Szawarwa: brud, bas i duchy Warszawy

Szawarwa: brud, bas i duchy Warszawy

Szawarwa: brud, bas i duchy Warszawy

Szawarwa jest szorstka, chropowata. Czasem zakłuje, zaboli. I może też pozostawić blizny.

Szawarwa to przestawienie liter w słowie „Warszawa”. I nie jest to przypadek, bo Warszawa w tej książce również jest poprzestawiana, pomieszana, momentami wręcz kompletnie wywrócona na drugą stronę. Filip Kalinowski, autor, bierze znane sobie miasto i pokazuje je z perspektywy, z której zwykle go nie oglądamy. To Warszawa mroczna, brudna, podziemna, absurdalna i brutalna. Warszawa ludzi żyjących na marginesie, miejsc, których nie znajdziemy w przewodnikach, i historii, które niekoniecznie chcielibyśmy znać. A jednocześnie jest to bardzo osobista opowieść o kilkunastu godzinach z życia autora, w których mieści się i szalone dzieciństwo, i trudna młodość, i obdarta ze złudzeń dorosłość.

Jest w tej książce coś z klimatu filmu Trainspotting – ten sam rodzaj brudnej, podziemnej rzeczywistości, w której ludzie próbują jakoś przetrwać, a granica między groteską, przemocą, absurdem i rozpaczą bywa bardzo cienka. Tyle że zamiast Edynburga mamy Warszawę. Nie tę z folderów, pocztówek i przewodników, ale tę, która kryje się pod powierzchnią miasta: na bazarach, podwórkach, w melinach, nocnych taksówkach i miejscach, o których wolelibyśmy nie wiedzieć.

Jedną z wielu pojawiających się tu postaci jest czarnoskóry kierowca Priusa o ksywie „Ślepy”. Nie jest on może istotnym bohaterem tej historii, ale dobrze reprezentuje jeden z jej ważnych, choć zwykle niewidocznych światów – warszawskich imigrantów. Ludzi, którzy są tutaj, choć czasem jakby ich nie było. Żyją obok nas, pracują, jeżdżą po naszych ulicach, spotykają się ze sobą, tworzą własne środowiska – nie zawsze legalnie, czasem wręcz poza oficjalnym obiegiem miasta.

To właśnie z tego świata wyłania się jeden z najbardziej niezwykłych wątków Szawarwy: okultyzm. W opuszczonych domach na obrzeżach miasta odbywają się nielegalne seanse, w których uczestniczą ludzie funkcjonujący gdzieś na marginesie oficjalnego życia. Jest w tym coś jednocześnie fascynującego i niepokojącego – jakby pod dobrze znaną Warszawą istniało jeszcze inne miasto, z własnymi zasadami, rytuałami i tajemnicami.

I właśnie podczas jednego z takich seansów dochodzi do brutalnego zderzenia tych dwóch światów. Autor, wraz z grupą imigrantów, zostaje zatrzymany przez policję. Zamiast zwykłej interwencji jest przemoc i brutalne pobicie. To jedna z tych scen, które szczególnie mocno pokazują, jak daleko Szawarwa znajduje się od pocztówkowego obrazu Warszawy. Tutaj miasto ma również swoją ciemną, agresywną stronę – a jego instytucje nie zawsze są po stronie tych, którzy znaleźli się na marginesie.

Ten motyw ludzi, których „nie ma”, łączy się zresztą z główną metaforą książki. Warszawa też jest, ale właściwie jej nie ma. Ta prawdziwa zniknęła przecież w czasie wojny i powstania. Dzisiejsze miasto jest zbudowane na jej ruinach, pamięci i nieobecności. Szawarwa próbuje dotrzeć właśnie do tego, co znajduje się pod powierzchnią współczesnej stolicy – do ludzi, historii i miejsc, które oficjalna Warszawa najchętniej by przemilczała.

Ale chyba najbardziej przejmujący jest dla mnie wątek pierwszej miłości. Jest w nim coś bardzo prostego i przez to niezwykle mocnego: dziewczyna mieszkała w jednym z bloków i siadała w oknie na dziesiątym piętrze, śpiewając. Autor ją obserwował i zakochał się. Nie wielkie deklaracje, nie romantyczne gesty – tylko dziewczyna siedząca wysoko w oknie i jej śpiew dobiegający z blokowiska. Jeden z tych obrazów, które w młodości potrafią wydawać się początkiem całego świata.

A potem życie potoczyło się dalej. I niestety nie był to ciąg dalszy romantycznej historii. Los dziewczyny okazał się smutny, a wspomnienie tej pierwszej miłości – zamiast być nostalgiczną pocztówką z młodości – staje się opowieścią o przemijaniu, rozczarowaniu i o tym, jak bardzo nie mamy wpływu na to, co stanie się z ludźmi, których kiedyś kochaliśmy. Jest w tym coś naprawdę przejmującego. Także dlatego, że obraz dziewczyny śpiewającej w oknie na dziesiątym piętrze zostaje w głowie na długo.

Bo właśnie pamięć jest w Szawarwie równie ważna jak sama Warszawa. Autor schodzi pod jej powierzchnię, ale jednocześnie schodzi w głąb własnej przeszłości. Miasto i biografia zaczynają się mieszać. Blokowisko, ulica, pierwsza miłość, przemoc, przypadkowo spotkani ludzie, dziwne rytuały – wszystko to układa się w osobistą mapę Warszawy, ale też w opowieść o dorastaniu.

Jest jednak w tej książce jeszcze coś, co wydaje mi się ważniejsze od samego obrazu miasta. Pytanie o to, przeciwko czemu właściwie przez całe życie walczył autor. On i jego środowisko byli po drugiej stronie – przeciwko systemowi, przeciwko „normalnemu”, uporządkowanemu światu, w którym z jednej strony tak bardzo chcemy być, a z drugiej strony tak bardzo nie chcemy. Przez Szawarwę przechodzi więc nieustannie podział na „nas” i „ich”, na tych, którzy żyją poza systemem, i tych, którzy się w nim mieszczą.

Tylko czy na końcu nie okazuje się, że ten system to również my? Że nie istnieje gdzieś obok nas, jako coś zewnętrznego, przeciwko czemu można się buntować, ale że sami go tworzymy – swoimi wyborami, przyzwyczajeniami, lękami i potrzebą porządku? Nie jestem pewien, czy właśnie takie jest przesłanie tej książki. Być może autor wcale nie chce udzielić na to pytanie odpowiedzi. Ale po lekturze trudno go nie postawić. I wtedy Szawarwa okazuje się czymś więcej niż tylko opowieścią o alternatywnej Warszawie i życiu na jej marginesie.

I jest jeszcze muzyka. Dużo muzyki. Dygresje, skojarzenia, nazwiska, gatunki, rytmy i brzmienia. To zresztą nie powinno dziwić – autor jest dziennikarzem muzycznym. Dzięki temu Szawarwa jest trochę powieścią, trochę wspomnieniem, a trochę nietypowym przewodnikiem po muzycznym pejzażu miasta. Można ją czytać, a można też niemal słuchać.

To nie jest Warszawa, którą łatwo polubić. Jest mroczna, brudna, podziemna, czasem brutalna i absurdalna. Ale właśnie dlatego wydaje się prawdziwa. Szawarwa pokazuje miasto, które nie chce być ładne, i ludzi, którzy nie zawsze potrafią być dobrzy. A jednak – gdzieś pod tym całym brudem, basem, krwią i dymem – jest w tej książce sporo czułości. Dla miasta, które umierało już wiele razy. I dla ludzi, którzy mimo wszystko wciąż próbują w nim żyć.

Po przeczytaniu Szawarwy trudno patrzeć na Warszawę tak samo. A może właśnie o to chodzi – żeby trochę ją poprzestawiać. Tak jak poprzestawione jest słowo, od którego książka bierze swój tytuł.

Tekst: Jarek Zuzga

„Szawarwa”, Filip Kalinowski, Wydawnictwo Newhomers, 2026

Ziemia jako pamięć miasta – nowy numer Autoportretu

Ziemia jako pamięć miasta – nowy numer Autoportretu

Ziemia jako pamięć miasta – nowy numer Autoportretu

Autoportret, nr 87
87. numer kwartalnika Autoportret (wydawanego przez Małopolski Instytut Kultury) poświęcony jest ziemi – rozumianej dosłownie jako powierzchnia naszej planety, ale także jako nośnik historii i tożsamości. To wyjątkowe wydanie szczególnie zainteresuje warszawiaków, bo wśród autorów znaleźli się znawcy i miłośnicy stolicy.
Nieodżałowany Marcin Wicha jak zawsze w mistrzowski sposób pisze o warstwach Kamionka, Beata Chomątowska przygląda się osiedlu Muranów, a Zygmunt Borowski odkrywa, co skrywała ziemia pod tzw. Placem Centralnym. Szczególnie interesujące są także dwa teksty poświęcone Kopcowi Powstania Warszawskiego: „Kurhan codzienności” (Michał Trawiński, Marcin Maraszek, Maciej Kaufman) oraz „Złożone więzi” (Magdalena Wnęk, Justyna Dziedziejko).
To lektura, która pozwala spojrzeć na miasto z zupełnie innej, podziemnej perspektywy. Gorąco polecamy!
Piękny Sierpień w Warszawie – o książce Pawła Sołtysa

Piękny Sierpień w Warszawie – o książce Pawła Sołtysa

Piękny Sierpień w Warszawie – o książce Pawła Sołtysa

Paweł Sołtys (znany również jako Pablopavo) zabiera nas w intelektualno-sentymentalną podróż po Warszawie, pewnego gorącego sierpnia. Po drodze spotyka przerózne zjawy i postacie z przeszłości, z którymi wędruje pod prąd czasu i przestrzeni, dochodząc do arcyciekawych spostrzeżeń i przemyśleń.
Świetnie się to czyta, a Warszawa jawi się w tej opowieści jako miasto osnute mgłą tajemnicy, zanurzone po szyję w historyczną otchłań. I tylko żałować można, że ów tytułowy sierpień nie był dłuższy.
Bardzo polecamy.
Kalendarz Domu Towarowego Bracia Jabłkowscy z 1931 roku

Kalendarz Domu Towarowego Bracia Jabłkowscy z 1931 roku

Kalendarz Domu Towarowego Bracia Jabłkowscy z 1931 roku

Nowość w okiennej kolekcji – kalendarzyk Domu Towarowego Bracia Jabłkowscy z 1931 roku, kompletny, uzupełniony notatkami właścicielki (właściciela?). Podobny, ale z 1933 roku, znajduje się w zbiorach w Muzeum Warszawy.
Ten nasz prezentujemy Wam w całości, bo warto poczytać, jakie były trendy w marketingu tamtych czasów. W kalendarzyku znajdziecie też trasy tramwajów, plany widowni teatrów i inne cenne informacje.
Ballada o wolskim murze – opowiadanie

Ballada o wolskim murze – opowiadanie

Ballada o wolskim murze – opowiadanie

Nasze podwórko dzielił mur. Tamta część była większa, za to u nas rosło drzewo, okazały kasztanowiec. Dzięki niemu łatwo było wspiąć się na murek, żeby z góry popatrzeć na świat albo podejrzeć, co się dzieje u sąsiadów. Po drzewie wchodził też na górę nasz podwórkowy kocur, diabelsko czarny, z nadszarpniętym uchem, wołaliśmy go Czort. Przesiadywał tam całymi dniami, spoglądając na nas z wyższością. 

Gdy graliśmy w piłkę, na murek wspinał się z trudem gruby Antoś, i stamtąd jednocześnie sędziował i komentował spotkanie. Nasz stróż, pan Edzio, na wyraźną prośbę rodziców, zabraniał nam wchodzić na mur. “Jeszcze raz złapię, to nogi z d.. powyrywam!” – krzyczał, a echo niosło się po ostatnie piętro kamienicy. Miał trochę racji, wszyscy pamiętali historię nieszczęsnego Władzia spod trójki, który popisując się przed Halinką, biegał wzdłuż muru po jego zwieńczeniu, dopóki nie spadł i nie rozbił sobie głowy. Potem trzy tygodnie z domu nie wychodził. Oczywiście ta historia nie powstrzymała nas przed dalszymi zabawami na murze, co powodowało kolejne kontuzje, choć na ogół już nie tak groźne. 

Największą atrakcją i zarazem wyzwaniem było przejść na drugie podwórko, tak, żeby nie zauważył tego ani nasz, ani tamtejszy stróż (który krzyczał równie głośno). A potem wrócić ulicą, przez otwarte za dnia bramy, uciekając spod czujnych oczu sklepikarzy, którzy stojąc w drzwiach swoich przybytków pilnowali, żebyśmy im po drodze czegoś z kramu nie zwędzili. 

Miał też mur swoje sekrety. Kiedyś wykruszyła się zaprawa przy jednej z cegieł, czemu pomógł nieco nożyk wspomnianego już Władzia (mieć własny nożyk w tamtych czasach to było coś). I jak się ta zaprawa wykruszyła, to i cegłę szło wyjąc, co też uczyniliśmy. Potem młotkiem i dłutem podkradzionym z komórki pana Edzia tak ją ukruszyliśmy, że zostało tylko lico, którym zasłanialiśmy wyrwę w murze. Tym samym zyskaliśmy skrytkę, o której dorośli nic nie wiedzieli. Chowaliśmy w niej różne skarby, np. kolorowe etykietki od butelek po piwie, albo liściki, w których informowaliśmy się nawzajem o datach naszych potajemnych spotkań w piwnicy. Raz jak szedłem z ojcem na wyrwanie zęba, zostawiłem tam kolegom list pożegnalny, byłem bowiem pewny, że żywy już nie wrócę. 

Zimą zwieńczenie muru przykrywało się grubą śnieżną kołdrą. Kocur Czort przenosił się wtedy do piwnicy, do kotłowni, gdzie miał stary fotel, na którym wylegiwał się w oczekiwaniu cieplejszych dni. Czasem rzucaliśmy na ślepo śnieżkami na to drugie podwórko, co kończyło się różnie – albo tamtejsze dzieci podejmowały walkę, albo ktoś dorosły się wściekał, rzucając w naszą stronę bynajmniej nie śnieg, lecz przekleństwa. Dzieciaki z sąsiedztwa też lubiły bawić się przy (albo na) murze, choć nie mieli u siebie drzewa i było im trudniej wejść na szczyt.

Lubiliśmy nasz mur. Był dla nas jak plac zabaw, albo jak stary dobry kumpel. Był azylem, który nas chronił i absorbował jednocześnie. Dzielił podwórko, ale nas integrował. Inspirował. Wymyśliliśmy przy nim  (pod nim, na nim) mnóstwo zabaw. Wchłaniał nasz pot, łzy, a nierzadko nawet i krew. 

A potem wybuchła wojna, i wszystko się zmieniło. Rzadziej bawiliśmy się przy murku, rodzice nie puszczali nas tak często na dwór bez opieki. Któregoś dnia pod murem stanął wóz konny, a jacyś mężczyźni zaczęli znosić do niego meble z mieszkania naszego kolegi Arona. On sam siedział smutny na szczycie sterty toreb, walizek i mebli, i poinformował nas, że wyprowadzają się całą rodziną do innej dzielnicy. Tylko na jakiś czas, i potem mają wrócić. Ale nie wrócili. Po latach dowiedziałem się, że pojechali do getta, a potem zagazowano ich wszystkich w oświęcimskim obozie. 

Gdy wybuchło powstanie, jak większość mieszkańców naszej kamienicy schowaliśmy się w piwnicy i stamtąd nasłuchiwaliśmy eksplozji “krów” – ciężkich pocisków, którymi Niemcy ostrzeliwali Warszawę. Było zimno, ciemno, wilgotno i nie mieliśmy za bardzo co jeść. Baliśmy się. Od czasu do czasu ktoś wychodził na zewnątrz po wodę i jedzenie. Zawsze był strach, czy wróci. Piwnica była częścią powstańczego szlaku, w ścianie wykuto przejście z sąsiedniego domu, żołnierze rozebrali też fragment naszego muru. Nie wiem, jak długo siedzieliśmy w ciemnościach, chyba kilka dni, ale w końcu wyszliśmy z piwnicy. W naszym domu płonęło poddasze, dużo gorzej wyglądała sąsiednia kamienica, której frontowa oficyna legła całkowicie w gruzach. Po podwórzu kręcili się, coś wykrzykując, niemieccy żołnierze. Podbiegłem ukradkiem do muru, do naszej skrytki, w której nadal leżały białe błyszczące kamyczki, przywiezione onegdaj przez Halinkę z wycieczki nad morze. Chwyciłem je w garść i upchnąłem głęboko w kieszeń. Jeden z nich mam do dziś.

Niemcy ustawili nas pod murem (naszym murem!), po czym wyprowadzili na ulicę i – w końcu, po długim marszu – trafiliśmy gdzieś za miasto. Po drodze dołączały kolejne grupy z wypalonych sąsiednich kamienic i podwórek. Pamiętam, że na nasz widok jakiś niemiecki oficer krzyknął coś, czego wtedy nie zrozumiałem, ale mama wytłumaczyła mi później, że zdziwiony zawołał: “to tyle was jeszcze ocalało w tych gruzach?”.

Opuściliśmy Warszawę, nasze kochane miasto. Przez jakiś czas mieszaliśmy w szopie u dalekich krewnych mamy, gdzieś w okolicy Milanówka, ale mama w końcu powiedziała, że czas wracać.

I wróciliśmy. Naszego miasta, naszej okolicy, nie można było już rozpoznać. Wokół było pełno gruzu, dymu i lejów po bombach. Nasz dom wprawdzie stał, ale samotnie, przylegające do niego z obu stron kamienice już nie istniały. Ocalał za to mur, choć był jakiś taki inny, obcy, groźny. A może to my byliśmy już inni?  Pamiętam, że stała pod nim para butów, równo, obok siebie, jakby ktoś za chwilę miał po nią wrócić. 

Potem, stopniowo, wracali niektórzy lokatorzy kamienicy. Pojawili się też jacyś nowi, zajęli m.in, mieszkanie po rodzinie Arona. Kot Czort przepadł, nigdy już potem go nie widziałem.

Dziś, poza mną, nie żyje już nikt, kto dzieciństwo spędził przy podwórkowym murze koło kamienicy na warszawskiej Woli. Tylko ja mogę o nim opowiedzieć, ale czy kogoś to obchodzi? To tylko trochę cegieł, które dziś niczemu nie służą, a nawet przeszkadzają, bo – jak słyszałem – grożą zawaleniem. Dziurę po powstańczym szlaku zamurowano i chyba tylko ja jeden wiem, jaką pełniła funkcję. Mur sczerniał, zarósł bluszczem, i faktycznie sporo się przechylił. Nie mogę sobie przypomnieć, w którym miejscu była nasza skrytka, być może ją też zaszpachlowano. Nie ma też naszego kasztanowca, częściowo spalony w powstaniu konał powoli przez kilka lat, aż został ostatecznie wycięty. Kamienicy z sąsiedniego podwórka nie odbudowano, jest tam teraz dziki parking, a dalej stoją bloki. No i nie ma dzieci, to znaczy nie bawią się przy murze, jak żeśmy to kiedyś czynili. Pewnie mają ciekawsze zajęcia. 

Tekst i zdjęcie: Jarek Zuzga
* opowiadanie jest fikcją literacką, choć może nie w całości…
Nowe legendy miejskie z Warszawy

Nowe legendy miejskie z Warszawy

Nowe legendy miejskie z Warszawy

Nakładem wydawnictwa Muzeum Warszawy ukazała się niedawno wyjątkowa książka – „Rzeczy dzieją się w Warszawie. Nowe legendy miejskie”. To zbiór historii o naszym mieście, jego mieszkańcach, przedmiotach i miejscach. W książce znalazły się opowieści niezwykle intrygujące, tajemnicze i trochę zakręcone. W jednej z legend znajdziemy odpowiedź na pytanie, dlaczego słynne Elizeum księcia Kazimierza Poniatowskiego od lat nie może doczekać się remontu i otwarcia dla publiczności. W kolejnej, o gwieździe światowego formatu, która oszołomiona urokiem Warszawy postanowiła dla naszego miasta porzucić sławę oraz bogactwo i spędzać czas na stołecznych… nie chcemy dalej zdradzać, przeczytajcie sami :). W legendach znajdziecie też historię warszawskiego superbohatera broniącego słabszych –  Ninji z Grochowa. Przeczytacie piękną legendę o życiu zwykłych warszawiaków: o pędzie młodych i wolniejszym życiu starszych. I choć ta historia umiejscowiona jest współcześnie, to Warszawa posiada w niej gwarne jak przed wojną Nalewki i ulicę Gęsią z ich żydowskimi mieszkańcami.

Moją ulubioną historią jest mroczna opowieść o magicznym zegarze Gugenamusa. To lektura obowiązkowa dla miłośników starych chronomierzy – przeczytajcie, a unikniecie śmiertelnej pułapki.

Jeśli chcecie uprzyjemnić sobie ten trudny pandemiczny czas, koniecznie sięgnijcie po „Rzeczy dzieją się w Warszawie. Nowe legendy miejskie”. Dodatkowo niech zachęcą Was nazwiska autorów: Błażej Brzostek, Wojciech Kuczok, Maciej Łubieński, Agata Passent, Monika Powalisz i Michał Walczak.

To must read dla wszystkich miłośników Warszawy.

Agnieszka Zuzga