaczyna od przeglądu podwórka, meldunku pogody i marszu patrolowego wzdłuż kompostownika.
Ich dom stoi w lesie, więc naturalnym hobby gospodarza jest partyzantka. Codziennie chodzi w teren, tylko nie bardzo ma kogo atakować, bo Rembertów to raczej spokojny rejon. Wkurza go, że kawałek lasu zrobili rezerwatem i teraz nie można się tam okopywać ani manewrować.
Na obejściu trzymają dwa owczarki, które szczekają z wojskowym akcentem. Żona prowadzi zeszyt z planem dnia, listą zapasów i rubryką: „Stan gotowości emocjonalnej”. Zimą wywieszają światełka LED w kształcie orła.
Pozostałych mieszkańców wsi traktują z rezerwą i lekką podejrzliwością. Mają ich za cywili bez dyscypliny. Na zebraniach wiejskich żona siedzi z notatnikiem, a on odczytuje kolejne części raportu „Trzy największe zagrożenia dla bezpieczeństwa wsi”.

Wesołacy

W Wesołej mieszka rodzina z fiołem na punkcie drzew. Ich dom jest w stylu zakopiańskim, bo kiedyś źle wpisali hasło w wyszukiwarkę na OLX i „tak już zostało”. Wszystko mają z drewna – meble, naczynia, antenę satelitarną, a nawet węża ogrodowego. Przed domem rośnie jesion, który „zawsze kombinuje” i brzoza, która ostatnio „coś dziwnie milczy”, co rodzinę niezmiernie niepokoi.
Pasją mieszkańców Wesołej jest wybieranie codziennie Drzewa Dnia, robią to od dekad. Zwycięzca dostaje wstążkę i serdeczny uścisk gałęzi.
Właściwie w ogóle nie wiedzą, że oficjalnie mieszkają w Warszawie – myślą po prostu, że to jakaś większa polana o lepszym zasięgu. Kontaktów z sąsiadami nie utrzymują, bo „tamci nie rozumieją mowy liści”.

Ursusowianie

W Ursusie, na terenie po dawnej fabryce traktorów, w pachnącym jeszcze tynkiem budynku mieszka młode małżeństwo z dziećmi. Ich dom jest tak nowy, że Google Street View nadal pokazuje tu kilku robotników w przerwie na papierosa. Rodzina zamieszkała tutaj, bo skusiła ich niska cena i atmosfera przemysłowej zaradności, choć w praktyce okazało się, że to tylko woń smaru i niespełnionych planów produkcyjnych.
Rytm dobowy regulują im nisko przelatujące samoloty; uzależnieni są od nich do tego stopnia, że nie używają zegarków, a raz jak była awaria na lotnisku, to wszyscy zaspali do pracy i szkoły.
Nie przyjmują do wiadomości, że mieszkają w Warszawie. Mawiają: „pogadamy jak Warszawa zbuduje własny traktor”. Zresztą, z dzielnicy się w ogóle nie ruszają, bo nie da się z niej wyjechać.
Pan domu bardzo dba o pamięć historyczną – trzy razy składał wniosek o postawienie pomnika Wału Odbioru Mocy, ale sołtys nie wyraził zgody, bo stwierdził, że wały to akurat jego działka.
Żyją w lekkim napięciu, bo nocą po krzakach łazi coś, co warczy i chrząka; nie wiedzą tylko, czy to niedźwiedź, czy może deweloper.

Włochowska czarownica

Pośród włochowskich mokradeł mieszka wiejska czarownica z psem ze schroniska, kotem ze złomowiska i wypaleniem zawodowym. Dom ma wąski, wysoki, ze szpiczastym dachem zwieńczonym blaszanym kogutkiem; niestety całość wygląda jak po kataklizmie – tynk się sypie, farba odpada, balustrady rdzewieją a z komina nieustannie leci gryzący dym.
Czarownica jest trochę dziwaczką, choć podobno ma świetne wykształcenie. Porusza się wyłącznie piechotą, ewentualnie kajakiem. Codziennie kąpie się w okolicznych stawach i zbiera liście jaśminu w niezrozumiałym celu.
Na ostatnim zebraniu wiejskim rzuciła sołtysowi pokrzywy pod nogi, jednocześnie coś mamrocząc pod nosem. Czasem wybiera się na ochocki bazar, gdzie spotyka sąsiadkę, ta jednak udaje, że jej nie zna. Czarownica twierdzi, że mogłaby się wyprowadzić, ale „kto wtedy odczyni urok z dzielnicy?

Mokotowianie

Na Mokotowie mieszka para młodych ludzi, ona – absolwentka kulturoznawstwa performatywnego, on – magister urbanistyki sensorycznej. Są nowocześni, alternatywni i tak wyrafinowani, że raz przez pomyłkę uznano ich za performance i wystawiono w gablocie w centrum wsi. Ich dom z szarej cegły urządzony jest w estetyce „post‑szklarnianego minimalizmu”, a oświetlenie symuluje zachód słońca w Kopenhadze. Nie mają ślubu ani dzieci, za to hodują papugę o imieniu Moko, która ponoć zna cztery mokotowskie dialekty, oraz świnkę morską Mozaikę, którą karmią wyłącznie mikroliśćmi. Razem, we czwórkę, urządzają improwizowane seanse terapeutyczno‑ekologiczne.
Nie mają stałej pracy, za to doskonale ogarniają projekty, granty, rezydencje i startupy, i ‑ co najciekawsze – całkiem dobrze z tego żyją. W jedynej we wsi kawiarni spędzają tyle czasu, że właściciel zaczął ich traktować jako część wystroju.
Twierdzą, że Mokotów to nie dzielnica, tylko pogląd na życie, ale zrozumieją to tylko ci, którzy choć raz fermentowali kimchi przy świetle neonów. Mieszkańców wsi traktują z lekkim zdumieniem i czułością, jakby byli częścią lokalnego folkloru, który nadal wierzy, że hummus to rodzaj kleju.

Ochocianka Zosia

Mieszka tu ciocia Zosia, spokrewniona ze wszystkimi we wsi. Ma dwa koty, które – podobnie jak ona – nie lubią zmian, diety ani gości po 18:00. Lubi przesiadywać w oknie, słucha radiowej jedynki, muzyki z płyt kompaktowych i czasem włącza komputer zobaczyć co słychać w „tym internecie”. Zbiera znaczki i nie może wybaczyć sołtysowi, że zlikwidował pocztę. Od zupełnej aspołeczności ratuje ją lokalny bazarek – zresztą jedyny we wsi – na którym kupuje warzywa i nowiny. Czasem nocują u niej studenci z uczelni na wzgórzu, bo tanio i blisko. Dzięki nim wie, że frontend jest z przodu, a backend z tyłu. Na zebraniach wiejskich przekonuje, że jest na czasie, po czym zdejmuje okulary i mówi, że wszystko to kiedyś było lepsze – nawet ocet.

Waweranie

W Wawrze mieszka rodzina w świdermajerze, który na przemian próchnieje, albo płonie. Drewniany dom z werandą, jak z pocztówki z 1936, trzyma się głównie siłą przyzwyczajenia i resztek lakieru z lat 90.
Ich codzienne hobby to pranie – rozwieszane na sznurach między drzewami łopocze jak narodowe sztandary. A w niedzielę – klepanie schabowego, koniecznie przy otwartym oknie, żeby cała wieś poczuła.
Pan domu prowadzi hurtownię gąsienic do rusztowań. Ma ich tysiące, w różnych kolorach i długościach, choć nikt nie do końca wie, do czego służą. „Przyjdzie wojna albo remont – to będzie jak znalazł” – mawia. Pani szyje poszewki – do kołder, poduch i wałków, które kręci sołtys albo Józek z Targówka.
Sami nie są do końca pewni, czy mieszkają w Warszawie, czy raczej „gdzieś obok”. W Śródmieściu bywają rzadko – z lekką tremą, termosem z kawą, kanapkami z jajkiem i odpalonym googlemaps w telefonie.

Ursynowianie

Na Ursynowie mieszka para inteligentów. Młodsi i biedniejsi od tych z Żoliborza, za to bardziej elastyczni psychicznie. Ona – humanistka po UW, on – po stosunkach międzynarodowych, ale oboje zadowoleni, że udało się wkręcić do IT. Żyją skromnie, ale z aspiracją, mają książki jeszcze z liceum i głośniki po kuzynie DJ‑u. Wieczorami słuchają starego hip‑hopu – Paktofoniki czy Kalibra44. Na ścianie powiesili mapę Berlina, żeby wspominać Erasmusa. W ogrodzie ustawili dwie rzeźby o symbolice, której nikt nie rozumie. Uważają, że ich dzielnica to stan umysłu – jak ktoś tu mieszka, to już nigdzie indziej nie musi. Codziennie po pracy wspinają się na wzgórze widokowe upewnić się, że poza Ursynowem nie ma już nic.

Wilanowianie

W Wilanowie stoi rezydencja nowobogackich, w stylu „betonowy bunkier spotyka Wersal” – beton, szkło, dużo LED‑ów i przez środek fasady złoty pas z napisem „Royal Line”, bo architekt inspirował się złotą kartą kredytową.
Pan domu ma firmę, która coś doradza, ale nikt nie wie co, a pani jest po MBA i kursie „Oddech w Excelu”. Każdy pokój z apką, dzieci w szkole międzynarodowej, pies na fotelu, kot na diecie wegańskiej, robot kosi trawnik. Dom pachnie świeżym leasingiem i innowacyjnością sztucznej inteligencji.
Teren niestety trochę podmokły – po deszczu ogród lekko bulgocze, a w piwnicy coś się zbiera, ale dyfuzor z nutą „winnicy królewskiej” skutecznie wszystko maskuje.
W ogóle wszystko wokół jest ‚królewskie”, bo kiedyś, dawno temu, jakiś król nocował tu w wakacje (albo przejeżdżał i kichnął – wersje są różne). Od tego czasu wszystko w okolicy tak się nazywa: Królewska Myjnia, Królewski Żłobek, Królewski Gabinet Podologiczny.
Na wiejskie zebrania wpadają rzadko – chyba że można coś zasponsorować i postawić roll‑up. Ale za to zawsze są w gminnej gazetce. Na okładce.

Tekst i rysunki: Jarek Zuzga, © 2025, Okno na Warszawę