Beacie Chomątowskiej udała się rzecz niesamowita. Napisała książkę, po której zacząłem lubić Pałac Kultury.
Bo – czas się przyznać – nie lubiłem go nigdy. Dzieckiem będąc, w latach 80. XX wieku, zatem jeszcze za PRLu, chadzałem do PKINu na zajęcia z modelarstwa. Lubiłem je, ale niestety z tamtych dni zapamiętałem dwie rzeczy: to, jak bardzo smutne, przytłaczające wydawały mi się wnętrza Pałacu, jaki byłem wobec nich mały i nieistotny. O to zresztą chyba chodziło projektantom budynku, to w końcu miał być obiekt dla bliżej niezdefiniowanego doskonałego społeczeństwa socjalistycznego. Ja z moim wrodzonym przekonaniem, że przede wszystkim liczy się jednostka, czułem się tam źle.
Drugą rzeczą, jaką zapamiętałem, był fakt skreślenia mnie z listy uczestników zajęć, bo nie poszedłem na pierwszomajowy pochód – nie miałem odpowiedniego stempelka w legitymacji. Nie był ten Peerel taki fajny, prawda?
Pałac był dla mnie zawsze „nieludzki”, przytłaczała mnie jego skala
Potem, gdy komuna padła, a ja dorosłem do licealnego wieku, pod Pałacem bywałem często. Głównie po to, by w otaczających go stalowych szczękach kupować koszulki z nazwami zespołów metalowych, bo tylko tam były dostępne w dużym wyborze. Pamiętam stoiska z mięsem o – delikatnie mówiąc – wyrazistym zapachu i wąsatych typów w skórzanych kurtkach, którzy niby nic nie sprzedawali, ale co jakiś czas pokątnie wymieniali grubszą gotówkę z typami o podobnej aparycji. Okradziono mnie tam kilka razy, raz napadnięto. Obraz Pałacu, który i tak miałem kiepski, pogarszał się.
Gdzieś w tzw. międzyczasie zaczęła się u mnie fascynacja Warszawą, co tylko spowodowało zwiększenie niechęci, jaką żywiłem do nieszczęsnego daru Stalina. Przyznaję, że gdy pierwszy raz zobaczyłem przedwojenne zdjęcia ul. Złotej czy Siennej – nie wierzyłem, że to wszystko było tu, gdzie dziś rozpanoszył się Pałac ze swoimi bazarowymi przyległościami. Szybko w mojej głowie powstał – przyznaję, wyidealizowany – obraz pięknego bogatego miasta, o zwartej zabudowie godnej Paryża czy Wiednia, które musiało ustąpić najpierw niemieckim bombom, potem Pałacowi.
No nie mogłem polubić tego Pałacu. Niemoc kolejnych władz miasta w kwestii zabudowy terenu wokół, przekonywała mnie tylko, że tam się po prostu nie da nic wybudować. Klątwa jakaś, czy inne licho. Tak już tu będzie po wieki – megalomański PKiN otoczony szeroką fosą wiecznej prowizorki w postaci parkingów, trawników, budek i parkingów.
Ale wróćmy do książki. Normalnie bym pewnie nie wziął się za czytanie pałacowej biografii, gdyby nie nazwisko Beaty Chomątowskiej, której felietony w Gazecie.pl czytuję i cenię.
Książka „Pałac. Biografia intymna” wciąga. Po przeczytaniu kilku zdań ciężko się od niej oderwać, jakby to był dobry kryminał, a nie monografia poświęcona budynkowi. Autorka używa krótkich zdań, reporterskiej narracji, całość okrasza trafnymi spostrzeżeniami. To fascynujące, że można pisać o historii budynku tak, że czytelnik utrzymany jest w napięciu i niepewności – a co się wydarzy dalej?
Zanim w ogóle na dobre zacznie się o samym Pałacu, jest sporo o tym, co się działo przed jego powstaniem. Jak kwitło życie w kwartałach ulic zmiecionych z powierzchni Warszawy najpierw przez wojnę, potem przez Biuro Odbudowy Stolicy. Podróżujemy z Warszawy do Moskwy, i z powrotem, razem z planistami, architektami i oczywiście – politykami. Dowiadujemy się dlaczego postanowiono uszczęśliwić nas Pałacem, jak szukano dla niego lokalizacji, jak pomysłowo określono jego wysokość, jak pierwotnie miał wyglądać, i wreszcie – jaką funkcję miał pełnić (bo to też się zmieniało).
Żeby nie zdradzać za wiele szczegółów – jest to książka o Pałacu pisana przez pryzmat historii ludzi z nim związanych. Ludzi zwykłych, ale fascynujących. Nietuzinkowych. Takich, których mijamy codziennie na ulicy, i których nie da się opisać jednym słowem. Wszyscy są „pałacowymi satelitami”, każdy z nich bliżej lub dalej krąży(ł) wokół epicentrum w postaci lustrzanej iglicy Pałacu. Architekci i budowlańcy. Dyrektorzy i sprzątaczki. Wielcy politycy i zwykli księgowi, którzy – jak się potem okazuje – mają swoje mroczne tajemnice. Warszawiacy i przyjezdni. Zwierzęta, a nawet duchy (tak, tak, w Pałacu straszyło, są świadkowie!).
Jak wspomniałem na początku – książka tak na mnie wpłynęła, że po raz pierwszy spojrzałem na Pałac z sympatią. Ile ludzkich historii krąży po tych kamiennych korytarzach? Dla ilu Pałac stał się całym życiem? Kto przez pałac stracił życie, a kto znalazł miłość? Ile kotów biega po mrocznych piwnicach sobie tylko znanymi ścieżkami? Mnie takie historie bardziej ruszają, niż opowieści o architekturze, stylach, wpływach i inspiracjach. Jakiś taki ludzki wydał mi się Pałac – pierwszy raz w życiu. Za to Autorce dziękuję, a wszystkich zachęcam do przeczytania tej niezwykle ciekawej i wydanej ze smakiem książki.
Beata Chomątowska, Pałac. Biografia intymna, Wydawnictwo Znak, Kraków 2015
Tekst i zdjęcia: Jarek Zuzga
Patelnia. Zwierciadło stolicy. Można tu spotkać każdy typ warszawiaka. Biznesmeni pod krawatem przemykają z komórkami w ręku pomiędzy bezdomnymi. Młodzież umawia się na spotkania. Drobni handlarze kryją się przed strażnikami miejskimi. Uliczny grajek w kowbojskim kapeluszu śpiewa „Mój koń, mój koń – nie mieści mi się w dłoń”, przechodnie śmieją się, przyklaskują. Pod ścianą młodociani z wyglądu policjanci spode łbów obserwują teren. Akwizytorzy kręcą się z plikami ulotek. Zbieracze podpisów pod różnymi społecznymi inicjatywami walczą między sobą o najlepsze miejsca, polityczni przeciwnicy wrogo na siebie spoglądają. Przy schodach stoją panowie z wąsem i w skórzanych kurtkach, którzy nie-wiadomo-co-robią. Rozglądają się. Turyści w drodze na dworzec z trudem wciągają walizki po betonowych schodach. Na ścianach niby-mural, ale tak naprawdę to reklama. Wejście na antresolę metra obwieszone plastikowymi szyldami jak świąteczna choinka bombkami. Okoliczne krzaki całe w fekaliach, butelkach po wódce i śmieciach. Z pobliskiego przejścia podziemnego wieje fast-foodem. Nad wszystkim góruje strzelisty dar Narodu Radzieckiego. Nasze małe centrum Warszawy.
Z roku na rok coraz smutniej mi się robi w dniu rocznicy wybuchu powstania warszawskiego. Nie dlatego, że jakoś głębiej to wszystko przeżywam.Też nie dlatego, że coraz więcej wiem o tragediach, które wówczas się wydarzyły.Powodem jest to, że coraz trudniej mi identyfikować się ze sposobem, w jaki to święto jest obchodzone.
Pamiętam, jeszcze kilka lat temu, gdy o godz. 17.00 wyły syreny, zatrzymywałem się na chwilę w miejscu, w którym akurat byłem. Zwykle w drodze z pracy do domu. Osoby w pobliżu robiły to samo, albo i nie. Niektóre samochody zatrzymywały się. Była chwila wewnętrznej ciszy, refleksji, każdy sobie to po swojemu przeżywał. Ja wyobrażałem sobie, co czuli ludzie, dla których dźwięk syren w mieście oznaczał zbliżający się nalot bombowców. I myślałem, że dziś przecież w wielu miejscach na świecie ludzie nadal drżą w obliczu tego dźwięku. Czułem przez chwilę ten strach, przechodził mnie dreszcz – że np. nie wrócę dziś szczęśliwie do domu, tylko będę musiał chronić się w jakiejś najbliższej piwnicy, że może nie zobaczę już bliskich, choć rano normalnie wstałem do roboty. Dziś mam telefon w kieszeni, mógłbym zadzwonić, uprzedzić, że coś się złego dzieje, ostrzec innych. A wtedy? Nikt nie mógł nic przekazać. Wyszedł i nie wrócił. I nigdy go już nie zobaczyli. Gdy w 2013 roku pisałem książkę „Wola. Ludzie i historie”, rozmawiałem z wieloma świadkami tamtych dni, głównie cywilami. Z tych rozmów najbardziej zapamiętałem strach. Oni się bali. Okrutnie. Aż prosili żołnierzy – nie róbcie tego powstania, przecież wszystkich nas pozabijają. I tak się stało. Wojna jest straszna, nie ma w niej żadnego piękna.
Takie myśli kumulowały się we mnie w tę symboliczną godzinę.
Przeżywałem to, i stąd też brał się mój szacunek do ludzi, których los skazał na takie doświadczenia. To też powodowało, że nigdy nie rozważałem, czy powstanie było słuszne, czy nie – ono po prostu się wydarzyło i tylko to możemy brać dziś pod uwagę.
W ostatnich latach okazało się jednak, że w godzinę „W” wypada (a nawet trzeba) być w pewnych miejscach – na rondzie Dmowskiego, pod pomnikiem powstania. Na facebooku mnożą się posty typu „ja dziś jestem na rondzie obowiązkowo z całą rodziną”. Czuję presję – jeśli mnie tam nie będzie, to znaczy, że nie przeżywam, nie szanuję, nie jestem prawdziwym warszawiakiem. Nad wspomnianym rondem krążą już helikoptery TVN-u – musi być przecież relacja na żywo.
Nawet bym poszedł na to nieszczęsne rondo, bo nie mam nic przeciw zbiorowemu obchodzeniu uroczystości, ale… no właśnie. Coś się stało z tamtą ciszą, którą pamiętam jeszcze sprzed kilku lat. Nie jest tak, że ludzie zamierają w ciszy, przerwanej wyłącznie złowrogim dźwiękiem syren.
Słychać za to krzyki, płoną race i wybuchają petardy. „Cześć-i-chwała! Bo-ha-terom!” brzmi jak stadionowy wrzask. Flagi, niektóre z symbolami nazistowskimi (!). Kibicowskie szaliki. Mnóstwo rąk z komórkami w górze – bo trzeba to nagrać i wrzucić na youtuba, że byłem i uczciłem powstanie. Ci, co się nie zatrzymują, zbierają miażdżące spojrzenia. Prawdziwy warszawiak przecież by stanął, to muszą być jakieś wieśniaki. Słoiki! Najgłośniejsi są tacy, na widok których przeszedłbym na drugą stronę ulicy. Z boku ustawili się handlarze: na kramach są flagi, znaczki, koszulki z powstańczą kotwicą w przeróżnych mutacjach. I pełno telewizyjnych reporterów, którzy filmują to show. Czy ktoś tu jeszcze próbuje przeżyć tragedię tamtych dni? Na pewno są tacy, ale giną w dymie wszechobecnych rac.
Do tego to, co dzieje się w internetach. Dyskusje o tym, czy powstanie miało sens już dawno przestały być merytoryczne. Liczą się argumenty dotyczące pochodzenia i liczby krewnych pochowanych na Powązkach. Nieliczne głosy rozsądku giną w zalewie krzyku i hejtu. Temat powstania miesza się z dyskusjami o polityce – przecież zaraz wybory, a na powstańczych emocjach można coś zawsze ugrać. W jednym poście jest o sierpniu ’44 i o syryjskich uchodźcach, których przyjęła ostatnio Warszawa.
W telewizji widzę jakichś ludzi, którzy gwiżdżą i buczą pod pomnikiem Gloria Victis na Powązkach. Nawet nie próbuję zrozumieć, co nimi kieruje.
Wolę się z tego wycofać. W tym roku pierwszy raz o godzinie „W” byłem w domu i słuchałem sobie albumu Lao Che „Powstanie Warszawskie”, który wywołuje we mnie mnóstwo emocji, choć prawie w ogóle nie odwołuje się do pojęć honoru, świętości, chwały i ojczyzny. Mówi za to o bólu, strachu, zwyczajnym powstańczym życiu, zniszczonym mieście, płucach zgniłych od popiołu i luksusie, jakim była możliwość pochowania w trumnie, a nie w gołej ziemi.
Czekaliśmy na niego codziennie o świcie, na przystanku przy skrzyżowaniu osiedlowej uliczki Czumy i wąskiej wówczas jeszcze ulicy Powstańców Śląskich, naprzeciwko sławnego osiedla „Przyjaźń“, które my nazywaliśmy po prostu „studenckim“. Nadjeżdżał od ulicy Górczewskiej, czasem robiąc sobie skrót przez ulicę Konarskiego. Widać było go z daleka – dziś tę oś widokową zasłania bemowski Ratusz, Wypatrywaliśmy czy jedzie „długi“ czy „krótki“. W przegubowym było luźniej, wiadomo, ale my woleliśmy ten drugi. Miał wewnątrz pewien element, którego zdobycie było naszym pierwszym celem zaraz po wejściu.
Ikarus 260 (lub „długi” 280) – bo o nim mowa, w kolorze ciemnoczerwonym, dowoził nas codziennie do szkoły nr 317 przy ul. Deotymy. Na wielkim osiedlu Jelonki Północne, gdzie się wychowałem, mieszkało mnóstwo dzieci, ale nie było szkoły. A konkretniej – były dwie, lecz w budowie. I choć nieopodal, na osiedlu Górce, funkcjonowała już szkoła, władze dzielnicy postanowiły przewozić tłumy jelonkowych dzieciaków do położonej dalej i mocno przeładowanej szkoły 317. Do tego celu zaangażowano właśnie Ikarusy. Wyglądały jak te zwykłe, rejsowe, tylko w przedniej i tylnej gablotce miały tabliczki z wymalowanym farbą napisem „szkolny“.
Ikarus 260 – „krótki”
Był rok 1984. Ja, wówczas pierwszoklasista, byłem przekonany, że wszystkie dzieci na całym świecie jeżdżą do szkoły autobusem. Nie wyobrażałem sobie, że ktoś może do szkoły chodzić piechotą. A prawdopodobnie właśnie my, dziatwa z Jelonek, byliśmy jednymi z nielicznych w Warszawie, których ten zaszczyt kopnął.
Można powiedzieć, że miałem szczęście. Mój przystanek przy Czumy był pierwszy na trasie szkolnego Ikarusa. Oznaczało to, że ja i moi koledzy z podwórka mieliśmy komfort zajęcia miejsc siedzących, bo – z uwagi na wyż demograficzny i ogrom osiedla – już na trzecim przystanku ledwo dało się wejść do środka. Wykorzystywaliśmy to bezlitośnie, rozsiadając się wygodnie i z wyższością spoglądając z okien na tłoczących się kolegów przy kolejnym przystanku. Oni już musieli bić się łokciami o miejsca, a zgodnie z prawem natury, które nas wówczas obowiązywało, wygrywali najsilniejsi.
Na „moim” przystanku autobus był jeszcze pusty
Następny postój Ikarus miał „przy komendzie”. Tak nazywaliśmy przystanek przy ul. Muszlowej, bo stała tam rzeczywiście komenda Milicji Obywatelskiej (o matko, jaki ja jestem stary!). Komendę tę zmieciono z powierzchni ziemi podczas poszerzania ul. Powstańców Śląskich na początku lat 90., ale nazwa funkcjonowała jeszcze przez długie lata. Dziś nawet zdarza się usłyszeć, że „wysiadam przy komendzie”.
Należy się tu wtrącenie: przystanek ten nazywaliśmy również „przy niebieskich blokach”. Dlaczego? Bo ówczesne Jelonki Północne były kolorowe – dosłownie. Wszystkie bloki wokół Muszlowej były niebieskie, i był to piękny kolor, nie taki, jaki dziś się kładzie na styropianowe ocieplenia. Budynki były pokryte mozaiką z miniaturowych ceramicznych kafelków, były one szkliste – częściowo przezroczyste, i miały kilka odcieni. Moja część osiedla miała kafelki w tonacji brązowo-piaskowej. A ta wzdłuż ul. Człuchowskiej – zielonej. Kolory te były dla nas wyznacznikiem geograficznym: na „niebieskie bloki” chodziło się tak zwyczajnie, bez pytania mamy o zgodę, na „zielone” – to już była wyprawa na cały dzień i lepiej było zapowiedzieć się w domu, że na jakiś czas znikniemy z pola widzenia. Dziś większość tych mozaik zniknęła pod styropianem i pastelową brzydką farbą. A ponieważ każdy blok ocieplił się inaczej, owo kolorowe nazewnictwo przeszło do historii. Szkoda.
Ale wróćmy do Ikarusa. Wspomniałem na wstępie, że „krótkie” autobusy miały pewną atrakcyjną dla nas cechę. Była to poprzeczna rurka, umieszczona na wysokości ok. 1 metra, po lewej stronie autobusu, przed ostatnim pojedynczym krzesłem. Było absolutnie nobilitujące usiąść na tej rurce. Kto na niej siedział – był królem pojazdu. Przy naszym wzroście nogi fruwały w powietrzu, co dodawało emocji, zwłaszcza przy hamowaniu. Kto tam siadał, wykazywał się nie tylko sprytem, ale też odwagą i sprawnością fizyczną. Było to istotne, bo my, chłopaki z Czumy, mieliśmy już wtedy swoje pierwsze sympatie, o których względy zabiegaliśmy. A wiadomo, że najfajniejsze chłopaki siadały w autobusie na wszystkim, byle nie na krzesłach.
Poręcz, która służyła nam za siedzenie
Ja i mój klasowy przyjaciel Arek, mieliśmy dwie koleżanki, którym staraliśmy się imponować. Codziennie zatem wbiegaliśmy do pustego jeszcze Ikarusa i zajmowaliśmy rurkę oraz owo krzesło naprzeciw. Na rurce siadaliśmy sprawiedliwie – na zmianę – jednego dnia ja, drugiego on. Na krzesło zrzucaliśmy worki na kapcie i plecaki, i z tak zarezerwowaną miejscówką Ikarus dojeżdżał aż do 4 przystanku, przy „zielonych blokach”, gdzie wsiadały dwie nasze Asie. Byliśmy gabarytowo mali, więc dziewczyny mieściły się na jednym krześle. Co ciekawe, mimo niemiłosiernego tłoku, tej rezerwacji raczej nikt nie kwestionował – wiadomo było, że Arek i Jarek trzymają to miejsce dla swoich Aś.
Nic dziwnego zatem, że „długi”, czyli przegubowy Ikarus, nie był dla nas atrakcyjny, choć było w nim luźniej. Co prawda w nim też można było się wykazać – najtwardsi przedstawiciele płci męskiej siadali na rurkach „w przegubie” (albo „na kole”), ale one nie były już tak wygodne, jak ta pojedyncza, mała poręcz w „krótkim” autobusie. W dodatku między poręcze a gumy przegubu wpadały plecaki i worki na kapcie, krążyły też mrożące krew w żyłach opowieści, że ktoś tam kiedyś ponoć wpadł w całości i przepadł na wieki.
Jak już mówiłem, Ikarusy, które obsługiwały szkolną linię, były zwykłymi miejskimi autobusami, które jeździły też na regularnych liniach. W związku z tym miały kasowniki – te duże, czerwone, z wajchą po prawej stronie. Kasowaliśmy w nich co się dało – wycinane kartki z papieru, fragmenty naszych zeszytów, sprawdzaliśmy jak grubą składkę papieru da się skasować, zapychaliśmy je plasteliną, pamiętam też, jak kolega uparł się, że przemieli w kasowniku całe jabłko. Kierowcy tego nie znosili, i krzyczeli na nas z szoferki, bez większego zresztą skutku. Potem nauczyliśmy się otwierać kasowniki i wyciągać ze środka metalowe bolce. Był to z pewnością wandalizm, którego dziś się wstydzę. Dla usprawiedliwienia, choć marnego, dodam, że nie kierowaliśmy się wtedy bezsensowną chęcią zniszczenia, ale raczej czymś, co można było nazwać pragnieniem doświadczenia empirycznego.
Kasowniki, które dzielnie stawiały opór naszym eksperymentom
Wspomniałem wcześniej, że ówczesna ul. Powstańców Śląskich była wąska, jednopasmowa. Tak samo wyglądała Górczewska i wszystkie inne „większe” ulice w pobliżu. Wyjątkiem była Człuchowska, dziwna ulica „z nikąd do nikąd”, czteropasmowa z pasem zieleni po środku, kończąca się w polu. Gdy Ikarus skręcał w Człuchowską, to jakby wjechał na pas startowy. Dopiero po latach dowiedziałem się, że ówczesne plany zakładały budowę metra pod tą ulicą, a przy jej krańcu – stację końcową kolejki. Dlatego ulicę tę zbudowano od razu tak szeroką, bo miały po niej – w razie czego – przejechać ciężkie maszyny, a w przypadku zagrożenia – sprzęt wojskowy. Do dziś szerokość tej ulicy jest niewspółmierna do potrzeb, stąd często jeden pas zajęty jest przez parkujące auta. A ponieważ plany się zmieniły i metro odsunęło się na północ, Jelonki zostały z szeroką Człuchowską, jak, nie przymierzając – Himilsbach z językiem angielskim.
Przy Człuchowskiej były dwa przystanki „szkolnego” – jeden na rogu, jeszcze przy „niebieskich blokach” i drugi już przy „zielonych”. Tam na przystanku czekały nasze Joasie, dla których trzymaliśmy wolne krzesło, a one, w zamian, dawały nam cukierki. Pomijając zatem warstwę uczuciową, był to też układ korzystny dla obu stron w sensie materialnym.
Potem autobus wjeżdżał w wąską (do dziś zresztą) ulicę Lazurową, za którą rozciągały się pola kapusty. Był to wyraźny „koniec Warszawy” – po prawej stronie wielkie, nowoczesne (w naszym odczuciu) osiedle, po lewej wieś z traktorami i jakimiś małymi domkami. Dziś część tych typowo rolniczych wąskich i długich działek została sprzedana deweloperom, i powstały na nich nowe osiedla.
Na każdym kolejnym przystanku (a było ich jeszcze chyba ze cztery) wsiadało mnóstwo dzieci, i dosłownie nie było gdzie szpilki włożyć. Ta ciasnota już wtedy nas zastanawiała – czemu nie mogą jechać 2-3 autobusy naraz? Dziś wiem, że to był jeden z wielu elementów świadczących o ogólnym kryzysie, w jaki zapadł kraj po stanie wojennym, kiedy właściwie nie wiadomo było co dalej, czy komuna się skończy, czy gospodarka w ogóle jeszcze ruszy. Pewnie na zajezdni nie mieli autobusów w wystarczającej liczbie, żeby zapewnić nam jako taki komfort, tabor się sypał, części do napraw nie było.
Zresztą, o komforcie nikt wtedy nie słyszał. Pamiętam, że kierowcy, którzy nas wozili, nie byli – mówiąc delikatnie – kulturalnymi i odpowiedzialnymi uczestnikami dróg publicznych. Potrafili gnać przez puste ulice tak, że na zakrętach miażdżyło nam kanapki w plecakach albo eksplodowały bidony z herbatą. Hamowali tak ostro, że mimo tłoku rozkwaszaliśmy sobie buzie o poręcze. Ruszali z otwartymi jeszcze drzwiami, albo otwierali je zanim wóz stanął (dla nas to było wyzwanie – wysiąść, jak jeszcze autobus się toczył i nie przewrócić się – to było coś!). Latem jeździli w podkoszulkach, których zapach roznosił się po pojeździe niczym poranna bryza. Darli się na nas, gdy stawaliśmy za blisko kabiny, że niby zasłaniamy widoczność. I żeby było ciekawiej – nikt nigdy na te warunki się nie skarżył. To było normalne. Ikarus uczył życia.
Kabina kierowcy, obok której nam nie wolno było stawać
A’propos szoferki: na jej tylnej ścianie przykręcona była tabliczka znamionowa z nazwą autobusu i miejscem produkcji. Dzięki niej każdy uczniak z Jelonek wiedział, że „Hungary” to znaczy „Węgry”, choć już niekoniecznie wiedzieliśmy w jakim to języku. Ale czytaliśmy te tabliczki z nudów i znaliśmy ich treść na pamięć – ile miejsc stojących, ile siedzących (nas oczywiście wchodziło dużo więcej, niż przewidział węgierski producent). Pamiętam też, że nad wejściem do kabiny kierowcy wisiała tabliczka z napisem „Rozmawianie z kierowcą jest wzbronione”. Ta lakoniczna informacja dawała nam pierwszą bezpośrednią styczność z absurdem, który dziś znamy tak dobrze z filmów Stanisława Barei. Tabliczka, owszem, wisiała sobie, ale o ile tylko było to możliwe, kierowca dokoptowywał sobie jakiegoś kumpla (również w podkoszulku), który stał w drzwiach kabiny całą drogę (ten to dopiero zasłaniał widoczność!) i zabawiał szofera dyskusją. Patrzyliśmy na tych gadułów, potem na wiszące ostrzeżenie nad ich głowami, i myśleliśmy sobie – ale ten świat jest dziwny.
Tabliczki na ścianie kabiny, których treść znaliśmy na pamięć
W Ikarusach w ogóle było sporo dziwnych dla nas rzeczy. Np. nad drzwiami widniał napis „Przed wysiadaniem nacisnąć guzik”. Interpretowaliśmy go – jak to dzieci – dosłownie. Znaczy się – wychodząc z pojazdu naciskaliśmy. Kierowca oczywiście się wściekał, bo tak naprawdę był to po prostu przycisk „na żądanie”, ale to dotarło do nas po jakimś czasie, razem ze świadomością, że słowo pisane wcale nie musi mieć odzwierciedlenia w stanie faktycznym. Kolejna ważna lekcja życia.
Tabliczka, której treść rozumieliśmy zbyt dosłownie
Inną rzeczą, która nas zawsze zastanawiała, było charakterystyczne wybrzuszenie tylnej szyby kabiny kierowcy. Myśleliśmy sobie – to dlatego, że pan szofer jest aż tak garbaty? W późniejszych latach dowiedziałem się, że chodziło o fotel kierowcy – tylna ściana kabiny została zrobiona zbyt blisko deski rozdzielczej i to wgłębienie dawało kierowcy szansę na odsunięcie fotela i uzyskanie dodatkowych paru centymetrów przestrzeni.
Widoczne wyburzuszenie tylnej szyby kabiny kierowcy. Zasłonka zaadoptowana z PKP 🙂
Zaraz za pętlą „Górczewska” autobus skręcał w prawo i dojeżdżał do ostatniego przystanku na szkolnej trasie, nazywanego przez nas „Białym domkiem”. Długo nie mogłem załapać skąd ta nazwa, bo w tym miejscu był już taki tłok w autobusie, że ledwo było widać świat za oknem. Ale rzeczywiście stał tam pośród bloków niewielki domek w brudno-białym kolorze. Był to jeden z ostańców po przedwojennej, ogrodniczej wsi Jelonki. Nie pamiętam, kiedy zniknął, ale dziś jest tu stacja obsługi samochodów Feuvert.
Przystanek „Biały domek” miał dla nas też pewne znaczenie – był to ostatni przystanek na trasie, ale ponieważ autobus objeżdżał osiedle naokoło, był to też przystanek położony najbliżej mojego – pierwszego. Jeśli zatem zdarzyło się, że ktoś na autobus nie zdążył, to mógł jeszcze biec przez ul. Kosshutha do „Białego domku” i tam Ikarusa dopaść. Zwykle się to udawało. Z kolei gdy z rana na przystanku nie widziałem któregoś z kolegów, to zawsze pozostawała nadzieja: „może wsiądzie jeszcze przy „Białym domku”. Jeśli tam go nie było – znaczyło, że sprawa była poważna, przeziębienie albo inne choróbsko.
Potem już autobus nie zatrzymywał się do samej szkoły, pędząc wąską Górczewską, mijając m.in. oryginalne zabudowania ogrodów Urlicha (w drewnianych domkach wciąż sprzedawano sadzonki i nasiona; jeden z nich ocalał i dziś jest w nim restauracja). Do szkoły przy Deotymy trasa była – jak dla nas – długa. Zimą Ikarus zaparowywał od naszych oddechów tak, że nic nie było widać; palcami malowaliśmy różne wzory na szybach. W ciepłe miesiące z kolei zmieniał się w saunę. Okna otwierały się, albo nie, w zależności od stanu technicznego egzemplarza. Pamiętam, że takie dziwne plastikowe zamki (blokady?) okienne nigdy nie działały tak, jak trzeba. Do szyberdachów z kolei nie sięgaliśmy, a nawet jeśli ktoś komuś podał „nóżkę” i udało się uchylić klapę, to od razu uaktywniał się kierowca, który z jakiegoś powodu tego nie akceptował i znowu na nas wrzeszczał. Na szczęście ówczesne Ikarusy miały wbudowaną naturalną wentylację, czyli po prostu mnóstwo nieszczelności – szyby w uszczelkach trzęsły się niemiłosiernie, szpary w drzwiach miały takie, że mieściła się dłoń, czasem z niewiadomych powodów wiało spod krzeseł. Dzięki temu dojeżdżaliśmy do szkoły względnie żywi, niezależnie od pory roku.
Wspomniany zamek okienny, którego działania nigdy nie stwierdziliśmy
Powrotna podróż „szkolnym” na Jelonki była trochę spokojniejsza. Nie biliśmy się już o krzesła, a ponieważ dużo się komunikowaliśmy werbalnie (czasy przedkomórkowe!), często wysiadało się na „następnym” przystanku, żeby dłużej pogadać z kolegą. Potem się wracało przez osiedle i zbierało opieprz od zaniepokojonych rodziców. Czasem jechaliśmy całą trasę aż do „Białego domku”, żeby sobie dłużej pogadać, po czym każdy rozchodził się w swoją część osiedla. Ikarus uczył nas komunikacji, nie tylko w rozumieniu logistycznym.
W zależności od rocznika, dzieci z Jelonek jeździły „szkolnym” przez różną liczbę lat – ja tylko przez rok. Potem oddano do użytku wielką podstawówkę nr 326 (dziś gimnazjum im. Kotarbińskiego). Szkoła była olbrzymia, klasy kończyły się nawet na literę „K”, mieliśmy trzy zmiany. I – co było największą dla mnie zmianą – chodziło się do niej piechotą, bo była zaraz za blokiem.
Szkolne Ikarusy przestały więc jeździć naszą trasą gdzieś koło roku 1985. Szybko o nich zapomnieliśmy. Wiele lat później, z końcem 2013 roku, Ikarusy zakończyły swoją służbę w Warszawie. Dziś, jako zabytkowe wozy, uświetniają imprezy dla miłośników komunikacji.
Byłem na takiej, w sobotę 11 kwietnia, z okazji 35 lat działalności Klubu Miłośników Komunikacji Miejskiej. Stał tam „krótki” Ikarus, o numerze bocznym 289. To właśnie on jest widoczny na fotografiach. Sprawdziłem – egzemplarz z 1982 roku. Gdy poczułem w środku charakterystyczny zapach skaju, przez chwilę stanęły przed oczami te wszystkie szkolne wspomnienia. Kto wie, może właśnie ten poczciwy „289” podwoził czasem mnie, szkraba, do odległej podstawówki koło wolskiego Moczydła?
Zabytkowe już Ikarusy (280, w tle 260), prezentowane z okazji 35 lat Klubu Miłośników Komunikacji Miejskiej, na terenie zajezdni Marymont, 11 kwietnia 2015
Poniedziałek. Godzina 8:30. Stacja metra Wierzbno, czekam na peronie. Podjeżdża pociąg w kierunku Młocin. Ścisk jak na tureckim bazarze. Udaje mi się cudem wbić do środka. Nie mogę oddychać, z każdej strony napiera albo jakaś wielka torba z laptopem albo czyjaś noga. Pociąg rusza. Uff. Wysiadam na stacji Świętokrzyska, przechodzę do drugiej linii, a tu szok. Na peronie kilkanaście osób. Podjeżdża pociąg, dwa pierwsze wagony puste, w kolejnych niewielka garstka pasażerów. Zasiadam wygodnie i zastanawiam się skąd tak diametralna różnica.
Po otwarciu drugiej nitki w internecie zawrzało, że „paskudna”, „z czego tu się cieszyć, skoro taka opóźniona”, „kto w ogóle wymyślił te kolory”! Wszyscy mają coś do powiedzenia na ten temat. Czyżby ci esteci, którym nie przypadły do gustu kolory, wybierali nadal zatłoczone tramwaje? O wrażenia zapytaliśmy jednak tych, którzy drugą linią faktycznie jeżdżą:
Agata, mieszkanka Tarchomina:Nie zgadzam się z określeniami, że nowa linia jest brzydka, nie wiem może ze mną jest coś nie tak, ale uważam że wejścia do metra jak i same perony są ładne i na mnie robią wrażenie. Ja mieszkam na Tarchominie a pracuję przy rondzie Daszyńskiego. Moja droga do pracy jak i do domu skróciła się o jakieś 20 min. Dla mnie to bardzo dużo.
Magda, mieszkanka Pragi:Mieszkam na Pradze Północ, a dzielnice, do których jeżdżę najczęściej to Centrum i Mokotów. Dla mnie druga linia metra to nie tylko ułatwienie, ale wręcz nowa jakość komunikacji po Warszawie. Dojazd w każde z miejsc zajmuje mi nawet połowę mniej czasu niż przedtem, nie muszę już jeździć do pracy zatłoczonym tramwajem czy stojącym w korkach autobusem. Z kilku źródeł słyszałam pewne opinie, że druga linia została zrobiona niesolidnie, że przejazd pod Wisłą nie jest bezpieczny – tego rzeczywiście się boję, szczególnie patrząc na kilka innych warszawskich inwestycji, pod którymi też ktoś się podpisał, a jednak zostały zrobione niesolidnie (np. zawalony ostatnio dach dworca wschodniego). Chciałabym mieć więc gwarancję, że jadąc metrem jestem bezpieczna. No a jeśli chodzi o to, że w metrze jest pusto – to mi akurat nie przeszkadza.
Marcin, mieszkaniec Woli:Ja się bardzo cieszę drugą linią metra – moja dziewczyna mieszka na Pradze, więc mogę częściej do niej wpadać, nie tracąc cennego czasu w korkach czy zatłoczonych tramwajach.
Monika, mieszkanka Ursynowa:Teraz dojazd na Pragę, na którą jeżdżę kilka razy w tygodniu, to wręcz czysta przyjemność. Nie muszę przesiadać się na zatłoczonym Bankowym, który w godzinach szczytu zawsze wolę omijać szerokim łukiem. Jeśli chodzi o kolorystykę… no może to nie jest do końca moja estetyka, ale zamiast narzekać teraz po fakcie wolę cieszyć się dużymi udogodnieniami i czasem, który oszczędzam na dojazdach.
Kilka dni temu na dachu dworca Warszawa Śródmieście postawiono zająca. To reklama firmy Lindt – producenta m.in. czekoladowych zajączków. Właściwie to żadna nowość w Warszawie, wszak w reklamach toniemy tu po uszy, i raczej tonąć będziemy jeszcze długo. Czemu w ogóle o tym piszę?
Rozczarowanie większe, niż zwykle
Obok nadmuchiwanych reklam od dawna przechodzę obojętnie, ale czekoladowe zajączki Lindta zawsze wzbudzały moją sympatię. No po prostu są fajne. I czekolada tej firmy też smaczna. Taka nawet jakby z wyższej półki, na prezent dobra. W ładnych opakowaniach. I nagle mi takie monstrum z plastiku wyskakuje w środku miasta. W dodatku na dachu świeżo wyremontowanego pawilonu śródmiejskiego dworca. Jednego z tych nielicznych obiektów, które śmiało można pokazywać jako dowód, że po wojnie też potrafiliśmy ładnie budować. Lekka, nowoczesna, funkcjonalna, granitowa bryła, projektu wybitnych architektów Arseniusza Romanowicza i Piotra Szymaniaka. A to wszystko w dodatku po tym, jak w oparach obciachu i krytyki zniknęłą stamtąd reklama pewnych chipsów. Pomyślałem sobie – kto do jasnej cholery w tym Lindcie na to wpadł? Przecież wizerunkowo jest to strzał w stopę. Chipsy jeszcze zrozumiem, czy inny płyn do toalet. Ale te fajne (i nie najtańsze przecież) czekoladki, w kształcie sympatycznego zająca? No ludzie! Aż ciekaw jestem, czy w Szwajcarii, ojczyźnie Lindta, o tym wiedzą. Całą subtelność czekoladowego zajączka szlag trafił.
W facebookach słabo
To, jak zareagowały media społecznościowe na zająca, było do przewidzenia. Zdjęcia obiegły facebooka, pojawiły się i głosy krytyki, i klasyczne hejty. O sprawie napisał jeden z najaktywniejszych profilów walczących z wielkoformatową reklamą „Nie kupuję u szmaciarzy”, dość szybko też powstało wydarzenie „Nie kupuję czekolady Lindt. Nie zgadzam się na zaśmiecanie miasta”. Krytyczne posty pojawiły się też na oficjalnym profilu producenta zajączków. To zresztą nic nowego, od pewnego czasu marki, które decydują się na agresywną reklamę w przestrzeni Warszawy mocno obrywają na swoich profilach (boleśnie przekonał się o tym hotel MDM po tym, jak zawiesił reklamę zasłaniającą całą swoją frontową, skądinąd ładną elewację).
Niektóre z postów, które pojawiły się na oficjalnym fanpage’u Lindta
Reakcja producenta
Naszym rodzimym standardem jest fakt, że prowadzący oficjalne profile firm, którym się w danej chwili obrywa, w podobnych sytuacjach nie bardzo sobie radzą (swoją drogą – czy u nas nie ma szkoleń z tzw. kryzysów w socjalmediach? Czasem mam wrażenie, że to nikogo nie obchodzi). I tak też jest na fanpage’u Lindta – prośby o usunięcie zająca z dachu pozostają bez odpowiedzi, w międzyczasie forsowane są standardowe działania marketingowe (jakby nie było żadnego problemu), pojawiły się oskarżenia o usuwanie postów (co jest chyba najgorszym wyjściem w takiej sytuacji), a jedyny komentarz producenta był taki:
Czemu uważam, że to słaby komentarz? Po kolei: „intencją było wywołanie pozytywnych wielkanocnych emocji”. Drodzy pracownicy marketingu – naprawdę to już nie te czasy. Już dzieci wiedzą, że intencją reklam jest maksymalne zwiększenie sprzedaży produktu. Wywoływanie emocji jest tu tylko jednym ze środków. Nie czarujcie aż tak. Dalej: „Skorzystaliśmy z ogólnie dostępnej powierzchni reklamowej” – to świadczy głównie o tym, że akcja była planowana totalnie w oderwaniu od rzeczywistości. Jak już wspomniałem, dopiero co była „afera chrupkowa”, mnóstwo mediów o tym pisało – czyli mamy uznać, że dyrektorzy kreatywni nie czytują gazet? Nie zaglądają do internetów? W ogóle wiedzą, że umieszczanie reklam takiego formatu w Warszawie jest już bombą zegarową z opóźnionym zapłonem? Są dwie opcje – albo nie wiedzą, i to chyba źle świadczy ogólnie o firmie, albo po prostu to ignorują. To też niezbyt dobrze wygląda. „Twój głos weźmiemy pod uwagę przy planowaniu kolejnych kampanii” – w domyśle: zakończmy już dyskusję, a w przyszłości się zobaczy.
Krytyka konstruktywna
Mam tak, że krytykując coś, staram się nie być wyłącznie destruktywny. Oczywiście zdaję sobie sprawę, że daleko mi do półki, na której leży marka Lindt. Nie kończyłem marketingu, zajęcia z PR-u miałem przez rok studiów, w korporacjach pracowałem wyłącznie na stanowiskach, mówiąc mocno na wyrost, „artystycznych”. Słupków sprzedaży nie liczyłem. Mimo to pokuszę się o kilka podpowiedzi (w końcu jest wolność słowa), nie łudząc się oczywiście, że przy planowaniu kolejnych kampanii marketing Lindt weźmie je pod uwagę (sukcesem byłoby, gdyby ktoś to w ogóle przeczytał). Co zatem mógł zrobić Lindt, zamiast instalować zająca na dachu dworca?
1. Lindtowski zając ma świetny kształt. Skoro firma chciała pokazać się w przestrzeni miejskiej, mogli zrobić kilkanaście niedużych zajęcy z tworzywa typu akryl i ustawić na którymś ze skwerów. Każdy w innym kolorze, jak słynne pegazy na placu Krasińskich albo niezapomniane jelonki znad Wisły. Dzieci by się cieszyły, dorośli by mogli sobie na nich usiąść jak na ławkach, turyści robiliby zdjęcia. Nawet logo na takim zającu-ławeczce nikomu by nie przeszkadzało. Efekt byłby taki, że firma daje coś miastu, a miasto (mieszkańcy) sobie z tego korzysta. W podobnym duchu kampanię przeprowadził kiedyś IBM (niestety, nie w Polsce) – ich bilboardy reklamowe były powyginane tak, że albo tworzyły ławkę, albo daszek przed deszczem, albo podjazd dla wózków. Wyszło to świetnie, zdjęcia z tej akcji do dziś funkcjonują w internecie.
Ławeczka reklamowa z kampanii IBM
2. Zające wzbudzają pozytywne emocje, zwłaszcza wśród dzieci. A te bywają kreatywne. W słoneczny weekend dajmy dzieciom farby i kilka zajęczych makiet, i niech malują. Np. gdzieś na Trakcie Królewskim, na Starówce. A tak powstałe kolorowanki można potem wykorzystać jako element wizualny w tradycyjnej kampanii reklamowej lub na opakowaniach produktów. Odbiór takich akcji jest zawsze pozytywny, tworzy się więź z marką, a przy okazji zahacza to o CSR.
3. Lindt to czekolada, a nie nadmuchiwana figura z plastiku. Zamiast balonu, dajmy ludziom czekoladę! Niedawno Wedel robił podobną akcję (nota bene – tuż obok śródmiejskiego dworca) – wielki czekoladowy Pałac Kultury został pokrojony i rozdany warszawiakom. O akcji szeroko pisały media, w bardzo pozytywnym tonie.
4. Lindt, jak wspomniałem wcześniej, ma wizerunek marki z nieco wyższej półki. To nie jest batonik Mars – nie urażając tegoż. Dlaczego zatem nie uderzyć w trochę ambitniejszą strunę? Mamy świetnych artystów, pomysłowych animatorów. W ubiegłym roku Grolsch ustawił w kilku warszawskich parkach pianina, prawdziwe instrumenty, tylko dość odważnie pomalowane. Okazało się, że warszawiacy potrafią grać (albo przynajmniej próbują). Hipsterzy, emeryci, dzieci – każdy mógł bez ograniczeń pobawić się w muzyka. Akcja zebrała bardzo pozytywne komentarze, i choć była to też przecież tylko reklama produktu, to jednak z wyraźnym przekazem: o kulturze też pamiętamy. Zając co prawda z muzyką mniej ma wspólnego, ale np. dlaczego kilku artystów nie mogłoby stworzyć własnych interpretacji zająca? Z dowolnych materiałów, wg własnej wizji. Pamiętacie malowane krowy, które kiedyś opanowały Warszawę? Do dziś jeszcze widać je na mieście, choć akcja miała miejsce ładnych parę lat temu.
Zamiast tandetnego balonu – mogła powstać seria artystycznych zajęcy. Tak jak było kiedyś z krowami.
5. No dobra, a jeśli naprawdę nikomu nie chce się pomyśleć nad czymś kreatywniejszym od balonu, to zostaje jeszcze jedna furtka. Mamy w Warszawie kilka ścian przeznaczonych pod murale komercyjne (m.in. przy Metrze Politechnika, czy na południowej elewacji Domu Towarowego Bracia Jabłkowscy). Ręcznie malowane reklamy, nawet w tak dużym formacie, wyglądają zdecydowanie lepiej niż reklamowe plandeki (czy balony), gdyż noszą cechy indywidualnego dzieła, i mówiąc wprost – nie są tandetne. W dodatku badania, które przeprowadził TNS w 2013 roku pokazały, że mural reklamowy jest jedną z bardziej akceptowalnych form reklamowych w mieście i ma duży wpływ na podnoszenie prestiżu reklamowanego produktu. Osobiście daję głowę, że na malowane zające nikt złego słowa by nie powiedział.
Ot, tyle pobożnych życzeń. Choć z drugiej strony wydaje mi się, że powyższe przykłady działań reklamowych specjalnie trudne ani ambitne nie są. Odrobina kreatywności i co najważniejsze – obserwacji miasta, w którym chce się funkcjonować.
Na koniec jeszcze taka uwaga: jestem przekonany, że Lindt powinien zrezygnować z dmuchanych zajęcy jak najszybciej. Takie wycofanie się pod wpływem krytyki wbrew pozorom służy wizerunkowi marki. Jakiś czas temu przyglądałem się przypadkowi reklamy firmy BEKO, która zawisła w Dolince Służewieckiej. W ogniu krytyki firma wycofała się z reklamy, przeprosiła klientów i sądząc po tym, jakie po tym pojawiły się komentarze, był to strzał w dziesiątkę. Ludzie docenili odwagę firmy (trzeba mieć charakter, żeby się przyznać do błędu), dostrzegli, że firma liczy się z ich głosem, hejty i krytyka zniknęły jak ręką odjął. Ja też zapamiętałem BEKO głównie dzięki temu, że zachowali się honorowo. Wiem, że w Dolince Służewieckiej reklamują się nadal inne marki, ale prawdę mówiąc, tych nie pamiętam.
Aktualizacja (25.04.2015): Lindt zobowiązał się do usunięcia balonu z dachu dworca w ciągu doby.