Warszawie wybaczę prawie wszystkie błędy

Anna Alboth

Tęsknię za upierdliwymi paniami w autobusach, które wtrącają się w wychowywanie dzieci, za nowomową dresiarzy, za księgarniami i kawiarniami, w których mogę wpaść na znajomych – opowiada podróżniczka Anna Alboth.

Od początku wakacji zaspokajamy naszą ciekawość i pytamy osoby, które wyprowadziły się z Warszawy, za czym tęsknią.  Czego im  brakuje? A czego zupełnie nie brakuje? Jak odległość od miasta, w którym spędziło się wiele lat, wpływa na jego postrzeganie?

Do rozmowy zaprosiliśmy podróżniczkę Annę Alboth, warszawiankę, która na stałe mieszka w Berlinie. Swoje podróżnicze życie opisuje w blogu Rodzina bez Granic. Za czym tęskni?

Gdybyś teraz wróciła do Warszawy, gdzie skierowałabyś swoje pierwsze kroki?

Gdybym miała wrócić tu na stałe, chciałabym zamieszkać w centrum, żeby czuć rytm miasta jak najmocniej. Jeśli na chwilę – do kawiarni Wrzenie Świata albo baru Plan B, bo tam – jak za starych czasów – zawsze spotkam kogoś znajomego.

Za czym tęsknisz będąc daleko?

Za upierdliwymi paniami w autobusach, które wtrącają się w wychowywanie dzieci („a czapeczkę ma? a czapeczki nie ma?”), za nowomową dresiarzy, którą sobie zapisuję na karteczkach, za „moimi” wszystkimi ulicami, za polskimi księgarniami i kawiarniami, w których mogę wpaść na znajomych.

Mam sentyment do okolic Metra Politechnika (bo liceum na Polnej), okolic Krakowskiego Przedmieścia (bo okienka na studiach i – przede wszystkim – mieszkanie Babci na Nowym Świecie), Pola Mokotowskiego (bo niedaleko domu), Wisły (bo letnie życie). Lubię też Pragę i Żoliborz, ale to już przez pojedyncze miejsca czy historyjki.

Jak w skrócie opisałabyś Warszawę swoim przyjaciołom i znajomym z Berlina?

Moje miasto! Ja jestem absolutnie nieobiektywnie zakochana w Warszawie, tęsknię za nią, kiedy mnie tam nie ma i wybaczam prawie wszystkie błędy. Ale też widzę jak pięknieje i mądrzeje w ciągu ostatnich lat. No świetna jest, tak w skrócie!

Jak myślisz, co mogłoby im się spodobać? A co mogłoby ich zdziwić?

Myślę (i wiem), że podobają im się na przykład cmentarze. Że są prawdziwym miejscem, które żyje, które jest dla ludzi wciąż ważne. W Niemczech jest inaczej. A na minus – dziwi ich, że rzeka jest tak słabo wykorzystana, choć my wiemy, że to i tak się bardzo zmienia. We wszystkich europejskich miastach – życie kręci się wokół rzek, a u nas tylko latem w nocy. No i co dziwi bardzo: że nie można pić alkoholu na ulicach.

Miałaś kiedyś taki moment, kiedy na drugim końcu świata pomyślałaś: „O, zupełnie jak w Warszawie”?

Nie, nigdy. Jeszcze mieszkając w Warszawie myślałam, że tak, owszem, mogę podróżować dużo i na długo, ale mieszkać tak naprawdę będę mogła tylko w Warszawie. Kiedy pierwszy raz, dawno dawno temu, odwiedziłam Berlin, pomyślałam, że to drugie miejsce na świecie, w którym wyobrażam sobie żyć. No i tak zostało.

Co widziałaś ze swojego okna na Warszawę, a co widzisz teraz z okna w miejscu w którym mieszkasz?

 W Warszawie miałam dobre okno: wychodziło na osiedlową ulicę, którą wielu musiało przekraczać, żeby pójść na zakupy czy przystanek autobusowy. Dobry punkt strategiczny dla nastolatki. W Berlinie mieszkamy w bardzo głośnym miejscu: obok szpitala, straży pożarnej, komisariatu policji, przy ulicy, która jest wyjazdówką na autostradę, obok okna przejeżdża tramwaj, a dokładnie nad naszym budynkiem lecą samoloty na lotnisko Tegel. Ale poza tym to spokojna dzielnica: z parkami i basenem odkrytym.

Miejsce w Warszawie, które ma rację bytu tylko w Warszawie, bo w każdym innym miejscu na świecie to nie byłoby już to samo, to Twoim zdaniem…

Plac  Zbawiciela z tęczą. Gdzie na świecie odbywałyby się takie walki o wesołą konstrukcję z kolorowych kwiatów? Ja uwielbiam tęczę (nie tylko ideologicznie, ale też wizualnie: widok na nią nad ranem, kiedy w barze rozmawiam sobie z przyjaciółmi – zawsze mnie cieszy).

Miejsce, bez którego Warszawa nie byłaby Warszawą to…

 Nowy Świat i cały Trakt Królewski. Jak tamtędy przejeżdżam, przechodzę, czy widzę stamtąd zdjęcia w książkach czy u międzynarodowych znajomych na Facebooku – myślę sobie: moja Warszawa.

Co Warszawa mogłaby zaczerpnąć z Berlina?

Luz: żeby ludzie nie przejmowali się tak bardzo tym, jak wyglądają i czy robią ważne sprawy. W Berlinie jest więcej wolności, kreatywności i przyzwolenia na różnorodność. Wszyscy się czują jak u siebie. Mają też mnóstwo możliwości, żeby robić to, co naprawdę kochają. Życie w Berlinie jest łatwiejsze niż w Warszawie.

A co Berlin mógłby zaczerpnąć z Warszawy?

 Pierogarnie, ceny taksówek i bardziej kontaktowych ludzi na ulicach. W Warszawie ludzie częściej wchodzą z obcymi w interakcje: w autobusach, na wystawach, w kawiarniach. W Warszawie też międzysąsiedzkie więzi są mocniejsze: ludzie mieszkający w jednym bloku czy na jednym podwórku trochę się znają, pożyczą sobie cukier. W Berlinie sąsiedzkie spotkania to niestety rzadkość. Ludzie organizują projekty wspólnego mieszkania (że do budynku wprowadza się kilkunastu przyjaciół), ale mi chodzi bardziej o taką naturalną wymianę, w przypadkowych gronie. Moja sąsiadka staruszka zawsze jest zadziwiona, że chcę jej pomóc nieść zakupy.

Czy Wy również mieszkaliście w Warszawie przez wiele lat i podjęliście decyzję o przeprowadzce do innego miasta lub kraju? Czy tęsknicie za Warszawą? Czego Wam brakuje po przeprowadzce? Czy w nowym mieście jest Wam lepiej?  Czekamy na Wasze listy: oknonawarszawe@gmail.com. 

Brakuje mi wydeptanych warszawskich ścieżek

Brakuje mi wydeptanych warszawskich ścieżek

Julia Raczko w Chile

Podróżniczka i blogerka Julia Raczko mieszka na stałe w Australii, a tęskni za zakładem fryzjerskim przy Wilczej i świeżymi kwiatami z Hali Mirowskiej. Opowiedziała nam, jak patrzy się na Warszawę z perspektywy osoby, która od kilku lat mieszka bardzo daleko.

Julia Raczko – dziennikarka, podróżniczka. Przez lata pracowała jako producentka i reżyserka programów telewizyjnych. Pewnego dnia postanowiła wyruszyć w samotną podróż dookoła świata. Na postanowieniu się nie skończyło – wyruszyła. Po drodze zakochała się i podjęła decyzję o zamieszkaniu w Australii. O podróżach i życiu na końcu świata pisze w blogu Where is Julie and Sam.

Od zawsze jestem ciekawa, jak odległość od miasta, w którym spędziliśmy wiele lat, wpływa na jego postrzeganie. Za czym ludzie tęsknią? Czy dostrzegają w nim coś, czego my, warszawiacy, nie dostrzegamy i nie doceniamy? Byłam ciekawa, co powie Julia, która mieszka teraz w Brisbane.  

Czujesz, że opuściłaś Warszawę? A może powiedziałaś jej tylko “pa pa”?

Wszystko stało się tak szybko, że chyba nie zdążyłam zdać sobie sprawy, że żegnamy się na dłużej. Cała ta moja podróż dookoła świata, wyprowadzka do Australii, wydarzyły się niespodziewanie. Do dziś nie czuję, że Warszawę opuściłam. Wciąż sobie myślę, że może kiedyś znowu tam będę, tak na dłużej, trochę marzę. Po za tym nie lubię się żegnać, więc Warszawie powiedziałam „do zobaczenia”. W myślach.

Czy po zamieszkaniu w Brisbane porównywałaś to miasto z Warszawą? Jak wypadało takie porównanie?

Im dłużej jestem w Brisbane, a mijają właśnie dwa lata, tym więcej porównuję. Pewnie z tęsknoty. Bo Brisbane jest zupełnie innym miastem niż Warszawa – trudno znaleźć punkt zaczepienia. Są inne chodniki, inne budynki, inne korki, inne sklepy i parki, inni ludzie.

Chociaż… jest coś wspólnego – rzeka. Brisbane, podobnie jak Warszawa, leży nad rzeką , nad Brisbane River, i tak naprawdę to nad rzeką toczy się miejskie życie. Gdy wyjeżdżałam z Warszawy, okolice Wisły dopiero zaczynały się rozwijać. Wiem że koncepcja idzie w podobnym kierunku, że będą bulwary, plaże i będzie się działo. Może kiedyś te dwa miasta będą bardziej podobne.

Brisbane

Jak w skrócie opisałabyś Warszawę australijskim przyjaciołom?

Że to sama słodycz, skryta pod twardą skorupą.

Większość Australijczyków kocha Kraków, Warszawę zazwyczaj oceniają krytycznie. Zawsze zastanawiało mnie dlaczego, ale wreszcie, chyba dzięki patrzeniu z perspektywy na Polskę, zaczynam to rozumieć. Turystycznie Kraków jest bardzo przyjazny i wita gości z otwartymi ramionami. Warszawa, podobnie jak dla mnie np. Lizbona, jest miastem, któremu trzeba poświęcić więcej czasu, z którą trzeba się zakolegować, a to trwa. Po prostu. Myślę sobie, że aby lubić Warszawę, trzeba ją znać, albo trzeba mieć kogoś, kto poprowadzi nas przez nią za rękę. I to właśnie mówię moim australijskim znajomym: że Warszawa to fantastyczne miasto, że rozwija się w szybkim tempie, ale że jeśli chcą je polubić, musimy jechać tam razem.

Jak myślisz, czy jest coś, co mogłoby ich zaskoczyć?

Przede wszystkim to, że po ulicach nie chodzą białe niedźwiedzie, że latem można się opalać, że sklepowe półki są pełne, że nie wszyscy kradną. Niestety, takie są mity o Polsce w Australii, a jeszcze gorsze jest to, że część z nich tworzą sami Polacy, którzy wyemigrowali trzydzieści lat temu i myślą, że Polska wciąż jest taka sama jak w PRL-u. Ciężko pracuję nad ich obalaniem. Myślę, że w Warszawie Australijczyków najbardziej zaskoczyłoby to, jak bardzo nowoczesnym jest miastem, i że oprócz pierogów z kapustą i wódki możemy na obiad zaproponować coś bardziej wykwintnego.

Mówiłaś, że nie lubisz się żegnać, domyślam się więc, że od czasu do czasu brak ci Warszawy. No właśnie – za czym tęsknisz?

Za swoimi wydeptanymi ścieżkami. Ścieżkami na spacer z psem. Ścieżkami do warzywniaka. Ścieżkami do kawiarni. W Brisbane muszę je sobie jeszcze wydeptać. Chwilę to potrwa. Tęsknię za tym, co było moje. Tęsknię za tym, że w sumie wszędzie było blisko, bo australijskie miasta są tak rozległe, że dotarcie z jednego końca na drugi trwa godzinami. Tęsknię za długo otwartymi sklepami i barami, bo w Brisbane o 21:00 wszyscy śpią. Tęsknię za metrem, bo tu go nie mam wcale (tak, wiem, tęsknota za warszawskim metrem brzmi dość egzotycznie). Tęsknię za tą specyficzną miejską duszą, bo Warszawa ma w sobie tyle historii, co nie ma cała Australia. I za Halą Mirowską – ze świeżymi, tanimi kwiatami. Za Starym Mokotowem, gdzie mieszkałam przed podróżą dookoła świata. Za okolicami Łowickiej i Rejtana, za Pole. Mokotowskim – uwielbiałam spędzać tam popołudnia. Za barem Powiśle, Hydrozagadką na Pradze, no i klubem Klatka, którego już dawno nie ma na mapie Warszawy.

Gdybyś teraz wróciła do Warszawy, gdzie skierowałabyś swoje pierwsze kroki?

Na Wilczą do mojego fryzjera Piotrka. Nie dość, że fryzjer geniusz, to i okolica cudowna. W pobliżu ul. Mokotowska i Plac Trzech Krzyży. Pochodziłabym…

Albo może na Żoliborz? To tam teraz mieszkają moi przyjaciele. Sama spędziłam tam kilka lat, lubiłam mieszkać na Żoliborzu. I z ogromną przyjemnością zajrzałabym na Plac Wilsona, odkryła wszystkie nowe knajpy, których jeszcze nie znam.

Co widziałaś ze swojego okna na Warszawę, a co widzisz teraz z okna w miejscu, w którym mieszkasz?

Widziałam drugą stronę kamienicy i plac zabaw. Był krzywy chodnik, na którym zawsze się potykałam i wielkie drzewo, które najpiękniej wyglądało jesienią. Sąsiadka wychodziła na spacer z ujadającym burkiem i goniła mnie z dołu za rower na klatce, a potem starym chlebem dokarmiała stada gołębi.

Dziś z moich drzew nie spadają liście, bo to palmy. Chodnik nie jest krzywy, bo wcale go nie ma i nikomu się nie spieszy, żeby go zrobić. Sąsiadka nie wychodzi na spacer z burkiem, tylko bierze go w samochód i jedzie do parku – wszędzie jest daleko. Rower stoi w garażu, więc nic nikomu do niego, a ptaki dokarmiam sama, tyle, że zamiast gołębi mam kolorowe papugi.

Co do Warszawy przeniosłabyś z miejsc, w których mieszkałaś?

Pogodę! Mówi się, że w Brisbane jest ponad 290 słonecznych dni w roku. Zabrałabym też niezwykłą umiejętność Australijczyków do miksowania starej architektury z nową. Nie wiem, na czym polega ta sztuka, ale tu ceglany kościół obok szklanego wieżowca wygląda genialnie! Wszystko gra.

Gdy płynęłam ostatnio miejskim promem, pomyślałam sobie, że taki transport rzeczny też by się przydał w Warszawie, w Brisbane jest świetnie rozwinięty. I jeszcze darmowe (albo prawie darmowe) gazowe grille, które są w Australii w każdym, nawet najmniejszym parku. Przychodzisz, wrzucasz kiełbaski na ruszt i tak, w środku miasta, spędzasz dzień z przyjaciółmi.

Z wielką chęcią skopiowałabym też targ Eat Street Market z Brisbane i wkleiła go gdzieś na warszawskich przedmieściach. Żarcie z całego świata w kolorowych kontenerach – atmosfera idealna na weekendowy wieczór.

Ale przede wszystkim zabrałabym uśmiechy ludzi i ich nastawienie do życia. Australijczycy mają w sobie masę pozytywnej energii, której w Polsce, bo chyba nie tylko w Warszawie, czasami brakuje. Są wobec siebie bezinteresownie życzliwi i szanują swoje otoczenie.

Podjęliście decyzję, by żyć poza Polską? Tęsknicie za Warszawą? Czego Wam najbardziej brakuje? Jak Wasze doświadczenia w nowym miejscu zamieszkania wpływają na Wasze postrzeganie stolicy? Czekamy na Wasze listy: oknonawarszawe@gmail.com

W podróży

Podróże odświeżają mój związek z Warszawą

Podróże odświeżają mój związek z Warszawą

Ola Synowiec w podróży

 

Po powrocie każdy dzień  Warszawie jest przygodą – chyba nigdy nie wyciskałam jej aż tak do cna. O piątej rano ze znajomymi  pokazuję przypadkowym turystom jak się tańczy studniówkowego poloneza. Przez dziurę wchodzimy w tunele Fortów Bema i bawimy się w Indianę Jonesa – mówi podróżniczka Ola Synowiec.

Od autorki: Ta rozmowa jest owocem mojego odwiecznego zainteresowania tematyką podróży, emigracji i tęsknoty za miejscem, w którym kiedyś zapuściło się korzenie. Wielokrotnie przekonałam się, że banalne z pozoru pytania, na przykład: “Czy tęsknisz” i “Za czym tęsknisz”, prowadzą do bardzo ciekawych obserwacji.

O tęsknocie za Warszawą rozmawiałam z Olą Synowiec, podróżniczką, która potrafi zadomowić się w chyba każdym miejscu na świecie i wszędzie odnaleźć podobnych do siebie  ludzi z pasją. Ola jest autorką bloga Mexico Magico.

Dlaczego raz w roku na tak długo opuszczasz Warszawę?

Siedziałam kiedyś na balkonie przyjaciela, na dziesiątym piętrze bloku na Chmielnej, z widokiem na całe centrum Warszawy. I pomyślałam: „Hej ciekawe, czy istnieje coś więcej?”. To było trochę tak, gdy człowiek patrzy w gwiazdy i myśli sobie, czy jest życie na innych planetach. Warszawa była moim absolutnym centrum wszechświata, jej poświęcałam wszystkie swoje siły życiowe. Pracowałam dla warszawskiego serwisu internetowego, organizowałam Urodziny Pragi i inne wydarzenia kulturalne, prowadziłam warsztaty o Warszawie i pokazywałam ją obcokrajowcom. W wolnych chwilach zgłębiałam jej historię i uczyłam siebie oraz innych warszawskiej gwary. Nie wyobrażałam sobie siebie w innym miejscu. Dlatego ta krótka balkonowa myśl była jak olśnienie, jak odkrycie innej planety.

Swoje miejsce znalazłaś w Meksyku.

W Meksyku mam teraz drugie życie, moje drugie centrum wszechświata, taki mały świat, o którym nikt z moich warszawskich znajomych nie wie.

Te wyjazdy odświeżają mój związek z Warszawą. To jak z żoną, którą widuje się raz na jakiś czas, jak z żoną, za którą można w końcu zatęsknić. Takie rozstania sprawiają, że zakochujesz się na nowo, że doceniasz to, co was łączy, że zdajesz sobie sprawę, jak bliskimi uczyniły was te wszystkie lata, które razem spędziliście. Takie rozstania dodają relacji pieprzu. Komplementujesz ją, zabiegasz o jej względy, starasz się każdy dzień razem uczynić czymś szczególnym.

Teraz każdy dzień w Warszawie jest przygodą, chyba nigdy nie wyciskałam jej aż tak do cna. Czuję się, jakbyśmy przez cały czas były na pierwszej randce. I robimy te wszystkie pierwszorandkowe głupotki . Pijemy wódkę przy 30-stopniowym mrozie wyobrażając sobie, że jest 30, ale na plusie. O piątej rano pokazujemy przypadkowym turystom jak się tańczy studniówkowego poloneza, i jest nas chyba ponad 10 par. Przez dziurę wchodzimy w tunele Fortów Bema i bawimy się w Indianę Jonesa.

Podróże pozwoliły mi spojrzeć na Warszawę z pewnego dystansu i czasem bawię się tutaj w turystę. Wcześniej poruszałam się po swoich, znanych ścieżkach, a teraz z dziką radością odkrywam nowe rejony – Włochy, Bemowo, Wolę, miejsca, które zawsze były „tak daleko”. Wcześniej miałam też swoje stare towarzystwo, znajomych z liceum, ze studiów, z Pragi i nie wyobrażałam sobie, że będę mogła stworzyć jakieś nowe relacje. Podróże nauczyły mnie pewnej otwartości – teraz chętniej poznaję nowych ludzi i zaprzyjaźniam się z nimi. Warszawa jest pełna pięknych ludzi z pasją, ludzi, „którym się chce”.

Ola Synowiec

Co takiego ma w sobie Meksyk, że wracasz za każdym razem właśnie tam?

Jestem w trakcie „doustalania” tego. Jest coś w powietrzu – takie uczucie, że wszystko jest możliwe. Jest coś w ludziach – uczę się od nich pogody ducha i uśmiechu. Meksykanie mówią, że mam meksykański temperament, może coś w tym jest. Na pewno mam już tam przyjaciół, swoje ukochane miejsca , swój sklep z tortillami i panią, od której kupuję brokuły, oraz inne głupotki dnia codziennego. Teraz już wracam tam w kategorii domu.

Teraz znów jesteś w podróży.

Jestem teraz w Stambule. Odwiedzam zaprzyjaźniony francuski zespół rockabilly, który poznałam w Meksyku. Są tu dwa tygodnie w trasie koncertowej. Wynajmują całą piękną kamienicę niedaleko Taksimu. Właśnie odwiedzili mnie znajomi, którzy podróżują stopem przez pół roku przez Bliski Wschód. Zboczyli z trasy, żeby się ze mną spotkać. Pijemy kawę po turecku, jemy hummus, rozmawiamy po hiszpańsku, a Mary mnie rysuje.

Jak w skrócie opisałabyś Warszawę swoim meksykańskim znajomym?

Często ją opisuję.  Porównuję Pragę, gdzie mieszkam w Warszawie, do meksykańskiego Tepito. Tepito ma opinię najniebezpieczniej okolicy w mieście Meksyk, ale to także miejsce z bardzo specyficznym savoir-vivrem, wysokim poczuciem własnej godności, specyficzną gwarą, kulturą, sposobem ubierania. Teraz znajdują tu swoje miejsce także artyści i alternatywne galerie sztuki. Gdy ktoś mnie pyta, skąd jestem – mówię, że z takiego polskiego Tepito.

Jak myślisz, co w Warszawie mogłoby spodobać się Twoim znajomym? A co mogłoby ich zdziwić?

Opowiadam im dużo o naszej niezwykłej plaży. To coś niespotykanego – dzika plaża w środku europejskiej stolicy, gdzie możesz zrobić ognisko, zobaczyć wydrę, dzika, sarnę. Opowiadam im o formacie żywieniowym barów z wódką i zakąską. Mają coś podobnego w Meksyku w postaci mezcalerii, podobne odrodzenie knajp w starym stylu, tyle że bez tak staroświeckiego sznytu jak u nas. Opowiadam o Wielkiej Paradzie Studentów i Juwenaliach. Opowiadam o koncertach Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy. Wszystkie te opowieści sprawiają, że ich oczy powiększają się i mówią, że muszą odwiedzić Warszawę. Podobają im się także proste rzeczy, takie jak rozkłady jazdy komunikacji miejskiej, całodobowe sklepy z alkoholem i centralne ogrzewanie.

Za czym tęsknisz w Warszawie, kiedy Cię tu nie ma?

Za wszystkim! Za zimnym powietrzem, które rozwiewa moje włosy, gdy jadę nocą rowerem po moście Świętokrzyskim. Za długimi spacerami z Tymkiem po torach, za Bazyliką na Kawęczyńskiej. Za zimną wódką przy barze w Planie B o czwartej nad ranem. Za kebabem na Centralnym po marnej imprezie. Za stęchlizną wyciąganych z szaf futer w tramwaju podczas pierwszych podmuchów jesieni. Za przeglądem kup z całej zimy, kiedy zaczynają się marcowe pluchy.

Brakuje mi także rozumienia tego, co widzę. W Warszawie wszystko jest osadzone w kontekście. Rozumiem pociski po kulach na murach, rozumiem graffitti i stare szyldy w zakładach, gdzie reperują maszyny do szycia. Idę po ulicy i przypominają mi się setki rzeczy: piosenki, wiersze, książki, wydarzenia, które miały tu miejsce 20, 50 i 100 lat temu. Z tyloma miejscami wiążą mnie też tutaj wspomnienia. Dużo kosztuje mnie, żeby zacząć rozumieć w ten sposób Meksyk, ale to także fascynująca przygoda.

A za czym nie tęsknisz i cieszysz się, że tego nie ma w Meksyku?

To nie tak, że za czymś nie tęsknię, ale są takie rzeczy, których brakuje mi po powrocie z Meksyku do Warszawy. Przede wszystkim uśmiechu i tego, że jak ktoś wygląda sympatycznie to w Meksyku się mówi mu „cześć” i zaczyna się rozmowę. Kolorów – kolory w Meksyku są wszędzie. No i tego, że w Polsce tak mało mężczyzn tańczy, a jeśli już ktoś poprosi cię do tańca, to oznaczać to może wiele rzeczy, ale rzadko – poproszenie do tańca. W Meksyku tańczą wszyscy i tańczą dla tańca. Staram się traktować Warszawę i Polskę jako inny, konstytutywny byt i brać ją bez zastrzeżeń, w całości, z bezwarunkową miłością.

Warszawskie miejsca, do których masz największy sentyment, to…

Praga! To takie moje ukochane miasteczko, gdzie mam swoje życie i swoje szczęście. Ploteczki u ukochanej sąsiadki Tamarki w rosyjskiej restauracji Skamiejka, flaczki na Bazarze Różyckiego i późnonocne rozmowy przy barze w To Się Wytnie. Czasem lubię „pojechać do Warszawy” i zobaczyć, co jest teraz w modzie po drugiej stronie Wisły.

Gdzie kierujesz swoje pierwsze kroki po powrocie do Warszawy?

Ostatnio pojechałam prosto na Pragę. Metrem! Strasznie dziwne uczucie.

Miałaś kiedyś taki moment, kiedy na drugim końcu świata pomyślałaś: „O, zupełnie jak w Warszawie”?

Gdzieś o czwartej nad ranem, przy barze, gdzie nagle nawiązała się kilkugodzinna rozmowa między zupełnie przypadkowymi i różnymi osobami – poczułam się zupełnie jak w Przekąskach Zakąskach. Staram się rozgraniczać te dwa światy, ale czasem się nie da, bo światy są dwa, ale ja tylko jedna.

Co widzisz ze swojego okna na Warszawę?

Z mojego okna na Warszawę widzę studnię kamienicy na Szmulkach, ze wszystkimi jej sprawami i sąsiadem z jego prywatną rozgłośnią radiową. Gdy tylko robi się ciepło, wystawia głośniki na parapet i puszcza wszystkie najnowsze przeboje muzyki disco polo. Trochę wypadam z muzycznego z obiegu, jak mnie nie ma na Pradze. A z mojego okna w Meksyku widziałam księżyc i niebo pełne gwiazd, bo miałam okno w dachu. Było tam cicho i spokojnie, tylko czasem w środku nocy rozkrzyczał się jakiś kogut.

Zdjęcia: archiwum Oli Synowiec.

Przyjaciółka Warszawy

Przyjaciółka Warszawy

Rozmowa z Agnieszką Trepkowską, przewodniczką i pilotką, wiceprezes Zarządu Towarzystwa Przyjaciół Warszawy, działaczką Klubu Organizatorów Ruchu Turystycznego (KORT) Oddziału TPW, autorką wielu tras spacerowych i spotkań varsavianistycznych.

DSC_0095

Kwestionariusz Okna na Warszawę

Warszawa to… miasto moje rodzinne od pokoleń.

W Warszawie lubię… galerie sztuki, muzea, kawiarnie z klimatem.

Warszawę kocham i szanuję… bo każdy może tu znaleźć miejsce dla siebie.

W Warszawie nie lubię… tłoku w komunikacji miejskiej.

Prawdziwy warszawiak to… ciekawy wszystkiego, wiecznie młody duchem człowiek.

Moje ulubione miejsce w tym mieście… Ogród Saski.

Jeśli nie Warszawa, to… musiałabym urodzić się w innym mieście.

Czym zajmuje się Klub Organizatorów Ruchu Turystycznego?

Jako Oddział Towarzystwa Przyjaciół Warszawy koncentruje się na promocji miasta wśród jego mieszkańców i przejezdnych poprzez organizowanie i prowadzenie bezpłatnych spacerów z przewodnikiem, prezentacji multimedialnych na tematy związane z dziejami miasta, udział w innych imprezach organizowanych przez podmioty o podobnej działalności.

Jakie tematy spacerów i spotkań zrealizowaliście do tej pory?

Wiele spacerów i prezentacji związanych za znanymi postaciami, świętami i rocznicami, obiektami oraz wydarzeniami w Warszawie, np. spacery po zabytkowych cmentarzach, trasy związane ze Świętem Skarpy, cykl spacerów poświęconych historii kościołów, parkom i słynnym postaciom historycznym, spacery promowane przez Urząd Miasta i Stołeczne Biuro Turystyki, spacery w rocznice wydarzeń (Powstanie Kościuszkowskie, Powstanie Listopadowe, Powstanie Styczniowe, Powstanie w Getcie, Powstanie Warszawskie, 250-lecie Teatru Narodowego, Uchwalenie Konstytucji 3 Maja, powstania Komisji Edukacji Narodowej, wpisania Warszawy na listę UNESCO i inne). Nasze prelekcje odbywają się raz w miesiącu w Restauracji Honoratka. Dotyczą różnej tematyki warszawskiej – bale karnawałowe, dwór królewski, nieistniejące dziś zawody, warszawskie rody znane i mniej znane.

Jakie jeszcze działania podejmujecie?

Organizujemy szkolenia dla przewodników warszawskich po muzeach oraz innych obiektach związanych z historią i kulturą, bierzemy udział w sesjach zdjęciowych promujących historię Warszawy, realizowanych przez Inicjatywę Epoki Warszawy, co roku uczestniczymy w Pikniku Archiwalnym, w Święcie Wisły, a także bierzemy udział w wydarzeniach organizowanych przez inne Oddziały Towarzystwa Przyjaciół Warszawy, takich jak „Warszawa w kwiatach i zieleni” czy spotkania historyczne organizowane w Muzeum Niepodległości.

Kto może wstąpić do Klubu?

Każdy, komu zależy na zachowaniu pamięci o postaciach, wydarzeniach i obiektach ważnych w dziejach Warszawy znajdzie w nas przyjaciół i pomocne dłonie w realizacji własnych pomysłów. Zachęcamy też osoby, które chciałyby poprowadzić spacery lub wygłosić prelekcje w ramach wymienionych cykli tematycznych.

Jakie wydarzenia varsavianistyczne planujecie na najbliższy miesiąc?

W maju serdecznie zapraszamy na „Zielony Uniwersytet” – spacer, spotkanie przy BUWie, przy wejściu do ogrodów (9.05. godz. 11), spotkanie historyczne „Chomicze i Chomiczówka” w Muzeum Niepodległości (9.05. godz. 12), „Stary i Nowy BUW – zdarza się co sto lat – opowieść o 200-letniej historii, budynkach, zbiorach historycznych i współczesnych oraz o dzisiejszej pracy w bibliotece” – spotkanie w BUWie przy Dobrej (27.05 godz. 18).

Rozmawiała Małgorzata Chomicz-Mielczarek

Fot. Maria Kamińska

 

 

Bieganie naturalne jest jak powrót do dzieciństwa

Bieganie naturalne jest jak powrót do dzieciństwa

Biegacza od biegacza naturalnego różni przede wszystkim to, że ten pierwszy uprawia sport, zaś drugi filozofię, gdzie efekty sportowe pojawiają się przy okazji. Rozmowa z Marcinem Basisem i Norbertem Kubaczem, autorami strony o bieganiu naturalnym: Biegam naturalnie (www.facebook.com/biegowo).

biegi_n-1

Czym jest bieganie naturalne?

Marcin: Dla każdego oznacza to co innego. Przede wszystkim sama chęć biegania powinna wynikać nie z przymusu czy niezdrowej rywalizacji, tylko z radości życia. Często odnajdujemy ją później w trakcie treningu i po pierwszych ukończonych zawodach. W moim przypadku było to po pierwszym ukończonym maratonie. Potem dochodzi praca nad techniką biegania, szczególnie istotną w terenie. Biegnie boso czy w obuwiu minimalistycznych, gdzie but nie przeszkadza, pomaga w odczuwaniu przyjemności z biegania również poprzez czucie po czym się biega. Naprawdę jest wielka radocha kiedy biegnie się przez las i czuje ściółkę leśną pod nogami!

Norbert: Ja bym dodał, że bieganie naturalne jest też pewnego rodzaju powrotem do czasów dzieciństwa, kiedy się beztrosko biegało po podwórku i mały człowiek czuł ten powiew wolności we włosach, szybsze bicie serca. Jest to nasza naturalna umiejętność, która pomagała ludziom przetrwać przez około 200 tysięcy lat. Jest to dla mnie aktywność tak naturalna jak sen, taniec czy umycie twarzy po przebudzeniu. Życie bez biegania jest moim zdaniem o wiele uboższe. To jest najbardziej naturalny stan upojenia i zachłyśnięcia się życiem. Myślę, że biegacza od biegacza naturalnego różni przede wszystkim to, że ten pierwszy uprawia sport, zaś drugi filozofię, gdzie efekty sportowe, “życiówki”, pojawiają się przy okazji.

Dlaczego wybraliście bieganie jako formę aktywności sportowej?

Marcin: Na początku była to forma odreagowania stresu. Potem chęć rywalizacji z samym sobą. A dzisiaj jest to przede wszystkim radość z poznawania nowych ludzi i pięknych tras biegowych w różnych zakątkach kraju.

Norbert: Bieganie nie wymaga specjalistycznego sprzętu. W zasadzie wystarczy tylko chęć i brak przeciwwskazań zdrowotnych. Ponadto bieganie jest najbardziej naturalną ogólnorozwojową aktywnością sportową, podstawą wszystkich dyscyplin sportowych.

Gdzie rozpoczynaliście swoją przygodę z bieganiem?

Marcin: Biegam od niedawna. Regularnie trenuję od ponad dwóch lat. Regularności strzeże mój trener – pies mix Husky i Alaskan malamute. Pierwsze ścieżki biegowe przecierałem razem z nim, były to przede wszystkim okoliczne parki. Szybko okazało się, że bieganie po chodniku nie jest naszym ulubionym sportem. Bieganie pośród krzaków, między drzewami, wbieganie i zbieganie po stromych zboczach z wystającymi korzeniami i kamieniami – takich atrakcji szukamy na każdym spacerze.

Norbert: Gdy byłem nastolatkiem, trenowałem różne dyscypliny, najdłużej kick boxing. Wtedy bieganie było dla mnie drogą do podniesienia wytrzymałości, poprawienia kondycji. Bieganie jako odrębną dyscyplinę sportową zacząłem uprawiać sześć lat temu. Pierwsze przebieżki zacząłem robić na Polach Mokotowskich w Warszawie.

Jakie są Wasze ulubione trasy do biegania?

Marcin: Codziennie biegam z psem po warszawskich parkach. Najchętniej po urozmaiconym pagórkowatym terenie poza ścieżkami. Lubię też ścieżkę na prawobrzeżnym brzegu Wisły wzdłuż rzeki, ale nade wszystko lasy Mazowieckiego Parku Krajobrazowego, gdzie na kilkudziesięcio-kilometrowych leśnych i piaszczystych trasach w grupie kilkunastu osób trenujemy do najważniejszych zawodów.

Norbert: Podobnie jak Marcin uwielbiam ścieżkę po praskiej stronie Wisły w Warszawie, czy nasze wspólne bieganie w grupie zaprzyjaźnionych “ultrasów” po M.P.K. Lubię biegać też po skarpie warszawskiej, często też biegam po Polu Mokotowskim po tych wszystkich pagórkach, po trawie. Czasem biegnę ze Śródmieścia gdzie mieszkam, na Ursynów, żeby pobiegać sobie po Kopie Cywila. Lubię, gdy trasa jest trochę przygodą i trochę treningiem.

W Warszawie organizowanych jest coraz więcej zawodów biegowych, na krótszych i dłuższych dystansach. Czy wszystkie odbywają się po asfaltowych drogach? Czy jest jakaś alternatywa dla biegaczy, którzy lubią biegać bliżej natury?

Marcin: Coraz więcej biegów odbywa się poza asfaltowymi drogami. Oto przykłady: zimowy cykl biegów górskich w Falenicy na dystansach 3,3/6,6/9,9 km, ogólnopolski jesienno-zimowy cykl City Trail w Lesie Młocińskim, 5 km, Grand Prix Warszawy w Lesie Kabackim, 10 km, czy Bieg Łosia. 17 km, po szlakach Puszczy Kampinoskiej – to chyba najbardziej znane lokalne zawody dla miłośników biegania po leśnych ścieżkach. W tym roku w maju organizowany jest po raz drugi Bieg Wegański, 5 i 10 km, którego trasa po raz pierwszy prowadzi po miękkim podłożu, wzdłuż najdzikszej nadwiślanej części lewobrzeżnej Warszawy. Naprawdę jest w czym wybierać!

Czy w Warszawie łatwo poznać środowiska biegaczy? Wolicie biegać sami czy w grupie?

Marcin: Szczególnie łatwo znaleźć grupy dla osób, które zaczynają przygodę z bieganiem. Polecam bieganie w grupie choćby dwuosobowej. Na początku większość ma obiekcje co do biegania z innymi z obawy o niedostosowanie się do grupy, a tutaj niespodzianka, bo grupa najczęściej dostosowuje się do nas. Biegacze bardzo zwracają uwagę na nowe osoby i dzielą się z nimi swoim doświadczeniem. W grupie, szczególnie na początku, łatwiej znaleźć odniesienie, w jakiej jesteśmy formie i optymalnie dobrać swoje cele sportowe. Dzięki grupie można odkryć naprawdę piękne zakątki miasta, o których nigdy wcześniej nie wiedzieliśmy, że istnieją i to tak blisko.

Norbert: Najłatwiej zawrzeć znajomości biegowe na kameralnych wyścigach. Ja i Marcin poznaliśmy się na wyścigach zimowych w Falenicy. Okazało się, że często kończymy bieg w podobnym czasie i biegamy w butach tzw. minimalistycznych, więc było o czym porozmawiać. Na mecie, gratulując sobie prędkości, zaczęliśmy snuć plany o wspólnym bieganiu. Lubię biegać sam, ale w bieganiu podoba mi się też bardzo ten społeczny aspekt. Biegacze to bardzo fajna grupa ludzi, bardzo się wspierająca. Z jednej strony jesteśmy dla siebie rywalami, z drugiej pomagamy sobie walczyć z własnymi ograniczeniami. Biegacz biegacza raczej zawsze zrozumie.

Co sądzicie o protestach ludzi, którzy buntują się przeciw organizowaniu zawodów w mieście?

Marcin: Żyję w centrum Warszawy i widzę na co dzień większe blokady miasta w postaci korków samochodowych. Jako miłośnik biegania w naturze polecam jednak zwrócić uwagę jakie piękne tereny mamy poza Warszawą i zachęcam organizatorów do organizowania tam zawodów o każdej porze roku.

Norbert: Może zamiast protestować, niech pójdą z rodziną na spacer pokibicować zawodnikom, a nuż sami wystartują w następnych zawodach, gdy zobaczą jaka to jest fajna sprawa.

Rozmawiały: Małgorzata Chomicz-Mielczarek, Karolina Przybysz-Smęda

Najbardziej wkurzyło mnie zamknięcie McDonalda na Świętokrzyskiej

Najbardziej wkurzyło mnie zamknięcie McDonalda na Świętokrzyskiej

Macie czasem tak, że odkrywacie jakiegoś wykonawcę, słuchacie jego płyty i nie dowierzacie? Wasze zmysły nie ogarniają tego, co słyszą, bo jest to tak dobre? Najpierw uderza was warstwa muzyczna, podkłady, a potem, po pierwszym szoku, zaczynacie wsłuchiwać się w słowa i brakuje ich wam, by opisać, jak dobre jest to, co słyszycie?

A potem przez kolejnych kilka tygodni katujecie tę jedną płytę, rano, kiedy jedziecie do pracy, w pracy, jeśli jest chwila, w drodze: z pracy, na spotkanie ze znajomymi, na basen, na spacerze i czekacie tylko, żeby znów jej posłuchać. I wasza ekscytacja nie słabnie z każdym odsłuchaniem, o nieee,  jest wręcz odwrotnie, ona rośnie, bo każdy kolejny odsłuch odkrywa przed wami jakiś genialny bas, efekt albo grę słów. I z radością stwierdzacie, że jeszcze może was coś zachwycić, a radość jest tym większa, że to polski artysta, młody artysta, który skoro tak zaczyna, to co będzie dalej?

„Trójkąt warszawski jest najprościej rzecz ujmując fabularną rap płytą. Opowiada o trzech bohaterach krążących po mieście szukając się nawzajem, uciekając od siebie.” Czytamy na stronie projektu, za którym stoi młody artysta, ukrywający się pod ksywką Taco Hemingway.

Płytę można pobrać tu: http://tacohemingway.com/

Ok+éadka

(materiały prasowe Taco Hemingway)

Trójkąt warszawski znajdował się między Kamieniołomami, Bistro a Przekąskami Zakąskami. Drogę do domu zgubiła tam niejedna osoba. Między wódką a piwem, między dniem a nocą. Pewnie każdemu z nas kiedyś zdarzyło się zgubić w Warszawie i każdy z nas miał swój trójkąt, który wciągał jak ten bermudzki. Nie dajcie się jednak zwieść pozorom, ta płyta to dużo więcej niż zapis weekendowego, stołecznego melanżu.

Z Taco Hemingwayem, a właściwie Filipem Szcześniakiem spotykam się w kawiarni kina Muranów. Słowa kluczowe naszej rozmowy to: Warszawa, wpi…l, złamane serca, alkohol, PKF, Kamieniołomy.

Wsiadamy do taksówki i dokąd jedziemy? Dokąd młodych wozi się?

Ostatnio czuję się poza obiegiem. Nawet pisząc niektóre fragmenty tekstów, musiałem dopytywać się młodszego znajomego. Dokąd bym teraz pojechał? Dużo moich znajomych przesiaduje na Kredytowej. Tam jest w miarę miło, zwłaszcza w ciągu lata.

Kogo byśmy tam spotkali?

Młodzież, która zazwyczaj studiuje dziwne rzeczy, ludzi, którzy się nudzą. Ja skończyłem już studia, ale pamiętam na I i II roku, ten czar nowo odkrywanego miasta, kiedy zaczyna się mieszkać samemu. To są ludzie, którzy przesiadują tam z nudów, ale mam nadzieję dobrze się bawią i życzę im wszystkiego dobrego.

O czym się rozmawia?

Zależy obok kogo staniemy. W moim towarzystwie dużo się teraz gada o umowach o pracę, na które wszyscy polują. Na pewno rozmawia się o miłościach, o złamanych sercach. Panuje przeświadczenie, że na takich melanżach dużo się krzyczy o niczym, ale ja jestem innego zdania. Sądzę, że każda rozmowa jest istotna, nawet jeżeli jest o niczym, nawet jeżeli ma to być tylko zajęcie czasu sobie i innej osobie, to i tak jest to miłe.

A może jest tak, że po kilku głębszych te rozmowy są prawdziwsze?

Bardzo możliwe, ale pytanie, czy nie są czasem za prawdziwe? Po alkoholu i innych używkach zdarza się ludziom mówić rzeczy, których nie powiedzieliby na co dzień. W niedzielę rano to nie jest już to samo miasto, co w sobotę wieczorem.

Przyjmijmy, że jest sobota wieczór, co nam zaserwują w barze?

Model wszechobecny w całej Polsce to: 4 zł za alkohol i 8 zł za cokolwiek do jedzenia. Mnie się to strasznie szybko znudziło. Dziwny jest ten nawrót na rzeczy polskie, do potraw, których współczesne pokolenie nie zna, jak jedzenie w galarecie. W Przekąskach była świetna biała kiełbasa, ale niczego innego nie byłem tam w stanie zjeść. Warszawa to jednak przede wszystkim wyjście z lokalu i szukanie kebaba, to jest paskudny nawyk tego miasta.

A Plan B? To też paskudny nawyk tego miasta?

Plan B jest bardzo ważnym miejscem na mapie Warszawy. Mimo że jest zupełnie nieszczególne, nie ma tam nic ciekawego, oprócz gigantycznej palarni w środku. Sądzę, że jest kluczowym miejscem dla pewnej grupy ludzi w stolicy. Ja nie jestem jego fanem, źle się czuję na placu Zbawiciela, ten tłok, to co się czasem dzieje pod Planem, sprawia, że czuję się tam klaustrofobicznie.

A gdzie mieści się „Trójkąt warszawski”?

„Trójkąt warszawski” to jest pierwsza piosenka, którą napisałem na tę płytę. Jeszcze parę lat temu, jak działały: Bistro, Zakąski i Kamieniołomy. Z takiego wieczornego snucia się pamiętam właśnie chodzenie pomiędzy tymi trzema miejscami. Tam dużo się działo, każde z tych miejsc miało inny charakter. W Kamieniołomach nie piło się wódki, bo była droga, do Bistro chodziło się na sam koniec, napić się piwa. To było takie wieczne chodzenie w tym trójkącie, bo, a to był jakiś znajomy, którego trzeba było przyprowadzić, a to znów spotkało się kogoś, gdzieś w drodze. Można się było zagubić, jak w trójkącie bermudzkim.

10403069_781953275208214_1803741297384702798_n

Taco Hemingway (fot. Jonasz Tołopiło)

W Warszawie trzeba być atletą?

To takie odwołanie do wszelkich bójek i bitek, oczywiście poalkoholowych, w których zdarzało mi się być uczestnikiem, ale zazwyczaj w roli dostającego wpi…l niż go eksportującego. Ten tekst („w Warszawie trzeba być atletą to przede wszystkim” przyp. I.K.) pada w kontekście Subawaya na Świętokrzyskiej, które jest wyjątkowym skupiskiem wpi…lu. To jest niesamowite co tam się dzieje. Jest czynne 24 godziny na dobę, są tam ciepłe kanapki, masa mięsa, i to coś budzi w ludziach. To plus alkohol, plus Mazowiecka, która jest tuż obok, która skupia konkretną klientelę. Kiedyś tam dostaliśmy z kolegą okrutny wpi…l, naprawdę okrutny, w samym lokalu. Wpi…l jest symptomatyczny dla Warszawy, ale też ok, to się dzieje na całym świecie.

Warszawa jest smutnym miastem?

Myślę, że to ta Warszawa nocna, rano wszystko wraca do normy. To płyta jest o rozczarowaniu. Nie sądzę jednak, że Warszawa jest smutniejsza niż inne miasta. Ludzie lubią mówić, że w Warszawie ludzie się spieszą albo w Warszawie dzieje się to i tamto, ja nie sądzę, że to miasto się jakoś strasznie różni. Po prostu tego nie wiem, dlatego staram się takich sądów nie wydawać. Nie żyłem nigdy w Poznaniu, więc nie wiem czy jest różnica. Smutna Warszawa chyba nie jest, wieczorami bywa, ale to zależy w jakiej się jest sytuacji. Są przecież ludzie, którzy są zaj…e weseli również.

Masz swoje ulubione miejsca w Warszawie?

Powiśle i Wisła. Zwłaszcza jak można siedzieć na tych kamiennych schodach. Muranów, jest spokojny i to lubię. Bardzo lubię „Paranę”. Nie mam jednak chyba czegoś takiego, że oddycham jakimś miejscem. Wszędzie się czuję w miarę ok. Chyba łatwiej mi powiedzieć o miejscach, których nie lubię.

Jakich?

Męczy mnie Nowy Świat i Krakowskie Przedmieście, pewnie dlatego, że tam mieszkałem. Tam jest codziennie jakieś wydarzenie, jakieś maratony, turyści, to jest męczące. O!, ale bardzo lubię plac Konstytucji, tam nie ma nic do roboty, ale lubię tam po prostu stać i być. Choć strasznie wkurzają mnie te reklamy wielkoformatowe. Powiśle, w okolicach Szwoleżerów, też lubię, ale tam nie ma gdzie iść, kawę można wypić tylko ze stacji benzynowej.

No na Agrykoli jest „Źródełko”…

Tak, ale to nie to, tam zbiera się starsza, specyficzna klientela. To mnie boli w Polsce, jak się wraca z wakacji we Włoszech czy Hiszpanii, zawsze się mówi o tych wesołych staruszkach, którzy siedzą przed kawiarniami i piją podwójne espresso, cały dzień tam przesiadują. To jest bardzo miły widok, człowiek widzi wtedy swoją starość, ze znajomymi, przyjaciółmi, a w Polsce nie ma tego nawyku wychodzenia, to ma swoje powody oczywiście. O! dlatego strasznie lubię „Amatorską”, tam się spotykają starsze osoby. Ciekawa jest rewitalizacja barów mlecznych, miło by było, gdyby te wszystkie kawiarnie też dostały drugą młodość. Ale póki co ludzie są chyba zainteresowani tanim jedzeniem, a tanią kawą jeszcze nie.

Nostalgię czuć też na płycie. Skąd pochodzą przerywniki między utworami?

Wszystkie pochodzą z PKF. Bardzo dużo ich oglądam od paru lat. Staram się nie być zbyt nostalgiczny, bo to jest trucizna. Mój ulubiony fragment to ten, w którym wypowiada się Czesław Śliwa. To jest facet, który przed piosenką Trójkąt… mówi o lokalach. Udawał konsula austriackiego, jest jednym z najsłynniejszych peerelowskich oszustów. Zresztą na podstawie jego historii powstał film fabularny „Konsul”.

A kto odpowiadał za podkłady?

Mój przyjaciel, Maciej Ruszecki, który skończył prawo i mam zawsze wrażenie, że on to robi od niechcenia, ale też zawsze jestem zachwycony. Zrobił 4-5 piosenek, ale jest odpowiedzialny za warstwę muzyczną całości. Miksował wokale, dbał o warstwę dźwiękowa.

Będzie kolejna płyta?

Myślę, że tak. Ten projekt powstawał 3 lata.

To czuć, bo mówisz na płycie o miejscach, których już nie ma.

No właśnie pojawiały się zarzuty, że w jednym kawałku są Kamieniołomy i miejsca na Kredytowej. Założenie jest takie, że refreny są wspomnieniowe. Podmiot liryczny przypomina sobie stare lokale. Najbardziej mnie wkurzyło zamknięcie McDonalda na Świętokrzyskiej. Wspominałaś o tym tekście, że w Warszawie trzeba być atletą. Pierwotnie ten tekst brzmiał „dostać w pysk pod Makiem na Świętokrzyskiej, w Warszawie trzeba być bydlakiem to przede wszystkim”. Makiem-bydlakiem to się rymowało. A to jest tekst, o tym jak moi koledzy dostali straszny wpi…l pod McDonaldem, przy którym był taki dziwny klub, do którego się schodziło pod ziemię.

Underground…

Tak, tam się dziwni ludzie kręcili i tam moi koledzy dostali w mordę. Rozbiegli się po całym mieście i potem szukali się całą noc. McDonald został zamknięty a jako że to już była fabuła ze zwrotki, nie z refrenu, to musiałem mieć lokal, który istnieje. Całe szczęście ten Subway też mi pasował, bo tam też dostałem w mordę. Miasto, które się stale zmienia jest upierdliwe jeśli chodzi o pisanie.

A jaki jest temat płyty?

Złamane serca. Każdy w kimś. Ktoś w Tobie, Ty w kimś i tak się to kręci i kręci.

Każdy jest odrzucany.

Tak, każdy jest odrzucany i każdy odrzuca. Każdy importuje i eksportuje uczucia. Płyta jest o tym. Nie chciałem, żeby to była płyta o melanżu chociaż trochę tak wyszło.

Rozmawiała: Iza Kieszek

Taco Hemingway zagra koncert 24 kwietnia w klubokawiarni Towarzyska.