Ballada o wolskim murze – opowiadanie

Ballada o wolskim murze – opowiadanie

Ballada o wolskim murze – opowiadanie

Nasze podwórko dzielił mur. Tamta część była większa, za to u nas rosło drzewo, okazały kasztanowiec. Dzięki niemu łatwo było wspiąć się na murek, żeby z góry popatrzeć na świat albo podejrzeć, co się dzieje u sąsiadów. Po drzewie wchodził też na górę nasz podwórkowy kocur, diabelsko czarny, z nadszarpniętym uchem, wołaliśmy go Czort. Przesiadywał tam całymi dniami, spoglądając na nas z wyższością. 

Gdy graliśmy w piłkę, na murek wspinał się z trudem gruby Antoś, i stamtąd jednocześnie sędziował i komentował spotkanie. Nasz stróż, pan Edzio, na wyraźną prośbę rodziców, zabraniał nam wchodzić na mur. “Jeszcze raz złapię, to nogi z d.. powyrywam!” – krzyczał, a echo niosło się po ostatnie piętro kamienicy. Miał trochę racji, wszyscy pamiętali historię nieszczęsnego Władzia spod trójki, który popisując się przed Halinką, biegał wzdłuż muru po jego zwieńczeniu, dopóki nie spadł i nie rozbił sobie głowy. Potem trzy tygodnie z domu nie wychodził. Oczywiście ta historia nie powstrzymała nas przed dalszymi zabawami na murze, co powodowało kolejne kontuzje, choć na ogół już nie tak groźne. 

Największą atrakcją i zarazem wyzwaniem było przejść na drugie podwórko, tak, żeby nie zauważył tego ani nasz, ani tamtejszy stróż (który krzyczał równie głośno). A potem wrócić ulicą, przez otwarte za dnia bramy, uciekając spod czujnych oczu sklepikarzy, którzy stojąc w drzwiach swoich przybytków pilnowali, żebyśmy im po drodze czegoś z kramu nie zwędzili. 

Miał też mur swoje sekrety. Kiedyś wykruszyła się zaprawa przy jednej z cegieł, czemu pomógł nieco nożyk wspomnianego już Władzia (mieć własny nożyk w tamtych czasach to było coś). I jak się ta zaprawa wykruszyła, to i cegłę szło wyjąc, co też uczyniliśmy. Potem młotkiem i dłutem podkradzionym z komórki pana Edzia tak ją ukruszyliśmy, że zostało tylko lico, którym zasłanialiśmy wyrwę w murze. Tym samym zyskaliśmy skrytkę, o której dorośli nic nie wiedzieli. Chowaliśmy w niej różne skarby, np. kolorowe etykietki od butelek po piwie, albo liściki, w których informowaliśmy się nawzajem o datach naszych potajemnych spotkań w piwnicy. Raz jak szedłem z ojcem na wyrwanie zęba, zostawiłem tam kolegom list pożegnalny, byłem bowiem pewny, że żywy już nie wrócę. 

Zimą zwieńczenie muru przykrywało się grubą śnieżną kołdrą. Kocur Czort przenosił się wtedy do piwnicy, do kotłowni, gdzie miał stary fotel, na którym wylegiwał się w oczekiwaniu cieplejszych dni. Czasem rzucaliśmy na ślepo śnieżkami na to drugie podwórko, co kończyło się różnie – albo tamtejsze dzieci podejmowały walkę, albo ktoś dorosły się wściekał, rzucając w naszą stronę bynajmniej nie śnieg, lecz przekleństwa. Dzieciaki z sąsiedztwa też lubiły bawić się przy (albo na) murze, choć nie mieli u siebie drzewa i było im trudniej wejść na szczyt.

Lubiliśmy nasz mur. Był dla nas jak plac zabaw, albo jak stary dobry kumpel. Był azylem, który nas chronił i absorbował jednocześnie. Dzielił podwórko, ale nas integrował. Inspirował. Wymyśliliśmy przy nim  (pod nim, na nim) mnóstwo zabaw. Wchłaniał nasz pot, łzy, a nierzadko nawet i krew. 

A potem wybuchła wojna, i wszystko się zmieniło. Rzadziej bawiliśmy się przy murku, rodzice nie puszczali nas tak często na dwór bez opieki. Któregoś dnia pod murem stanął wóz konny, a jacyś mężczyźni zaczęli znosić do niego meble z mieszkania naszego kolegi Arona. On sam siedział smutny na szczycie sterty toreb, walizek i mebli, i poinformował nas, że wyprowadzają się całą rodziną do innej dzielnicy. Tylko na jakiś czas, i potem mają wrócić. Ale nie wrócili. Po latach dowiedziałem się, że pojechali do getta, a potem zagazowano ich wszystkich w oświęcimskim obozie. 

Gdy wybuchło powstanie, jak większość mieszkańców naszej kamienicy schowaliśmy się w piwnicy i stamtąd nasłuchiwaliśmy eksplozji “krów” – ciężkich pocisków, którymi Niemcy ostrzeliwali Warszawę. Było zimno, ciemno, wilgotno i nie mieliśmy za bardzo co jeść. Baliśmy się. Od czasu do czasu ktoś wychodził na zewnątrz po wodę i jedzenie. Zawsze był strach, czy wróci. Piwnica była częścią powstańczego szlaku, w ścianie wykuto przejście z sąsiedniego domu, żołnierze rozebrali też fragment naszego muru. Nie wiem, jak długo siedzieliśmy w ciemnościach, chyba kilka dni, ale w końcu wyszliśmy z piwnicy. W naszym domu płonęło poddasze, dużo gorzej wyglądała sąsiednia kamienica, której frontowa oficyna legła całkowicie w gruzach. Po podwórzu kręcili się, coś wykrzykując, niemieccy żołnierze. Podbiegłem ukradkiem do muru, do naszej skrytki, w której nadal leżały białe błyszczące kamyczki, przywiezione onegdaj przez Halinkę z wycieczki nad morze. Chwyciłem je w garść i upchnąłem głęboko w kieszeń. Jeden z nich mam do dziś.

Niemcy ustawili nas pod murem (naszym murem!), po czym wyprowadzili na ulicę i – w końcu, po długim marszu – trafiliśmy gdzieś za miasto. Po drodze dołączały kolejne grupy z wypalonych sąsiednich kamienic i podwórek. Pamiętam, że na nasz widok jakiś niemiecki oficer krzyknął coś, czego wtedy nie zrozumiałem, ale mama wytłumaczyła mi później, że zdziwiony zawołał: “to tyle was jeszcze ocalało w tych gruzach?”.

Opuściliśmy Warszawę, nasze kochane miasto. Przez jakiś czas mieszaliśmy w szopie u dalekich krewnych mamy, gdzieś w okolicy Milanówka, ale mama w końcu powiedziała, że czas wracać.

I wróciliśmy. Naszego miasta, naszej okolicy, nie można było już rozpoznać. Wokół było pełno gruzu, dymu i lejów po bombach. Nasz dom wprawdzie stał, ale samotnie, przylegające do niego z obu stron kamienice już nie istniały. Ocalał za to mur, choć był jakiś taki inny, obcy, groźny. A może to my byliśmy już inni?  Pamiętam, że stała pod nim para butów, równo, obok siebie, jakby ktoś za chwilę miał po nią wrócić. 

Potem, stopniowo, wracali niektórzy lokatorzy kamienicy. Pojawili się też jacyś nowi, zajęli m.in, mieszkanie po rodzinie Arona. Kot Czort przepadł, nigdy już potem go nie widziałem.

Dziś, poza mną, nie żyje już nikt, kto dzieciństwo spędził przy podwórkowym murze koło kamienicy na warszawskiej Woli. Tylko ja mogę o nim opowiedzieć, ale czy kogoś to obchodzi? To tylko trochę cegieł, które dziś niczemu nie służą, a nawet przeszkadzają, bo – jak słyszałem – grożą zawaleniem. Dziurę po powstańczym szlaku zamurowano i chyba tylko ja jeden wiem, jaką pełniła funkcję. Mur sczerniał, zarósł bluszczem, i faktycznie sporo się przechylił. Nie mogę sobie przypomnieć, w którym miejscu była nasza skrytka, być może ją też zaszpachlowano. Nie ma też naszego kasztanowca, częściowo spalony w powstaniu konał powoli przez kilka lat, aż został ostatecznie wycięty. Kamienicy z sąsiedniego podwórka nie odbudowano, jest tam teraz dziki parking, a dalej stoją bloki. No i nie ma dzieci, to znaczy nie bawią się przy murze, jak żeśmy to kiedyś czynili. Pewnie mają ciekawsze zajęcia. 

Tekst i zdjęcie: Jarek Zuzga
* opowiadanie jest fikcją literacką, choć może nie w całości…
Powolne oko, próba lektury jednego ujęcia. O pewnym zdjęciu Romana Vishniaca

Powolne oko, próba lektury jednego ujęcia. O pewnym zdjęciu Romana Vishniaca

Powolne oko, próba lektury jednego ujęcia. O pewnym zdjęciu Romana Vishniaca

Lidia Pańków*

PL: Podwórko pomiędzy ulicami Nalewki i Wałową, Dzielnica Żydowska (Północna), Warszawa, ok. 1935-1938 r. Autor: Roman Vishniac. Zdjęcie dzięki uprzejmości Uniwersytetu Kalifornijskiego w Berkeley (The Magnes Collection of Jewish Art and Life, z kolekcji podarowanej przez Marię Vishniac Kohn, dostęp nr 2018.5. RV_8_014_001, wszelkie prawa zastrzeżone). EN: Pedestrian courtyard connecting Nalewki and Walowa Streets, a shopping area in a Jewish district of Warsaw, ca. 1935-38. Artist: Roman Vishniac. Credit: Gift of Mara Vishniac Kohn © The Magnes Collection of Jewish Art and Life, Bancroft Library, UC Berkeley, Accession No: 2018.5. RV_8_014_001, all rights reserved.

Podwórko pomiędzy ulicami Nalewki i Wałową, Dzielnica Żydowska (Północna), Warszawa, ok. 1935-1938 r. Autor: Roman Vishniac. Zdjęcie dzięki uprzejmości Uniwersytetu Kalifornijskiego w Berkeley (The Magnes Collection of Jewish Art and Life, z kolekcji podarowanej przez Marię Vishniac Kohn, dostęp nr 2018.5. RV_8_014_001, wszelkie prawa zastrzeżone).

Pedestrian courtyard connecting Nalewki and Walowa Streets, a shopping area in a Jewish district of Warsaw, ca. 1935-38. Artist: Roman Vishniac. Credit: Gift of Mara Vishniac Kohn © The Magnes Collection of Jewish Art and Life, Bancroft Library, UC Berkeley, Accession No: 2018.5. RV_8_014_001, all rights reserved.

Szyldy na pierwszym planie niemal ślizgają się po powierzchni reprodukcji, którą oglądam w opasłym albumie „Roman Vishniac. Rediscovered” („Roman Vishniac. Odkrywany na nowo”) wydanym przez nowojorski International Center for Photography. To jedno z tych ujęć, które krążą, nie zawsze opisane, zapadają w pamięć, wydają się znane, stają się czymś niby oczywistym, ale tak naprawdę pozostają zagadką.

 

A więc: najpierw widzimy szyldy.

Ten pisany kapitalikami w zmiennej skali:

SKŁAD TIULU, KORONEK I WSTĄŻEK ORAZ PRZYBORÓW DO GORSETÓW
N. ŻUROWSKA 

I wieńczony zawijasami:

1 e piętro nr 20 

Poniżej, jeszcze bardziej wdzierająca się w środek kadru – tablica:

WYTWÓRNIA
PARASOLI
m 24.

Ta już opatrzona jest obrazkiem. Jak się okaże z lektur – nie przez fantazję właścicieli, ale dlatego, że nie każdy w tamtych latach zna alfabet, czyta litery, a już na pewno nie każdy czyta po polsku.

Jedna z najbardziej rozpoznawalnych i reprodukowanych (niejednokrotnie bez podania autora i miejsca, jakby te dane traciły na znaczeniu) fotografii Romana Vishniaca – podwórze przy Nalewkach 20 – wykonana najprawdopodobniej w 1938, choć w innych źródłach to 1935, pełna jest prozaicznych szczegółów. Tabliczki uchwycone blisko, jakby na wyciągnięcie ręki od razu zmuszają by zadać pytanie: gdzie stał fotograf? Wyczuwa się jego fascynację tymi formami małej architektury, nietrwałymi i tandetnymi, ale współtworzącymi genius loci.

Vishniac musiał ulokować się gdzieś blisko – niemal jakby chciał wprowadzić w drżenie, rozpoznać faktury. Te szyldy w zgiełkliwej, chaotycznej, niejednorodnej pod względem architektonicznym ulicy Nalewki musiały dokumentalistę uwieść. Ale są tylko wstępem do sceny pasażu wypełnionego ludźmi. Fotograf wchodzi w środek akcji, zatrzymuje, dla siebie i dla nas, moment ruchu, jakby zdołał ustalić parametry, które składają się na obraz miejskiego dziania się.

To prozaiczny kadr, nieszczególnie elegancki obrazek, nieco klaustrofobiczny dziedziniec i ludzki potok powolnie toczący wody – przechodnie pogrążeni w rozmowach, inni w recytacjach modlitw, albo w milczeniu podążający za sprawunkami.

Uwagę zwraca postać zgrabnej kobiety, brunetki w czerni o wybitnej urodzie, której towarzyszy druga kobieta, pewnie matka, okryta długim płaszczem, młodsza jest tylko w sukience.

Z przodu, w tej samej warstwie, co szyldy, męska grupa. Polityczni agitatorzy, uliczna kłótnia różnych frakcji jednej partii? A może twórcy nerwowo omawiający wspólne przedsięwzięcie?

To jedyne miejsce na dokumencie, w którym można wyczuć stan zapalny. Na ulicach Warszawy w tamtym okresie często dochodzi do bójek i rękoczynów.

Ci tutaj wyglądają świecko, nowocześnie, inaczej, niż tradycyjnie ubrani Żydzi, też ujęci w kadrze, którzy poruszają się powolniej, jakby stawiali opór tamtym zamętom.

„Nalewki 20” to ciekawe ujęcie w praktykowanym w latach 20. i 30. nurcie miejskiego realizmu. Eksperyment z kompozycją i kadrowaniem, ale przede wszystkim dokument – świadectwo życia społecznego diaspory ulegającej przyspieszonym procesom modernizacji. Wreszcie, to także relacja z kolejnej wędrówki fotografa, jakie mieszkający w Berlinie, świadomie szkolący swój warsztat Vishniac podejmuje z jednym z dwóch dostępnych wówczas małoobrazkowych aparatów: Leicą lub Rolleiflexem.

Wytrawna wprawka, jedna z setek, może tysięcy, dzięki którym urodzony w 1897, jak wielu z jego pokolenia, Vishniac,członek kilku klubów fotograficznych w Berlinie, rozwija nową wizualną wrażliwość składającą się na obrazowanie rzeczywistości swojej epok. Jednym z obszarów jego zainteresowania jest nowoczesne miasto, z jego pięknem i nieprzewidywalną dynamiką.

Zdjęcie zyska ciężar, jakiego nikt nie mógł przewidzieć nawet w najgorszych scenariuszach. Co myślał o coraz mniej bezpiecznym świecie środkowej Europy sam autor? Kiedy je wykonywał, powoli zmieniał się z hobbysty w amatora, coraz bardziej świadoma twórczość Vishniaka zbiegła się z nazyfikacją Niemiec. Wnikliwie dokumentował te procesy, czy to w Berlinie, czy w Warszawie, gdzie nieopodal nalewkowskiego dziedzińca z szyldami sfotografował, również z góry, tłum Polaków zgromadzonych na antysemickiej demonstracji i wykonujących pozdrowienie Heil Hitler.

W cyklach, które dziś wstrząsają klarownością zachodzących procesów, ujął pustoszenie i niszczenie kosmopolitycznego, artystyczno-intelektualnego fermentu Berlina.

Razem z całym cyklem fotografii wykonanych w Polsce i innych krajach Europy Wschodniej w latach 1935-1938, migawka z Nalewek, stanie się wizualnym dokumentem istnienia żydowskiego świata, który Niemcy, zasileni jednostkami innych narodowości, unicestwią systematycznie i krok po kroku między 1939 a 1944 rokiem. Po 1945 powstanie tu nowe miasto, nijak nie komunikujące swojej niedawnej przeszłości.

***

Roman Vishniac funkcjonuje i rozwija się autonomicznie, poza grupami awangardowymi. Ćwiczy, nie mając szans na oficjalne afiliacje; w Niemczech od 1933 wszyscy nie-Aryjczycy mają zakaz publikowania – czy to jako dziennikarze, czy fotografowie prasowi. Jego pozycja zbuduje się już na emigracji. Uznanie, już jako obywatel USA, będzie zawdzięczać w dużym stopniu rejestracji świata wschodnioeuropejskich Żydów w przededniu Zagłady.

Mianowany “dokumentalistą Holokaustu”, nie zawsze korygował ten błąd. Z pewnością taki tytuł wyróżniał go spośród innych praktyków fotoreportażu aktywnych w Centralnej i Wschodniej Europie lat 30. i 40. Tymczasem przed Zagładą uda się Vishnaicowi zbiec, przez Portugalię, do Stanów Zjednoczonych, gdzie osiądzie i rozwinie dożywotnią karierę, również jako portrecista gwiazd Hollywoodu i nowojorskiej socjety.

Co go sprowadza na Nalewki? W jakich okolicznościach powstają dominujące w zbiorach ujęcia zubożałych rodzin żydowskich przygniecionych nędzą, zamieszkujących wilgotne piwnice kamienic czynszowych, przejmujące, czasem budzące podejrzenie o reżyserię, sceny szorstkiego dzieciństwa, beznadziei życia proletariatu szukającego poprawy losu w stolicy nowo powstałego państwa?

Urodzony w zamożnej rodzinie w Pawłowsku fotograf przebywa w Warszawie na kontrakcie American Jewish Joint Distribution Comitee (Joint) – powołanej w listopadzie 1914 organizacji charytatywnej, której zadaniem było wspieranie Żydów w ogarniętej wojnami, konfliktami narodowościowymi i pogromami Europie. Kontrakt z Jointem można widzieć jako szczęśliwy traf – Roman Vishniac ma talent i warsztat, a do tego finansową niezależność. Nie goni za groszem, jak wielu amatorów sztuki z trudem utrzymujących się na powierzchi. Dysponuje czasem, energią i entuzjazmem młodego człowieka.

Zlecony dokument to projekt nie artystyczny, a służebny. Zwalnia autora z gorączki poszukiwania tematów. Taki tryb jest chyba zgodny z jego temperamentem – Vishniac zdaje się wolny od pogoni za „decydującym momentem” i gorączki trawiącej reporterów wojennych. Najwięcej uwagi poświęca rzeczywistości, w którą jest zanurzony na co dzień.

A ta jest tak niestabilna, że o dramaturgię nietrudno. Świat Żydów europejskich przechodzi gwałtowne transformacje, sztetl przestaje pełnić funkcję wyznaczania światopoglądowych i obyczajowych ram. W wielu przypadkach pozycja członków tej grupy jest drastyczna – na pogarszającą się sytuację ekonomiczną, nakładają się prześladowania, które zmuszają ludność do opuszczenia miejsc zamieszkania. Możliwości emigracyjne do USA i Palestyny są coraz bardziej skąpe. Wielu ma prawo czuć, że znaleźli się potrzasku.

Zdjęcia zamówione u Vishniaca przez Joint – materiał dający się łatwo reprodukować i natychmiast uderzający w emocje (podobnie jak film, tyle, że trudniej wykonać kopie taśmy filmowej) – mają być pokazywane na spotkaniach stowarzyszeń, publikowane w broszurach, raportach, sprawozdaniach i motywować do dawania datków pomocowych.

W 1944, kiedy żydowski świat w Polsce będzie już zmieciony z powierzchni ziemi, Roman Vishniac otworzy swoją debiutancką wystawę w nowojorskim YIVO Institute for Jewish Reaserch – założonej w 1925 r. w Wilnie placówce, której misją było zachowanie i promowanie dziedzictwa żydowskiego w okresie gwałtownej transformacji będącej efektem procesów modernizacyjnych i emigracji. Kiedy do tego dojdzie, będzie miał status profesjonalisty.

Ocalenie Vishniakowie prawdopodobnie również zawdzięczają Jointowi.

Po zwolnieniu z obozu internowania w Camp Du Ruchard, prawdopodobnie na skutek interwencji organizacji, fotograf połączy się ze swoją rodziną w Lizbonie. Do wybrzeży Nowego Świata ocaleni z europejskiej hekatomby Vishniakowie dotrą pod sam koniec 1940.

***

Nalewki to doskonałe pole do obserwacji przepływu życia miejskiego, przeplatania się i krzyżowania światów tradycji i napierającej, za nic mającej jej reguły, nowoczesności.

W przededniu wojny kipią życiem – są kwartałem wielkomiejskim i zarazem peryferyjnym, odsuniętym poza bieg oficjalny, rządzą się własną logiką, trudną do uchwycenia dla przybysza. Stanowią centrum żydowskiego obszaru zwanego Dzielnicą Północną. Funkcjonują jako synonim nędzy, zgiełku, czasem – moralnego upadku.

Zdaniem świadków – pisarzy próbujących, zgodnie z ówczesnymi tendencjami, uchwycić życie miasta od środka i na gorąco – był to miejski rewir zgiełkliwy i rozpędzony w natężeniu nie do zniesienia.

Wielu opuszczało je z ulgą, zostawiając za sobą nawoływania straganiarzy, krzyki wojujących grup chasydzkich, spojrzenia żebraków, zmęczone i przygarbione sylwetki drobnych rzemieślników ledwo wiążących koniec z końcem i przyspieszając kroku by prędzej znaleźć się w ulicach cichszych, targanych mniejszymi niepokojami, bardziej statecznych, położonych na północ i zachód od Nalewek.

Nalewki, Gęsia, Franciszkańska. Jak krzyż wryły się te trzy ulice w serce żydowskiej Warszawy. Tułów stanowią Nalewki, a dwie rozkrzyżowane ręce – Gęsia i Franciszkańska. Dobywa się stamtąd odwieczne “Szma Israel!”. […]

Krzyczą żebracy, którzy podnoszą dłonie z powykrzywianymi palcami niczym podziurawione puszki. Krzyczą płochliwi sprzedawcy uliczni, zaś cicho mruczą waluciarze, którzy kroczą tam i z powrotem po zabłoconych chodnikach i działają na <<czarnym rynku>> w mrocznych podwórkach Nalewek.

Do tego złożonego z trzech ulic krzyża przybita została żydowska nędza, a “srebrniki” pobrzękują u kupców manufaktury, skóry i wszelkich innych branż. W piwnicach mieszkają ubodzy blacharze, szewcy, krawcy, piekarze, a na piętrach półki uginają się od manufaktury, skór miękkich i twardych. Od poniedziałku do czwartku spieszą tymi trzema ulicami zabiegani Żydzi z najdalszych miasteczek. Z rozwianymi czarnymi połami, jak spłoszone ptaki rozpierzchają się sprzed rozdzwonionych, czerwonych tramwajów. Jak pracowite pszczoły znoszą paczki do z zakupami do zawilgoconych zajazdów, gdzie na chybcika modlą się w utytłanych, pożyczonych tałesach i jedzą tłusty krupnik na kościach. 

W piątkowe ranki spieszą na plac Muranowski, a przeładowane, zabłocone autobusy rozwożą ich do zacisznych miasteczek.’

Tak oddawał specyfikę ulicy w tekście „Di trojerike geografie fun Nalewkes” w 1966 Szmul Lejb Sznajderman, piszący w jidysz dziennikarz, tłumacz i poeta, znany jako „pierwszy żydowski reporter wojenny” w związku z jego zaangażowaniem w wojnę domową w Hiszpanii. Fragment jego pism włączyła do antologii „Moja żydowska Warszawa” tłumaczka, redaktorka i badaczka historii polskich Żydów kultury jidysz i hebrajskiej, Anna Ciałowicz.

Innym z pisarzy podejmujących się ujęcia żywiołu jest Bernard Singer, przyszły publicysta i sprawozdawca parlamentarny, który w podwórzu przy Nalewkach pod numerem 37 spędził lata dzieciństwa choć jego pozycja społeczna różniła się od większości sąsiadów. Siedmioosobowa rodzina była uprzywilejowana – zajęli trzy pokoje z kuchnią. Większość lokatorów musiała zadowolić się jedną izbą.

Jako dziecko i młodzieniec, Bernard trzymany jest w mieszkaniu pod okiem matki – rodzicielka lęka się, że mieszając się z chłopakami na dziedzińcu kamienicy i ulicy, jej syn ulegnie zepsuciu. Koledzy z podwórka dają mu w kość – na framudze mieszkania Singerów nie ma mezuzy – zwiniętego w rulonik pergaminu z fragmentami Tory. Na Nalewkach wszyscy – postępowcy i ortodoksi, syjoniści i lewicowcy, muszą się nawzajem tolerować, bo to przestrzeń, gdzie wszystko dzieje się na widoku. Nie jest to łatwe zadanie – od sporów wrze, dochodzi do szarpaniny i bijatyk.

“Rodzice Singera pobożni nie byli, więc koledzy z podwórka przekonywali go, że w jego domu na pewno hulają czarty, złe duchy i wilkołaki.” – czytamy komentarz varsavianisty Jerzego S. Majewskiego w nie-przewodniku po “Żydowskim Muranowie i okolicach”. Na okładce książki wydawca – Agora S.A. – umieścił fotografię Nalewek 20 autorstwa Vishniaka. Co ciekawe, nie została ona opatrzona żadnym opisem.

***

Vishniac, urodzony pod Petersburgiem, wychowany w Moskwie obywatel Berlina, jest obyty z częścią świata, do której należy najbardziej ruchliwa arteria Dzielnicy Północnej. Myśląc w kategoriach geopolitycznych, odwiedzając Polskę, cofa się na wschód – opuszcza coraz trudniejszy do życia Berlin, w którym systematycznie wyklucza się Żydów z uczestnictwa w życiu społecznym i udaje do sąsiedniego państwa również targanego niepokojami ekonomicznymi i społecznymi, podzielonego na frakcje i cierpiącego na nacjonalizm. Ujmując te wyprawy biograficznie, młody, zasymilowany i kosmopolityczny Żyd, wraca do rzeczywistości częściowo sobie znanej, diaspory rzuconej w słowiański żywioł. Fotoreporter, zgodnie z naturą zlecenia, krąży. Mukaczewo, Przeworsk, karpackie wsie i miasteczka, Zbąszyń. Bratysława. I wiele ujęć podpisanych “Warszawa”. Nie wiemy, czy jeździ pociągiem, czy samochodem, gdzie nocuje. Co go pociąga w Warszawie? Na jak długo tu zostaje i dokąd chadza?

Czy czuje się tu swobodnie? Trochę jak w rodzinnej Moskwie i adaptowanym na ojczyznę – Berlinie? A może wręcz odwrotnie – realia życia, które relacjonuje przygniatają i jego samego?

Tytułów fotografii brak, są tylko kategorie i pomysły nazw, zapewne nadane przez badaczy i kuratorów: odkryty bazar, wyczerpany tragarz, człowiek ciągnący kozę. Kiedy Joint zleca Vishniacowi fotoreportaż, ten od piętanstu lat jest już w Niemczech. W Berlinie osiada w 1920 r. wraz z żoną Lutą Bagg, poślubioną – dla litewskiego paszportu – w Wilnie, synem Wolfem i córką Marą. Po śmierci fotografa to właśnie Mara będzie źródłem wiedzy o osobowości ojca i stylu życia, jaki rodzina wiodła w najpierw liberalnych, obiecujących swobody i bezpieczeństwo, a potem przejętych przez faszystów Niemczech.

Vishniac ma na berlińskim Wilmersdorfie miękkie lądowanie. Rodzice, Salomonowiczowie przewidując w porę drastyczne następstwa rewolucji bolszewickiej, ratują się ucieczką. Syn ma dołączyć po ukończeniu studiów w Moskwie – uczy się jednocześnie na dwóch kierunkach, zoologii i biologii, ale na żadnym nie uzyskuje dyplomu. Aby móc wyjechać, Roman Salomonowicz musi opuścić szeregi rosyjskiej armii. Na emigracji żyją w dostatku, zdołali zgromadzić majątek prowadząc stabilne interesy.

W nowym miejscu zamieszkania rodzice moszczą synowi posadę: ma poprowadzić założoną przez nich z wraz z niemieckim przemysłowcem firmę Excelsior Wagen & Schreibmaschinen. Galopująca inflacja lat 20. i dewaluacja marki niemieckiej działa na korzyść tych, którzy zgromadzili kapitał w innych walutach.

Wiedzie im się dobrze do tego stopnia, że Roman – mieszczański syn, odmawia prowadzenia biznesu, a tolerancyjni wobec jego artystycznych pasji rodzice nie nakładają na niego żadnych sankcji. Młoda para rychło wchodzi posiadanie nieruchomości przy Pariestestrasse 18 mieszczącej się na styku dwóch mieszczańskich dzielnic późniejszego Berlina Zachodniego – Wilmersdorfu i Charlottenburga.

Dwudziestoparolatek z łatwością światowca wtapia się w zdominowaną przez zamożnych Żydów ze wschodu dzielnicę, nazywaną czasem ironicznie, z uwagi na nadreprezentację rosyjskich imigrantów, “Charlottengradem.” Berlin Republiki Weimarskiej – miejsce przecięcia się wpływów obu Europ, inkubator postępowych nurtów społecznych i artystycznych awangard, pociąga międzynarodowym fermentem, wolnościowymi ideami i, póki co, możliwością wolnej edukacji. Rezygnacja z kariery biznesowej zostawia Romanowi Vishniacovi czas na eksplorowanie własnych talentów, doskonalenie rzemiosła, przyłączenie się do klubów, stowarzyszeń i organizacji.

Przydatne okazują się kompetencje wyniesione ze studiów biologicznych i zoologicznych, takie jak posługiwanie się mikroskopem.

Vishniac, mimo wysokiego statusu społecznego, a może właśnie poprzez owo zaplecze rodzinne, długo zachowywał status amatora. Być może nie chciał nie rzucać się na głęboką wodę dziennikarskich czy komercyjnych zleceń, wolał w swobodnym trybie eksperymentować, korzystając z w pełni wyposażonego domowego laboratorium.

Udziela się w klubach, wgłębia się w język modernizmu, ma talent do intrygujących kadrów wyłapujących dynamikę lub humor prozaicznych sytuacji miejskiego życia. Podczas swobodnych włóczęg powstają obyczajowe cykle zachwycające klarownością spojrzenia, nienachalnym potencjałem metafory. Wraz z pogarszaniem się sytuacji imigrantów żydowskich i niemieckich Żydów, udział w stowarzyszeniach niemieckich zostaje ograniczony, a z czasem zakazany. Żydzi tworzą własne kluby, wspierają w rozwoju amatorskim i profesjonalnym.

Początkujący fotograf wybiera tematy z dużą swobodą, podążając za instynktem, chwyta codzienne sceny życia metropolii: krnąbrnego psa wyprowadzanego przez szykowną właścicielkę, zacienione pasaże przecinane przez dalekie postaci, prace naprawcze przy instalacjach kanalizacyjnych, parter usług eleganckiej ulicy. W jego obrazach wyczuć można pewne rozluźnienie, niespieszność. Ów brak natychmiast namierzalnego centrum, tematu czy pulsu, prowokuje pytanie, jakie narzuca kadr z „Nalewek”: gdzie usytuował się autor? Tym bardziej, że w przypadku „Podwórza pod numerem 20”, obok ujęcia z szyldami, powstał inny obraz, pokrewny – postaci stojące na balkonach w pełnym słońcu. Grupa roześmianych kobiet na najwyższym piętrze, mężczyzna wychylony przez balustradę jakby kogoś na dole nawoływał. Patrzą w dół, może komentują sytuację na pasażu albo wołają swoich współpracowników by dołączali? Może trwa przedstawienie albo ktoś wygłasza zaangażowaną mowę? Po lewej rządy otwartych na oścież okien. I światło, które generuje ostre, geometryczne cienie na elewacji.

***

W dziedzińcu przy Nalewkach 20 szyldów jest więcej, niż dałoby się ogarnąć jednym spojrzeniem. Dziś powiedzielibyśmy: oto prawdziwe zagłębie drobnej inicjatywy. To trzeba sobie dopowiedzieć, bo wnętrz zakładów kuśnierskich, krawieckich, bieliźnianych, składzików spożywczych i wszelkich innych nie widzimy – są otwarte okna, z których niemal wydobywa się stukot narzędzi, naglące głosy rzemieślników i klientów, utyskiwania na młodszych pracowników.

Vishniac, choć w Warszawie obcy, musi przynajmniej powierzchownie rozumieć napisy na szyldach, których grafika tak go urzeka. Jednym z jego języków rodzinnych jest rosyjski. Według relacji bliskich, niemieckim posługiwał się płynnie; w tej mowie zwracał się do dzieci, czy z wygody, czy w trosce o ich asymilację – nie wiemy.

Szyldy przy Nalewkach – tak często reprodukowane, że wydają się znajome i bliskie, grają w ujęciu wiele ról naraz.

Zwieszone z wysoka prostokątne tablice o różnej powierzchni tną kadr. Ustalają obszar działań ludzkich i gry materii nieożywionej. Ten świat małych biznesów powstaje i ginie na oczach mieszkańców i przybyszów dzielnicy. Czasy są niepewne, utrzymać się niełatwo, trzeba próbować w wielu branżach naraz.

Pnąc się wzrokiem wyżej, podążamy za rytmiczną elewacją oficyny – z wszystkimi oknami jakby na zawołanie otwartymi na oścież. Dzień jest ciepły, chwilami upalny, nawet jeśli to nie środek lata. Nad ramami okien – pocięte sterczącymi, chropowatymi kominami – niebo bez chmur.

Ta geometria należy wyłącznie do architektury. Na dole jest tumult i niepewność kierunków. Brak prostych, bo kto w tłumie może trzymać się jednej linii i z niej nie zbaczać? Zwłaszcza, jeśli wszystko wokół krzyczy?

I – dlaczego jest tu aż tak tłoczno?

Dziedziniec przy Nalewkach 20 jest miejscem tranzytu par excellence – prowadzi do jeszcze bardziej ruchliwego bazaru przy Wałowej. W latach trzydziestych to już nie plac pod handel, ale kompleks z prawdziwego zdarzenia -ze straganami skonstruowanymi z drewna, halami i różnorodną ofertą.

Na “Wołówce”, położonej w kwartale między ulicami Świętojerską, Wałową i Franciszkańską, w XIX wieku handlowano przede wszystkim starą odzieżą. Po 1894 r., kiedy bazar przesunięto na Plac Broni przy Dzikiej i Pokornej, na jego terenie stanęły drewniane stragany i hale. Od tej pory na Wołówce sprzedawało się i kupowało niskiej jakości, tandetne wyroby i – jak wcześniej – rzeczy używane.

Mimo mizernej oferty, a może właśnie w nadziei na łup lub szybką, niskogotówkową transakcję, ciągnie tam niejednorodny tłum. To właśnie ten przepływ, amorficzny, bezustanny marsz o trudnych do wychwycenia na pierwszy rzut oka regułach tak fascynuje wielkomiejskiego flaneura. A szyldy? Też do tego obrazu ludzkiego „dziania się”.

Wyjaśnienie ich fantazyjnej stylistyki (a zarazem tajemnicy) daje Zbigniew Pakalski, architekt-badacz, autor unikatowej powojennej monografii Nalewek, która jest też rodzajem epitafium.

Pakalski przenika funkcję zbyt dużych na oko szyldów, fantazyjność rysunków, które tak zafrapowały Vishniaca, że uczynił z nich ornament. To, że są dwujęzyczne, łatwo pojąć – oko polskiego klienta mogło być z hebrajskim alfabetem oswojone, ale to nie znaczy, że słowo było zrozumiałe.

A rysunki? Te powstawały z myślą o niepiśmiennych – według spisów, jeszcze w 1931 ponad 23% obywateli RP było analfabetami. Pakalski uprzedza też nasz impuls, żeby stworzyć ewidencję usług, sklepów i zakładów rzemieślniczych w dziedzińcu pod numerem 20. Na podstawie wpisów odtwarza, że działały tu: wytwórnia trykotaży H. Borensztajna, sklep galanterii i nici , pracownia konfekcji damskiej Tadeusza Chwata, skład skór Cytryna Bluma, wytwórnia bielizny J. Frydmana “Fryda”, pracownia fartuchów Sz. Grzędy, sklep koronek i wstążek Józefa Hatza, fabryka wyrobów podróżniczych C. Henigmana, sprzedaż trykotaży Ajzyka Lechtusa, wytwórnia płaszczy impregnowanych i kurtek skórzanych Henryka Lewkowicza,sprzedaż nici i towarów galanteryjnych Maura Pinkusa, sprzedaż pończoch Mindelsona Moszka, sklep wyrobów szmuklerskich i tiulu I.A. Muhlszteina, sprzedaż galanterii Chaima Rotenszteina, sprzedaż wyrobów skórzanych i galanteryjnych Sucheckiej (lub Sucheckiego), skład wyrobów srebrnych i platerów (czyli sztućców) I. Szekmana, towary galanteryjne Jakuba Kritza Szteina, sklep galanteryjny D. Sztendera (D. Sztender ?), skład przędzy i bawełny Lejba Wajcbluma, sprzedaż guzików i galanterii Motela Wajnberga, sklep koronek, wstążek i przyborów do gorsetów N. Żurkowskiej.

Lokale mieszkaniowe należały do Symchy Bera Przepiórki i Józefa Engelsberga.

Tradycja wielu biznesów zainstalowanych w kamienicy pod adresem 20, zanim kwartał osiągnął tę oszałamiającą gęstość, sięga kilku dekad. W sześćdziesiąt lat przed reportażem Romana Vishniaca, w “wielkiej klasycystycznej kamienicy” działały m.in. magazyny okryć damskich i ubiorów dziecięcych, warsztaty jubilerskie Fundgolda i Jakobskinda, skład win Nusyna Kujalnika, zakład szewski i zegarmistrzowski. Szynk Tenebauma sąsiadował z domem modlitwy Mośka Stückgolda. “Jeszcze w roku 1822 ogromny apartament w tej okazałej kamienicy miał jej właściciel i budowniczy Aleksander Groffe (de Groffe)” – pisze Jerzy S. Majewski.

Po pół wieku “z elegancji pozostała jedynie fasada, a dom od parteru po poddasze zamieszkiwali: rymarz, kilku handlarzy ulicznych, rękawicznik francuski, krawiec męski, po dwóch krawców damskich, stolarzy, jubilerów i kapeluszników, szczotkarz, czapnik, parasolnik, komornik, pisarz prywatny, kilku czeladników krawieckich i kupców”. Majewski odnotowuje też, że “Żaden z owych rzemieślników nie należał do warszawskich cechów, które zazdrośnie strzegły swych przywilejów”.

Pakalski relacjonuje, że całe Nalewki “są w dużej mierze są rewirem usług konfekcyjnych. Od przędzy, poprzez tkaniny – bawełnę, wełnę, trykotaże, po wyroby gotowe, później, w toku rozwoju mody nazywane “prêt-à-porter”, te dla kobiet i te dla mężczyzn.

Ale konfekcja nie ma monopolu – ulokowały się tu również filie dużych firm, takich jak obuwnicza Bata, Fuchs (Fabryka Czekolady Franciszek Fuchs i Synowie, założony w Nowym Jorku w 1851 Singer, Norblin (Towarzystwo Akcyjne Fabryk Metalowych Norblin Bracia Buch i Werner), czy istniejące od 1920 Polskie Biuro Podróży o lwowskich korzeniach – Orbis.

Te prestiżowe oddziały prosperujących przedsiębiorstw znajdowały się po wschodniej stronie Nalewek. Część – w istniejącym od 1903 przestronnym, wieloskrzydłowym Pasażu Simonsa, inne, takie jak jeden z salonów niemal stuletniej fabryki wyrobów platerowanych Fraget czy sklep firmy czekoladowej Plutos, ulokowane w kamienicach w pierzei.

***

Chaos i bylejakość opisywane przez Jerzego S. Majewskiego to efekt gwałtownych zmian demograficznych, przez które przechodzi Warszawa, najpierw jako peryferyjne miasto Imperium Rosyjskiego, potem – stolica odbudowującego się państwa. Kiedy miasto rozrasta się w sposób niekontrolowany – a dotyczyło to wszystkich ośrodków przechodzących napływ ludności wiejskiej i małomiasteczkowej poszukującej pracy i liczącej na wyrwanie z biedy – do akcji wkraczają spekulanci i inwestorzy nastawieni na szybki zarobek. Naprędce stawia się czynszówki, w których lokale reprezentują często karygodnie niski standard. Przy Nalewkach nowe domy wyrastały w podwórkach, w poprzecznym porządku wobec istniejących, generując chaos, lub, jak kto woli – wciągający labirynt. Tak wyglądają już pod koniec XIX wieku; jeszcze niecałe stulecie wcześniej są rewirem klasycystycznych kamienic tak okazałych, że “sprawiały wrażenie pałaców z kolumnowymi portykami”. W tych dekadach Żydzi wybierają położone nieopodal Franciszkańską i Nowiniarską. Ale w latach 50. XIX stanowią tu już większość – od 1852 działa synagoga, kazania wygłaszane są po polsku.

Żeby wyobrazić sobie Nalewki po których chadzał ze swoją Leiką podróżujący na zlecenie Jointu Vishniac, możemy przywołać ulice takie jak łódzka Piotrkowska, warszawski Nowy Świat i Krakowskie Przedmieście i dodać do tego obraz wielkiego, chaotycznego targowiska, który rusza już o świcie.

Pakalskiemu ten żywioł spraw ludzkich i chasydzkich walk o rządy dusz, a później – politycznej agitacji, przywodził na myśl stambulski Wielki Bazar.

Fascynuje go przemieszanie porządków sacrum i profanów: składy bielizny sąsiadują z drukarniami ksiąg świętych, Już w 1881 “Przewodnik po Warszawie” donosił, że “znajduje się tu wszystko”.

Pachnie kapustą, końskim łajnem, mydlinami, kiszonkami, octem, śledziami, po które jeździ się z innych, „gojskich” dzielnic.

Ale też – cytrusami przywożonymi z jeszcze palestyńskiej Jafy.

***

Obszedł podwórze, badając kąt padania światła, ustalił najlepszą perspektywę, przystanął i nacisnął spust? Zanim to zrobił, wziął głęboki oddech, przesunął wzrokiem po sylwetkach, twarzach, fakturach płaszczy i marynarek, czekając na moment właściwej kompozycji? Albo inaczej: stał na klatce schodowej domu zamykającego pasaż, oparty o mur, żeby łatwiej złapać stabilność i zdał sobie sprawę, że ma przed oczami scenę doskonałą, że grzechem byłoby nie skorzystać?

Wreszcie – możliwość nie do przeoczenia – Roman Vishniac był klientem jednego z kilkudziesięciu operujących tu niewielkich zakładów, konfekcji czy galanterii. Coś naprawiał, kupował, krążył za sprawunkami, palił papierosa, chciał odsapnąć.

Nie wszyscy tu spieszą na bazar, gdzie handluje się starzyzną i tandetą. “Pasaż łączący Nalewki i Wałową” to dokument inny od większości prac realizowanych na zamówienie Jointu w Polsce lat 30.
Więcej tu rozleniwienia. Mniej inscenizacji. Mniej dramaturgii. Nalewki, Dzielnica Żydowska, dzielnica warszawska, wreszcie – Warszawa po prostu, pokazane tu zostają z tym samym neutralnym zaciekawieniem, co ulice i place Berlina.
Tworzy je nie Vishniac reportażysta nędzy, ale fascynat form architektury małej i dużej, miejskiej dynamiki, uważny obserwator wnikania ludzkich spraw w miejską tkankę.

***

O tym, że Nalewki to nie tylko popularny rewir handlowo-usługowy, ale także istotna dla stołecznego ruchu dzielnica tranzytowa, świadczy liczba elektrycznych linii tramwajowych, biegnących wzdłuż buzującej jak ul ulicy – w 1908 jest ich aż osiem, wcześniej tylko te konne. Mają przypisane kolory, a nie numery. Ale choć jest ich tak wiele, trudno wepchnąć się do wagonu. I o tym donoszą relacje reporterów i prozaików – kto wydostał się z tramwajowego składu na ulicę, łapał oddech świeżego powietrza, jakby wyrwał się śmierci.

Ograniczenia w możliwości korzystania z transportu publicznego były jednymi z pierwszych wymierzonych w ludność żydowską jeszcze w 1939 r – początkowo mieli pozwolenie na jazdę w wagonach doczepnych. Przez krótki okres po Warszawie jeździ tramwaj „Nur für Juden”.

Niedługo, bo od końca września do listopada. Po utworzeniu getta, z trzech linii dla Żydów pozostaje jedna – z tarczą z niebiesko-białą gwiazdą Dawida zamiast numeru. Te opatrzone cyframi nie zatrzymują się na przystankach żydowskiego miasta – obowiązuje zasada tranzytu, strzegą jej tzw. “piloci”. “Aryjczykom” nie wolno tu z wagonów wysiadać.

Z tych okrutnych czasów zachowało się zdjęcie dokumentujące realia – niespokojny tłum u zbiegu Nalewek z Franciszkańską przepuszcza Czternastkę zarezerwowaną dla “nie-Żydów”.

Linia “bez numeru” rozpoczyna i kończy bieg na Placu Muranowskim, w który od strony północnej wpadają Nalewki.

Rusza w kierunku północnym i pokonuje Muranowską, Zamenhofa, Gęsią, Nowolipie, Żelazną, Leszno, Karmelicką, Dzielną, dalej przez Zamenhofa i drugi odcinek Gęsiej, aby potem przez Nalewki wrócić na najważniejszy plac Dzielnicy Północnej.

Kiedy wczesnym rankiem 19 kwietnia 1943 bramą od Świętojerskiej na teren getta wchodzą kolumny Niemców, Łotyszy i Ukraińców z rozkazem stopniowego niszczenia terenu getta, od dziewięciu miesięcy tramwaj już nie kursuje. Został zawieszony w sierpniu 1942, w połowie Wielkiej Akcji. Po stłumieniu powstania w getcie, zabudowa Nalewek zostaje systematycznie niszczona.

Zostanie tylko niewielki fragment odbudowanego po wojnie Arsenału.

Mało kto wie, że w gmachu działała przez niespełna dekadę otwarta w 1928 sala synagogalna dla żydowskich więźniów karnych.

Roman Vishniac zmarł w 1990 roku w Nowym Jorku. Jego fotografie były prezentowane na wystawie w Muzeum POLIN w 2015 roku – gdyby świat, który fotografował jakkolwiek się zachował, po wyjściu z wystawy, na Plac Muranowski, w który wpadały Nalewki i skąd jechało się tramwajami we wszystkie strony miasta, szło by się kilka minut nawet bez pośpiechu.

* Lidia Pańków – dziennikarka, redaktorka, publicystka, autorka książek. Zajmuje się kulturą wizualną i zagadnieniami przestrzeni – jej wpływu na tożsamość indywidualną i zbiorową, dynamiką h relacji budynków, miejsc i użytkowników.
Publikowała w Dwutygodnik.com, Znaku, Herito, Wysokich Obcasach, Szumie.

Pracuje nad zbiorem reportaży i esejów o próbach przywracania pamięci i odbudowy wielokulturowej tożsamości żydowsko-polskiego miasta uzdrowiskowego Otwock.

Esej powstał w ramach cyklu „Obiektywnie, osobiście” dzięki stypendium dla twórców miasta stołecznego Warszawy, edycja 2019

Najlepszy komentarz z okazji 10-lecia Okna na Warszawę

Najlepszy komentarz z okazji 10-lecia Okna na Warszawę

Najlepszy komentarz z okazji 10-lecia Okna na Warszawę

Z okazji 10-lecia Okna na Warszawę zorganizowaliśmy konkurs w naszych socjalmediach. Pytaliśmy, za co Czytelnicy lubią Okno na Warszawę. Odpowiedzi było dużo i wszystkie były dla nas bardzo miłe, ale najbardziej zdobył serce komentarz Rafała Wójcika „Za łagodność przekazu, który nie polaryzuje”.

Tacy właśnie chcieliśmy i chcemy być, bo nie lubimy podziałów i konfliktów. Od 10 lat staramy się szanować naszych Czytelników i, jak zauważyliśmy, działa to również w odwrotną stronę. Fajnie. Miło. Dziękujemy Wam za to. Dziękujemy Rafale i gratulujemy nagród! Bądźcie dalej z nami!

10 lat Okna na Warszawę
10 warsawianistycznych prezentów na święta 2021

10 warsawianistycznych prezentów na święta 2021

10 warsawianistycznych prezentów na święta 2021

Tradycyjnie już wyszukaliśmy dla Was 10 propozycji prezentów świątecznych, które ucieszą każdego miłośnika Warszawy. Zapraszamy do zapoznania się z poniższymi pozycjami.

1. Wilanowskie perfumy

Essentia Regia Woda Perfumowana to zapach firmowany przez Muzeum Pałacu Króla Jana III w Wilanowie, odtworzony na podstawie oryginalnej receptury z 1706 r. Piżmo i ambra łączą się w niej z kwiatowymi olejkami w trwałą i powabną kompozycję. Poczuj się jak prawdziwa królowa!

Cena: 30 zł. Do kupienia tutaj.

2. Miniatura staromiejskiej kamienicy

Za stosunkowo niewielkie pieniądze można zostać właścicielem kamienicy! A nawet Zamku Królewskiego lub całego staromiejskiego rynku. A jak się pospieszycie z zamówieniem, to zdążycie zamówić wersję z zawieszką na choinkę. Polecamy, od Studia Miniatur.

Cena: od 35 zł. Zamówić można tutaj.

3. Stolik w kształcie Warszawy

Rzecz nie jest może tania, ale za to efektowna. Kawę po warszawsku na pewno miło wypić przy takim stoliku.

Cena: 900 zł. Do kupienia tutaj.

Sgraffita staromiejskie - podstawki korkowe

4. Podstawki „Sgraffita staromiejskie”

A filiżankę z kawą najlepiej postawić na podstawce z wzorem z elewacji staromiejskiej kamienicy. W opakowaniu 6 sztuk, każda inna!

Cena: 45 zł. Do kupienia tutaj.

5. Kawa „Mieszanka Warszawska”

Skoro pijemy kawę, to tylko warszawską.

Cena: 19,99 zł. Do kupienia tutaj.

6. Złoty naszyjnik z Warszawą

Złoty naszyjnik łańcuszkowy zdobiony zawieszką w kształcie miasta Warszawa, wykonanyze srebra 925 powlekanego 24 karatowym żółtym złotem. Długość łańcuszka ok 44 cm.

Cena: 97,30 zł. Do kupienia tutaj.

7. Praski plakat

Plakat autorstwa Ryszarda Kai o wymiarach 98×68 cm.

Cena: 200 zł. Do kupienia tutaj.

8. Zamkowe skarpety

Cóż to byłyby za Święta bez skarpetek pod choinką. Na przykład takich – z Zamkiem Królewskim.

Cena: 29 zł. Do kupienia tutaj.

9. „Wszystko składane” – czyli fotorelacja z przedmieść

Album fotograficzny Macieja Rawluka „Wszystko składane. Rower, aparat i przedmieścia” to zapis rowerowych wypraw na obrzeża Warszawy, które są… cóż – może niezbyt reprezentacyjne, ale za to bardzo dużo mówią o nas samych i o realiach, w których żyjemy.

Cena: 50 zł. Do kupienia tutaj.

10. Kalendarz Warszawski z fasonem

Wydany przez Muzeum Warszawy kalendarz inspirowany jest warszawską modą, zawiera zdjęcia strojów (ubrań i dodatków), które można obejrzeć na wystawie stałej w muzeum. Format: 14×21 cm.

Cena: 27 zł. Do kupienia tutaj.

Opracowanie: Magda Liwosz, Jarek Zuzga

Pamiątka przemysłowo-kolejowej Woli

Pamiątka przemysłowo-kolejowej Woli

Warszawa zaskakuje. Potrafi na przykład samoistnie tworzyć pomniki. Jak tu, na Woli, na tyłach Warsaw Hub, na zachodnim krańcu ulicy Siennej.
Kiedyś to była dzielnica przemysłowa, wiadomo, ale śladów tej przeszłości coraz mniej. Było w tym miejscu pełno kolejowych bocznic, z których też niewiele zostało. Ale jeden artefakt przetrwał, bo… efektownie wchłonęło go drzewo.
To mechanizm pędni od szlabanu, pozostałość po kolejowych bocznicach zakładów Waryńskiego. Tak jakby miejsce to wołało: pamiętajcie o mojej przeszłości!