Żyćko Warszawy

Żyćko Warszawy

Żyćko Warszawy

Życie to epopeja. Saga. Powieść w co najmniej kilku tomach. Wieloaktowy spektakl. A żyćko – jest swojskie, swobodne, mniej spięte. Żyćko to felieton przy popołudniowej kawie. Życie wypada jakoś ogarniać, żyćko zaś toczy się same, z dnia na dzień. I właśnie „Żyćko” jest tytułem książki Mateusza Kaczyńskiego.

To zbiór spostrzeżeń, codziennych migawek, które autor zbiera na warszawskich ulicach, tak jak zbiera się kasztany w parku. To kolekcja okamgnień z codziennie pokonywanych przez autora tras – do pracy, do domu, do sklepu czy na osiedlową siłownię. Żadnych planowanych wypraw, wcieleniowych reportaży, po prostu skok do miejskiej rzeki i spisywanie notatek. A przyznać trzeba, że do tego autor ma talent.

W „Żyćku” ujęło mnie właśnie to czułe, wrażliwe spojrzenie na Warsawę. Jest mi to bliskie, tym bardziej, że autor sporo porusza się po mojej ojczystej Woli, choć nie tylko, bo dużo tu też Pragi, Żoliborza, Śródmieścia… Ponieważ książka pisana była ponad dekadę temu, to przy okazji mamy pewien historyczny obraz epoki, bo przecież miasto ciągle się zmienia. Mamy tu choćby napisy na murach, których treść autor wspaniale interpretuje. Albo ludzi – tych, których zna, albo tylko zauważył na ulicy czy podsłuchał w kawiarni. Jest o przeskoku z ery taksówek do epoki Ubera. O duchu (?) Czarnego Romana. O prawdziwych warszawiakach i o „płaskowarszawcach”, którzy nie uznają Skarpy Wiślanej. Migawki o korkach, domofonach, zieleni, remontach ulic, kawie i życiu (żyćku!) w kamienicy na Woli.

Gdybym miał drukowany egzemplarz „Żyćka”, to ustawiłbym go na półce obok „Sierpnia” Pawła Sołtysa i tego numeru „Autoportretu”, w którym zebrano teksty Marcina Wichy. Tworzyłyby razem fajny zbiór – tryptyk warszawskich okamgnień.

A Wam polecam „Żyćko”, bo jest nie tylko ciekawie i fajnie napisane, ale też zmusza do myślenia, prowokuje do komentarzy i ociepla wizerunek miasta, w którym tak często jesteśmy spięci, w biegu i nie dostrzegamy innych wokół.

Tekst: Jarek Zuzga

„Żyćko”, Mateusz Kaczyński, wyd. Seqoja, Olsztyn 2026

„Żyćko”, Mateusz Kaczyński, wyd. Seqoja, Olsztyn 2026
Szawarwa: brud, bas i duchy Warszawy

Szawarwa: brud, bas i duchy Warszawy

Szawarwa: brud, bas i duchy Warszawy

Szawarwa jest szorstka, chropowata. Czasem zakłuje, zaboli. I może też pozostawić blizny.

Szawarwa to przestawienie liter w słowie „Warszawa”. I nie jest to przypadek, bo Warszawa w tej książce również jest poprzestawiana, pomieszana, momentami wręcz kompletnie wywrócona na drugą stronę. Filip Kalinowski, autor, bierze znane sobie miasto i pokazuje je z perspektywy, z której zwykle go nie oglądamy. To Warszawa mroczna, brudna, podziemna, absurdalna i brutalna. Warszawa ludzi żyjących na marginesie, miejsc, których nie znajdziemy w przewodnikach, i historii, które niekoniecznie chcielibyśmy znać. A jednocześnie jest to bardzo osobista opowieść o kilkunastu godzinach z życia autora, w których mieści się i szalone dzieciństwo, i trudna młodość, i obdarta ze złudzeń dorosłość.

Jest w tej książce coś z klimatu filmu Trainspotting – ten sam rodzaj brudnej, podziemnej rzeczywistości, w której ludzie próbują jakoś przetrwać, a granica między groteską, przemocą, absurdem i rozpaczą bywa bardzo cienka. Tyle że zamiast Edynburga mamy Warszawę. Nie tę z folderów, pocztówek i przewodników, ale tę, która kryje się pod powierzchnią miasta: na bazarach, podwórkach, w melinach, nocnych taksówkach i miejscach, o których wolelibyśmy nie wiedzieć.

Jedną z wielu pojawiających się tu postaci jest czarnoskóry kierowca Priusa o ksywie „Ślepy”. Nie jest on może istotnym bohaterem tej historii, ale dobrze reprezentuje jeden z jej ważnych, choć zwykle niewidocznych światów – warszawskich imigrantów. Ludzi, którzy są tutaj, choć czasem jakby ich nie było. Żyją obok nas, pracują, jeżdżą po naszych ulicach, spotykają się ze sobą, tworzą własne środowiska – nie zawsze legalnie, czasem wręcz poza oficjalnym obiegiem miasta.

To właśnie z tego świata wyłania się jeden z najbardziej niezwykłych wątków Szawarwy: okultyzm. W opuszczonych domach na obrzeżach miasta odbywają się nielegalne seanse, w których uczestniczą ludzie funkcjonujący gdzieś na marginesie oficjalnego życia. Jest w tym coś jednocześnie fascynującego i niepokojącego – jakby pod dobrze znaną Warszawą istniało jeszcze inne miasto, z własnymi zasadami, rytuałami i tajemnicami.

I właśnie podczas jednego z takich seansów dochodzi do brutalnego zderzenia tych dwóch światów. Autor, wraz z grupą imigrantów, zostaje zatrzymany przez policję. Zamiast zwykłej interwencji jest przemoc i brutalne pobicie. To jedna z tych scen, które szczególnie mocno pokazują, jak daleko Szawarwa znajduje się od pocztówkowego obrazu Warszawy. Tutaj miasto ma również swoją ciemną, agresywną stronę – a jego instytucje nie zawsze są po stronie tych, którzy znaleźli się na marginesie.

Ten motyw ludzi, których „nie ma”, łączy się zresztą z główną metaforą książki. Warszawa też jest, ale właściwie jej nie ma. Ta prawdziwa zniknęła przecież w czasie wojny i powstania. Dzisiejsze miasto jest zbudowane na jej ruinach, pamięci i nieobecności. Szawarwa próbuje dotrzeć właśnie do tego, co znajduje się pod powierzchnią współczesnej stolicy – do ludzi, historii i miejsc, które oficjalna Warszawa najchętniej by przemilczała.

Ale chyba najbardziej przejmujący jest dla mnie wątek pierwszej miłości. Jest w nim coś bardzo prostego i przez to niezwykle mocnego: dziewczyna mieszkała w jednym z bloków i siadała w oknie na dziesiątym piętrze, śpiewając. Autor ją obserwował i zakochał się. Nie wielkie deklaracje, nie romantyczne gesty – tylko dziewczyna siedząca wysoko w oknie i jej śpiew dobiegający z blokowiska. Jeden z tych obrazów, które w młodości potrafią wydawać się początkiem całego świata.

A potem życie potoczyło się dalej. I niestety nie był to ciąg dalszy romantycznej historii. Los dziewczyny okazał się smutny, a wspomnienie tej pierwszej miłości – zamiast być nostalgiczną pocztówką z młodości – staje się opowieścią o przemijaniu, rozczarowaniu i o tym, jak bardzo nie mamy wpływu na to, co stanie się z ludźmi, których kiedyś kochaliśmy. Jest w tym coś naprawdę przejmującego. Także dlatego, że obraz dziewczyny śpiewającej w oknie na dziesiątym piętrze zostaje w głowie na długo.

Bo właśnie pamięć jest w Szawarwie równie ważna jak sama Warszawa. Autor schodzi pod jej powierzchnię, ale jednocześnie schodzi w głąb własnej przeszłości. Miasto i biografia zaczynają się mieszać. Blokowisko, ulica, pierwsza miłość, przemoc, przypadkowo spotkani ludzie, dziwne rytuały – wszystko to układa się w osobistą mapę Warszawy, ale też w opowieść o dorastaniu.

Jest jednak w tej książce jeszcze coś, co wydaje mi się ważniejsze od samego obrazu miasta. Pytanie o to, przeciwko czemu właściwie przez całe życie walczył autor. On i jego środowisko byli po drugiej stronie – przeciwko systemowi, przeciwko „normalnemu”, uporządkowanemu światu, w którym z jednej strony tak bardzo chcemy być, a z drugiej strony tak bardzo nie chcemy. Przez Szawarwę przechodzi więc nieustannie podział na „nas” i „ich”, na tych, którzy żyją poza systemem, i tych, którzy się w nim mieszczą.

Tylko czy na końcu nie okazuje się, że ten system to również my? Że nie istnieje gdzieś obok nas, jako coś zewnętrznego, przeciwko czemu można się buntować, ale że sami go tworzymy – swoimi wyborami, przyzwyczajeniami, lękami i potrzebą porządku? Nie jestem pewien, czy właśnie takie jest przesłanie tej książki. Być może autor wcale nie chce udzielić na to pytanie odpowiedzi. Ale po lekturze trudno go nie postawić. I wtedy Szawarwa okazuje się czymś więcej niż tylko opowieścią o alternatywnej Warszawie i życiu na jej marginesie.

I jest jeszcze muzyka. Dużo muzyki. Dygresje, skojarzenia, nazwiska, gatunki, rytmy i brzmienia. To zresztą nie powinno dziwić – autor jest dziennikarzem muzycznym. Dzięki temu Szawarwa jest trochę powieścią, trochę wspomnieniem, a trochę nietypowym przewodnikiem po muzycznym pejzażu miasta. Można ją czytać, a można też niemal słuchać.

To nie jest Warszawa, którą łatwo polubić. Jest mroczna, brudna, podziemna, czasem brutalna i absurdalna. Ale właśnie dlatego wydaje się prawdziwa. Szawarwa pokazuje miasto, które nie chce być ładne, i ludzi, którzy nie zawsze potrafią być dobrzy. A jednak – gdzieś pod tym całym brudem, basem, krwią i dymem – jest w tej książce sporo czułości. Dla miasta, które umierało już wiele razy. I dla ludzi, którzy mimo wszystko wciąż próbują w nim żyć.

Po przeczytaniu Szawarwy trudno patrzeć na Warszawę tak samo. A może właśnie o to chodzi – żeby trochę ją poprzestawiać. Tak jak poprzestawione jest słowo, od którego książka bierze swój tytuł.

Tekst: Jarek Zuzga

„Szawarwa”, Filip Kalinowski, Wydawnictwo Newhomers, 2026

Ziemia jako pamięć miasta – nowy numer Autoportretu

Ziemia jako pamięć miasta – nowy numer Autoportretu

Ziemia jako pamięć miasta – nowy numer Autoportretu

Autoportret, nr 87
87. numer kwartalnika Autoportret (wydawanego przez Małopolski Instytut Kultury) poświęcony jest ziemi – rozumianej dosłownie jako powierzchnia naszej planety, ale także jako nośnik historii i tożsamości. To wyjątkowe wydanie szczególnie zainteresuje warszawiaków, bo wśród autorów znaleźli się znawcy i miłośnicy stolicy.
Nieodżałowany Marcin Wicha jak zawsze w mistrzowski sposób pisze o warstwach Kamionka, Beata Chomątowska przygląda się osiedlu Muranów, a Zygmunt Borowski odkrywa, co skrywała ziemia pod tzw. Placem Centralnym. Szczególnie interesujące są także dwa teksty poświęcone Kopcowi Powstania Warszawskiego: „Kurhan codzienności” (Michał Trawiński, Marcin Maraszek, Maciej Kaufman) oraz „Złożone więzi” (Magdalena Wnęk, Justyna Dziedziejko).
To lektura, która pozwala spojrzeć na miasto z zupełnie innej, podziemnej perspektywy. Gorąco polecamy!
Nowe legendy miejskie z Warszawy

Nowe legendy miejskie z Warszawy

Nowe legendy miejskie z Warszawy

Nakładem wydawnictwa Muzeum Warszawy ukazała się niedawno wyjątkowa książka – „Rzeczy dzieją się w Warszawie. Nowe legendy miejskie”. To zbiór historii o naszym mieście, jego mieszkańcach, przedmiotach i miejscach. W książce znalazły się opowieści niezwykle intrygujące, tajemnicze i trochę zakręcone. W jednej z legend znajdziemy odpowiedź na pytanie, dlaczego słynne Elizeum księcia Kazimierza Poniatowskiego od lat nie może doczekać się remontu i otwarcia dla publiczności. W kolejnej, o gwieździe światowego formatu, która oszołomiona urokiem Warszawy postanowiła dla naszego miasta porzucić sławę oraz bogactwo i spędzać czas na stołecznych… nie chcemy dalej zdradzać, przeczytajcie sami :). W legendach znajdziecie też historię warszawskiego superbohatera broniącego słabszych –  Ninji z Grochowa. Przeczytacie piękną legendę o życiu zwykłych warszawiaków: o pędzie młodych i wolniejszym życiu starszych. I choć ta historia umiejscowiona jest współcześnie, to Warszawa posiada w niej gwarne jak przed wojną Nalewki i ulicę Gęsią z ich żydowskimi mieszkańcami.

Moją ulubioną historią jest mroczna opowieść o magicznym zegarze Gugenamusa. To lektura obowiązkowa dla miłośników starych chronomierzy – przeczytajcie, a unikniecie śmiertelnej pułapki.

Jeśli chcecie uprzyjemnić sobie ten trudny pandemiczny czas, koniecznie sięgnijcie po „Rzeczy dzieją się w Warszawie. Nowe legendy miejskie”. Dodatkowo niech zachęcą Was nazwiska autorów: Błażej Brzostek, Wojciech Kuczok, Maciej Łubieński, Agata Passent, Monika Powalisz i Michał Walczak.

To must read dla wszystkich miłośników Warszawy.

Agnieszka Zuzga

W podziemiach Warszawy

W podziemiach Warszawy

W podziemiach Warszawy

Tajemnicze tunele, niedostępne lochy i ukryte w podziemiach skarby zawsze oddziaływały na wyobraźnię. Czy Warszawa jest pod tym względem interesującym miastem?

Tematom tym poświęcona jest książka Rafała Jabłońskiego. Wydana dość dawno, bo w 1978, zawiera kompendium wiedzy o tunelach i lochach, których istnienie zostało potwierdzone, lub krążyły o nich na tyle wiarygodne opowieści, że warto było zastanowić się nad prawdopodobieństwem ich istnienia.
Jest tu zatem o licznych tunelach, podziemnych salach i szybach w okolicy Cytadeli i otaczających ją fortów, o przejściach pod Wisłą, o Elizeum i innych, dziś już niedostępnych obiektach w parku przy Książęcej, o podziemiach staromiejskich, w tym o tunelu łączącym Cytadelę z Zamkiem Królewskim, o tunelu pod Placem Inwalidów, i oczywiście o słynnym łączniku Żoliborza z Twierdzą Modlin, po którym ponoć jeździł konny pociąg.
Dobrze się czyta tę książkę, autor nie tylko czerpał z opowieści świadków i materiałów źródłowych, ale wiele podziemi zwiedził osobiście i zrobił dokumentację zdjęciową. Miał okazję zobaczyć na własne oczy miejsca, do których już dziś nie dotrzemy, bo albo dostęp do nich został ograniczony, albo po prostu nie istnieją.
Książka Rafała Jabłońskiego jest nadal dostępna – w bibliotekach, ale też pojawia się na Allegro, polecamy i zachęcamy do przeczytania.
(JZ)
Czy mogliśmy mieć najlepsze miasto świata? O książce Grzegorza Piątka

Czy mogliśmy mieć najlepsze miasto świata? O książce Grzegorza Piątka

Czy mogliśmy mieć najlepsze miasto świata? O książce Grzegorza Piątka

Działalność Biura Odbudowy Stolicy (BOS) to temat wzbudzający wiele emocji. Powołane przez prezydenta Warszawy Mariana Spychalskiego w lutym 1945 roku Biuro miało niesłychanie obszerny zakres zadań do wykonania: inwentaryzację zniszczeń, odbudowę zabytków, a także planowanie lepszej i nowoczesnej Warszawy. To wszystko w zburzonym mieście, do którego codziennie powracali dawni mieszkańcy. 

W ciągu 5 lat działalności pracownicy podjęli wiele decyzji o rozbiórkach i odbudowach. Wytyczali nowe ulice, poszerzali stare, projektowali warszawskie dzielnice: mieszkaniowe, rządowe, przemysłowe, dbając o to, żeby lokale były dobrze doświetlone i by każdy miał dostęp do terenów zielonych oraz czystego powietrza nawiewanego do Warszawy przez pasy napowietrzające. Wymieniać można by jeszcze bardzo długo.

BOS miało unikalną możliwość zaprojektowania Warszawy od nowa – stworzenia „najlepszego miasta świata”. Ogrom zniszczeń wojennych oraz dekret Bieruta sprawiły, że można było zrobić praktycznie wszystko. Czy to się udało? Pewnie każdy ma na ten temat własny pogląd. 

Odkąd pamiętam wydawało mi się, że moje miasto, choć najukochańsze na świecie, przeciekawe i fascynujące, jest brzydkie i niefunkcjonalne. Rozumiałam skutki wojny, ale nie potrafiłam wytłumaczyć sobie, dlaczego jest krajobrazowo nieuporządkowane, rozlazłe, podzielone w centrum szerokimi, nieprzyjaznymi ulicami tj. trasą WZ, trasą łazienkowska, ulicą Marszałkowską czy Wisłostradą. Albo po co budowano bloki mieszkalne w ścisłym centrum?

Bardzo jasno i ciekawie objaśnił mi to Grzegorz Piątek w swojej książce „Najlepsze miasto świata. Warszawa w odbudowie 1944-1949”.  Przedstawił proces pracy Biura Odbudowy Stolicy w sposób solidny i oparty na wielu materiałach źródłowych. Przedstawia ludzi – pracowników BOS – ich pasje, wizje i narzucone decyzje, a jednocześnie opisuje, jak one wyglądały dla konkretnych warszawiaków: tych, do których po latach tułaczki uśmiechnęło się szczęście i dostali mieszkanie w nowym bloku, i do tych, którzy musieli opuścić często świeżo odbudowane własnymi rękami lokale. Bardzo dużą wartością tej książki jest także ukazanie wzajemnych postaw przedwojennych, związanych z sanacyjnymi inwestycjami architektów, czy walczącego w AK Agatona z komunistyczną władzą. Piątek porusza też ważny temat społeczny, który mógł mieć wpływ na wyniki prac BOS: sprawę nieangażowania kobiet w pracę biura.

Książka udowadnia, że działalność BOS nie jest biało-czarna, ale że jest w niej mnóstwo odcieni szarości, oraz że planowanie miasta to praca na żywym organizmie, który pod wpływem wielu niezależnych oddolnych decyzji ewoluuje i wymusza korektę planów.

Po lekturze nie zmieniłam zdania o Warszawie – nadal myślę, że nie jest zbyt piękna, ale rozumiem dlaczego, i jest to wiedza która, czyni moje miasto jeszcze bardziej kochanym.

„Najlepsze miasto świata. Warszawa w odbudowie 1944-1949” to pozycja ponad 500-stronicowa, którą czyta się jak fascynującą, pełną akcji powieść.

 

Tekst: Agnieszka Zuzga (Warszawska Fabryka Spacerów)

 

Grzegorz Piątek, „Najlepsze miasto świata. Warszawa w odbudowie 1944-1949”, Wydawnictwo W.A.B, 2020 r.