Kolejowa perła Warszawy

Kolejowa perła Warszawy

Dworzec Centralny to jeden z najbardziej rozpoznawalnych budynków w Warszawie. 5 grudnia 2016 roku kończy dokładnie 41 lat. O przebiegu prac budowlanych, tajemnicach skrytych w korytarzach „Centralnego” i jego przyszłości w dynamicznie rozwijającej się stolicy rozmawiamy z inżynierem Kazimierzem Zawałłą — jednym z głównych wykonawców dworca.

Bartosz Cheda: Jesteśmy w miejscu, gdzie ponad 40 lat temu na Pana oczach tworzyła się historia. Jak wyglądała ceremonia otwarcia Dworca Centralnego?

Kazimierz Zawałło: Samo otwarcie było długo przygotowywane. Budowa dworca trwała 1100 dni, z tym że najbardziej uciążliwym okresem był czas tuż przed jego oddaniem. Prace budowlane takie jak wykopy czy stawianie murów oporowych były proste. Najtrudniejszy był rok 1975, kiedy stanęły już mury i trzeba było dworzec wyposażać. Według ówczesnych założeń, dworzec był bardzo rewolucyjny — inżynierowie przewidzieli najnowsze rozwiązania, które były dostępne na rynku europejskim. Rząd polski również przyłożył do tego rękę, przeznaczając w zasadzie nieograniczone środki finansowe, zarówno w złotówkach jak i dewizach.

Samo oficjalne otwarcie, wyznaczone na dzień 5 grudnia, odbyło się w wielkiej oprawie delegacji partyjno-rządowej. Przybyli najwyżsi przedstawiciele władz partyjnych i rządowych, na czele z Edwardem Gierkiem, Piotrem Jaroszewiczem i Henrykiem Jabłońskim. Wiec główny, z budowniczymi i mieszkańcami Warszawy, odbył się na hali głównej. Przemawiali wykonawcy, zaproszeni goście i oficjele. Było bardzo dużo ludzi — z poziomu antresoli widziałem wtedy prawdziwe „morze głów”. Następnie delegację rządową po terenie dworca oprowadzili wykonawcy i projektanci, to znaczy inżynier Arseniusz Romanowicz, główny projektant dworca i inżynier Zdziarski, który był generalnym wykonawcą. Potem delegację przejąłem ja — byłem odpowiedzialny za realizację części gastronomicznej. Strefa dla konsumentów znajdowała się na antresoli, w części wschodniej — tam, gdzie dzisiaj działa McDonald’s i bar sushi. Oprowadziłem delegację po już działającej części gastronomicznej, zarówno po powierzchni dostępnej dla klientów, jak i po bardzo dużym zapleczu. Na koniec wszyscy wypiliśmy po uroczystej lampce szampana. Następnego dnia, 6 grudnia, dworzec został udostępniony podróżnym.

Na czym dokładnie polegało pana zadanie? Jaka była skala realizacji zaplecza gastronomicznego?

Z całej kubatury Dworca Centralnego, która jest ogromna — dość powiedzieć, że sam dach ma powierzchnię jednego hektara — aż 40% zostało przeznaczone na część gastronomiczną. Co więcej, miała ona zajmować aż trzy poziomy — podziemie, poziom pierwszy i drugi, czyli antresolę. Zakład gastronomiczny obliczony był na obsługę 10% pasażerów przewijających się przez dworzec w ciągu doby, a z kolei ich liczbę przewidziano — jak się potem okazało, słusznie — na 100 tysięcy. Trzeba było więc przyjąć około 10 tysięcy konsumentów na dobę. W związku z tym wydzielono dwa główne obszary — bar szybkiej obsługi na 140 osób oraz restaurację z 260 miejscami. Żeby obsłużyć tak dużą ilość gości, zainstalowano urządzenia gastronomiczne wcześniej w ogóle niestosowane w Polsce, a nawet Europie. Były to olbrzymie magazyny, chłodnie, stanowiska obróbki mięs. Nowością był również elektroniczny transport wewnętrzny. W związku z tym, że magazyny znajdowały się w podziemiach (poziom -1), a kuchnia główna na poziomie +2, droga produktów spożywczych rozciągała się na trzy poziomy i dwie windy. System, który zaadaptowaliśmy i zainstalowaliśmy, był do tamtej pory stosowany praktycznie wyłącznie na dworcach lotniczych i w zakładach przemysłowych. Zamawiający, niezależnie od poziomu, na którym się znajdował, przyciskał odpowiedni przycisk na specjalnej tablicy. Wtedy wózek elektryczny jechał w żądane miejsce, np. do magazynu obróbki warzyw albo chłodni. Pracownicy ładowali i zamykali pojemnik, a następnie odsyłali w miejsce przeznaczenia. Pod względem technicznym było to prawdziwe cacko, natomiast obsługa nie do końca zdawała egzamin. Zdarzało się, że wózek wiózł mięso albo napoje, a że można go było bez problemu zatrzymać w trakcie jazdy, produkty czasem przepadały w dziwnych okolicznościach. Dlatego system został odsprzedany zakładom przemysłowym w Białymstoku.

Warto dodać, że zakład gastronomiczny cieszył się bardzo dobrą opinią nie tylko wśród podróżnych, ale także wśród warszawiaków. W weekendy całe rodziny z dziećmi przychodziły skorzystać z naszej kuchni — pamiętajmy, że w latach 80. zostały wprowadzone kartki, a w dworcowej restauracji wszystko było bez ograniczeń.

Jak wyglądałby dworzec, gdyby nie narzucono „Wyzwania 1100 dni”? Z jakich elementów zrezygnowano ze względu na naglące terminy?

Tak naprawdę z niczego nie zrezygnowano, ale faktycznie największym przeciwnikiem był czas. Na przykład nasze brygady, przeszkolone najpierw we Francji, miały tylko 3 miesiące. Trzeba było naprawdę wiele wysiłku, by zamontować wszystkie urządzenia w planowanym terminie, przez ostatnie dni pracowaliśmy praktycznie na okrągło. Doszło nawet do tego, że „wyeksmitowałem” swoją żonę i dziecko do teściów — mieszkaliśmy blisko placu budowy, na ulicy Grzybowskiej, i dzięki temu mogłem zaoferować miejsca do spania kolegom z brygady. Podobnie inne systemy — sterowania ruchem czy obsługi pasażera — działały bez zarzutu. W zasadzie ilość roboczogodzin przewidzianych w pierwotnym planie (rozłożonym na 10 lat) zgadzała się z tym faktycznie wykonanym. Poza tym dziesięcioletni czas pracy byłby dużo większym utrudnieniem dla centrum Warszawy, w dużej mierze zablokowanego i wyłączonego z ruchu — tak, jak to dzisiaj obserwujemy przy budowie metra na Woli.

Ale czy mimo wszystko nie pomyślał pan w pierwszej chwili, że zadanie zbudowania dworca w tak krótkim czasie jest po prostu niewykonalne?

Nie. Głównie dlatego, że propozycję współpracy przy budowie dworca otrzymałem dopiero w roku 1975, będąc etatowym pracownikiem PKP. Właściwie całe swoje życie zawodowe poświęciłem kolei — najpierw skończyłem technikum kolejowe, potem jako stypendysta rządu polskiego ukończyłem Leningradzki Instytut Inżynierów Transportu Kolejowego, a następnie pracowałem w Centralnym Ośrodku Badań i Rozwoju Techniki Kolejnictwa, gdzie byłem kierownikiem sekcji aparatury pomiarowej. Dzięki temu uznano mnie za „nadającego się” do tej pracy.

Poza tym, co ciekawe odpowiedni był mój wiek — tak jak w serialu, na budowie pracowali „czterdziestolatkowie” (ja wtedy miałem 38), czyli ludzie, którzy mieli z jednej strony bogate doświadczenie, a z drugiej dużo siły do wyczerpującej pracy.

Ilu ludzi pracowało przy budowie dworca?

Ta liczba zmieniała się w czasie. Bywało, że około tysiąca. Po wykonaniu podstawowych prac budowlanych ilość zaangażowanych w projekt osób zmniejszyła się, ponieważ wtedy potrzeba było raczej wyspecjalizowanych fachowców. Jeśli chodzi o moją „działkę”, polska brygada liczyła około 20 osób, do tego pracowało kilkunastu fachowców ze strony francuskiej, niecała dziesiątka z Niemiec i tyleż samo z Anglii.

W końcowym okresie budowy dworca mieliśmy też znaczące wsparcie wojska — nawet kilkuset żołnierzy dziennie, którzy mogli wykonywać proste, pomocnicze prace. Każdy z kierowników budowy, w tym ja, wychodził wtedy przed dworzec i zarządzał na przykład: „Potrzebuję dwudziestu ludzi — wystąp!”.

W ostatnim czasie dworzec przeszedł poważną modernizację — mowa oczywiście o powstaniu antresoli. W jednym z wywiadów przyznał pan, że inżynier Arseniusz Romanowicz pragnął jej powstania, by wypełnić zbyt wielką pustkę w hali głównej. Z drugiej strony kształt i estetyka antresoli budzą wiele kontrowersji. Jakie jest pana zdanie na ten temat?

Przede wszystkim, podczas prac nad dworcem przyzwyczaiłem się do zupełnie innego stylu. Na pozytywną ocenę zasługuje fakt, że taka antresola w ogóle powstała, ponieważ dodała dworcowi użyteczności. Jej styl nie podoba mi się, ale mimo to najważniejsza jest funkcjonalność. Podobnie negatywnie oceniam fakt, że tradycyjna, polska kuchnia zniknęła z dworca, zastąpiona przez sushi i McDonalda.

tyle metrów długości ma każdy peron Dworca Centralnego

Tak jak w serialu, na budowie pracowali „czterdziestolatkowie”, czyli ludzie, którzy mieli z jednej strony bogate doświadczenie, a z drugiej dużo siły do wyczerpującej pracy.

Z dworca zniknęło też wiele innych elementów oryginalnego wyposażenia — na przykład fontanna, uwieczniona w słynnej scenie w „Brunecie wieczorową porą”. Który z nich najchętniej przywróciłby pan na dzisiejszy Centralny?

Co do fontanny — nie była ona integralną częścią dworca, to już był teren miasta. Ale faktycznie, była to duża atrakcja w pierwszym okresie funkcjonowania, potem pogorszył się stan jej utrzymania. Podobnie zresztą było z całym dworcem, który w pewnym momencie stał się brudnym i zapuszczonym siedliskiem bezdomnych i chyba za tą czystością tęskniłem najbardziej. Całe szczęście, że te czasy minęły, a dworzec przeszedł dwie modernizacje. Warto jeszcze zwrócić uwagę, że galerie na dworcu, początkowo objęte zakazem handlu, zostały w pewnym momencie zalane dziką komercjalizacją spod znaku „mydło i powidło”. Cieszę się, że porządek wrócił na galerie — nowe pawilony handlowe są czyste, przeszklone i widne.

W wielu wywiadach opowiadał pan o hostessach, które pomagały pasażerom. Czy naprawdę ludzie gubili się na dworcu?

Sto tysięcy podróżnych na dobę to naprawdę tłum. Istotnie można było się zagubić. Pamiętajmy też, że spora część pasażerów pochodziła z Polski prowincjonalnej, gdzie dworce były dużo mniejsze. Hostessy naprawdę spełniały tu swoją rolę, były potrzebne — czasem nawet prowadziły starsze osoby za rękę. Poza tym, dworzec był bardzo nowoczesny i takie wyposażenie jak ruchome schody czy automatyczne drzwi potrafiły wprawiać niektórych pasażerów z zakłopotanie. Do tego dochodził fakt, że na poziomie galerii brak wyraźnego punktu orientacyjnego. Ja oczywiście mogę wszędzie chodzić z zawiązanymi oczyma, ale gubiła się tu nawet moja żona, która nie raz odwiedzała dworzec w trakcie budowy.

Dworzec Centralny ma już 40 lat. Ruch kolejowy się zwiększa. Jaka czeka go przyszłość? Ile jeszcze wytrzyma? Koniec końców, wysuwano różne koncepcje, łącznie z jego całkowitym zburzeniem.

Żeby odpowiedzieć na to pytanie, trzeba zrozumieć historię, rolę i miejsce Dworca Centralnego. W podzielonej zaborami Polsce Warszawa była skomunikowana dworcami Wileńskim i Petersburskim  od strony wschodniej oraz dworcem Wiedeńskim od zachodu. Brakowało zatem połączenia na linii wschód-zachód. Centrum miasta było kolejowo nieprzejezdne. Właśnie dlatego już w lipcu 1919 roku rząd polski podjął decyzję o przekopaniu takiej linii, co było ogromnym przedsięwzięciem: należało wybudować most na Wiśle oraz tunel średnicowy. W trakcie II wojny światowej zniszczono niedokończony Dworzec Główny. W powojennej Polsce koncepcja budowy Dworca Centralnego rodziło się bardzo długo. Właściwie do lat 70., w miejscu, gdzie obecnie siedzimy znajdowała się głęboka dziura. Dopiero uchwała Rady Narodowej miasta Warszawy wyznaczyła obecne miejsce jako lokalizację nowego dworca, co umożliwiło realizację koncepcji inżyniera Romanowicza.

Dworzec położony jest w kluczowym punkcie Warszawy i dlatego sądzę, że swoje zadanie będzie wykonywał długo — na pewno ponad sto lat. Jak już powiedziałem, nie szczędzono pieniędzy na wysokiej jakości materiały, dzięki czemu dworzec jest bardzo wytrzymały. Trudniej natomiast ocenić, na ile będzie pasował do zmieniających się koncepcji architektonicznych i estetycznych.

Dworzec położony jest w kluczowym punkcie Warszawy i dlatego sądzę, że swoje zadanie będzie wykonywał długo — na pewno ponad sto lat. Jego przepustowość jest wystarczająca jak na obecny ruch kolejowy, dzięki temu, że był projektowany przyszłościowo.

Dworcowi Centralnemu zarzuca się brak bezpośredniego połączenia z metrem. Czy kiedykolwiek, nawet przed rozpoczęciem budowy metra, istniały pomysły, by wprowadzić takie rozwiązanie?

Nieznane są mi tego typu projekty. Jeżdżąc po Europie faktycznie zaobserwowałem, że duże dworce kolejowe połączone są z liniami metra. Warszawa pod tym względem była niestety zaniedbana — tak naprawdę prawdziwie dynamiczny rozwój miasta następuje dopiero teraz. Myślę, że realne możliwości do tego są: Centralny jest połączony z dworcem Śródmieście, a krok za nim znajduje się już I linia metra. Teoretycznie jest to wykonalne, wszystko jest jednak kwestią funduszy i chęci.

Dlaczego na Dworcu Centralnym perony mają aż 400 metrów długości? Przecież pociągi są znacznie krótsze.

To prawda. Decydowało o tym bezpieczeństwo ruchu. Poza tym przewidziano, choć wątpię, by to się zdarzało, możliwość wjechania dwóch pociągów na jeden tor.

A skoro już o peronach mówimy: jest w ogóle możliwość, by w razie potrzeby dobudować kolejne?

Według mnie — nie. Z jednej i drugiej strony znajdują się bardzo grube i wytrzymałe mury oporowe. Jednak nie sądzę, by zachodziła taka potrzeba. Przepustowość dworca jest wystarczająca jak na obecny ruch kolejowy, dzięki temu, że był projektowany przyszłościowo.

Dziękuję za rozmowę.

Rozmawiał: Bartosz Cheda
Zdjęcia: Jarek Zuzga

Bogini Flora

Bogini Flora

Barbara Siedlicka zajmuje się zielenią uniwersytecką od ponad 40-stu lat. Cieszy się uznaniem i szacunkiem współpracowników. W pomieszczeniach swojego zaplecza gospodarczego posiada zbiór fotografii z różnych epok funkcjonowania uczelni. Chętnie opowiada o miejscu, w którym pracuje, łącząc zamiłowanie do historii z pracą ogrodnika.

Maria Kamińska: Rok 2016 jest rokiem Wielkiego Jubileuszu Uniwersytetu Warszawskiego. Celebruje Pani ten jubileusz?

Barbara Siedlicka: Obchody 200. lecia zaczęły się już dawno. Szkoła Lekarska i Wydział Prawa powstały wcześniej niż 200 lat temu. Celebrowanie jubileuszu, wpływa na budowanie wspólnoty uniwersyteckiej i zwiększa krąg odbiorców, na który oddziałuje uniwersytet. Już w 2011 Muzeum Uniwersytetu Warszawskiego, w osobach dyrektora Jerzego Miziołka i wicedyrektora Huberta Kowalskiego, przygotowało wspaniałą wystawę dotyczącą powstania pierwszego Ogrodu Botanicznego w Warszawie. Historia warszawskich ogrodów botanicznych zaczyna się przecież pod skarpą uniwersytecką, gdzie był pierwszy ogród prowadzony przez Jakuba Fryderyka Hoffmana i Karola Lindnera. Ogród Botaniczny w al. Ujazdowskich utworzono w 1818, za czasów Michała Szuberta, kiedy niemożliwe stało się utrzymanie go na terenie skarpy. Zachowały się jednak plany oraz spisy roślin, zawierające blisko 300 gatunków. Kiedy zaczęłam czytać te dokumenty pomyślałam, że muszę nawiązać w naszym ogrodzie uniwersyteckim do kwiatów, które wówczas były sadzone. Miłym zaskoczeniem było dla mnie, że nie znając tych spisów roślin, posadziliśmy te same gatunki, bezwiednie nawiązując do tradycji sprzed dwustu lat… To było odkrycie poczucia więzi z pozostawioną tu myślą ogrodniczą, przypisaną do miejsca. W owym spisie były moje ulubione datury.

Opiekuje się Pani zielenią na terenie zabytkowym przy Krakowskim Przedmieściu i w ogrodach Biblioteki Uniwersyteckiej na ul. Dobrej, ale to nie wszystko, prawda?

Staram się służyć radą i pomocą wszystkim, którzy posiadają tzw. tereny zieleni wokół budynków. Nasza uniwersytecka zieleń jest więcej lub mniej dopieszczana. Wszystko zależy od finansów. Pieniądze na zieleń są niestety na ostatnim miejscu. Wiele też zależy od gospodarza. W dużej mierze czynności pielęgnacyjne są wykonywane przez pracowników wydziałów, trudniejsze zadania np. konserwacje drzew wykonują firmy zewnętrzne. Większość ludzi pracujących na UW kocha swoje ogrody i chętnie pracuje. Tak się dzieje przy Wydziale Chemii, Psychologii, Matematyki, tak się dzieje przy akademiku na ul. Radomskiej. Tam zieleń jest dopieszczana regularnie. To samo się dzieje przy akademikach na ul. Żwirki i Wigury, Smyczkowej. Czasy, w jakich żyjemy, uczą ludzi wrażliwości na rośliny, kwiaty i patrzenia na to, w jakim otoczeniu żyjemy. Widać to na każdym kroku – choćby każda restauracja stara się teraz o dekoracje kwiatowe, bo wtedy tworzy się inna atmosfera, przyjemniejszy klimat do rozmów.

Czuje się Pani strażnikiem tradycji uniwersyteckiej?

Pamięć o zmarłych czcimy pod tablicami i na cmentarzach. Wiązanki przygotowują ogrodnicy. Mamy kalendarz rocznic. Pamiętamy. My, jako uniwersytet, szczególnie dbamy o tablicę poświęconą Zgrupowaniu Krybar i Batalionowi Harnaś, walczącym o budynki uniwersytetu na Krakowskim Przedmieściu. Marzę, żeby wróciła piękna tradycja, kiedy to 1 października orszak wychodzący z Pałacu Kazimierzowskiego, na czele z rektorem, prorektorami, dziekanami, najpierw obchodził główne miejsca pamięci na uniwersytecie. Mam na myśli tablicę na budynku Wydziału Historycznego z nazwiskami zamordowanych pracowników naukowych UW, czy kamień poświęcony pamięci studentów, pod którymi orszak złożony z kilkudziesięciu osób składał kwiaty i kłaniał się, oddając należny hołd. Byłoby to podtrzymanie i ciągłość tradycji, która kilka lat temu została zaniechana. To ważne, jako element tożsamości środowiska akademickiego.

Jak zaczęła się Pani przygoda z ogrodnictwem?

Moi przodkowie ze strony ojca są z Ochoty, mama z poznańskiego, dziadowie studiowali rolnictwo, ojciec ogrodnictwo. Od pokoleń rodzina była związana z posiadaniem ziemi. Kiedy się urodziłam mój ojciec powiedział, że będę ogrodniczką. Bardzo długo jednak dojrzewałam do ogrodnictwa. Chciałam studiować historię. To było marzenie życia. Moja bardzo mądra historyczka powiedziała mi wtedy, że i tak nie będę się uczyła prawdziwej historii. Wybrałam więc ogrodnictwo. Dużo działałam społecznie, organizowałam wyjazdy turystyczne, wydarzenia kulturalne, bardzo mi się to podobało. Miałam dwa odkrycia własnej tożsamości – ogrodnictwo na uniwersytecie i zamiłowanie do historii, które pozostało we wnętrzu. Obydwie moje pasje realizuję w pracy na uniwersytecie oraz zajmując się społecznie Cmentarzem Powstańców Warszawy, czy działając w związku branżowym przy NOT czyli w SITO. Ale tu, jako ogrodnik uniwersytecki poczułam i dumę, i radość, z tego, że jestem kim jestem. Zdążyłam też podziękować ojcu za wybór zawodu… Cały czas wierzył, że będę się zajmować zawodowo ogrodnictwem.

Wspomniała Pani wcześniej o tym, że kobietom ogrodniczkom było trudniej? Jakie były początki Pani pracy na uniwersytecie?

Kiedy szukałam pracy po studiach, zawsze znajdowałam propozycje wyłącznie dla mężczyzn. Pracę na UW znalazłam sama i bardzo się z tego cieszę. Podczas pierwszego spotkania, moja późniejsza zwierzchniczka powiedziała mi: „Szukamy mężczyzny i technika, pani jest kobietą i po studiach. No nie wiem, czy dyrektor się zgodzi.” Umówiłyśmy się kilka dni później. Wtedy usłyszałam: „Dyrektor się zgodził”. Ale mnie to już nie do końca interesowało i początkowo nie przyjęłam tej oferty, argumentując odmowę małą ilością pracy. Wtedy poinformowano mnie, że uniwersytet ma zaadoptować do własnych celów zabytkowy pałac z parkiem w Błędowie za Grójcem, którym miałam się zająć. Planowano zaadoptować Błędów na dom pracy twórczej dla pracowników UW. Ówczesny rektor Rybicki oddał niestety ten majątek pod opiekę konserwatora zabytków w Radomiu. Byłam tam, 1-go lipca tego roku, po prawie 40-stu latach. Obiekt kupił pan Marek Kapuściński, do niedawna dyrektor generalny i prezes Procte & Gamble w Europie Środkowej, który na pewno przywróci mu właściwą świetność i blask. Słuchając jego przemówienia, wzruszyłam się do łez. Na pewno uczyni z tego miejsca perełkę.

Czyli historię związaną z Błędowem można zakwalifikować do Pani niezrealizowanych projektów? Są inne niezrealizowane w Pani karierze?

Myślę, że tak – Błędów jest takim ważnym obiektem w moim życiu zawodowym, wpłynął na wybór miejsca pracy, chociaż nie dane mi było zająć się tamtejszym parkiem. Jedna rzecz, która mi się w życiu nie udała, i nie sądzę, żeby udała się jakiemukolwiek ogrodnikowi, to wytłumaczenie pracownikom budowlanym, że nie wolno zakopywać resztek cegieł i betonu w miejscach przeznaczonych na trawnik, że nie należy wszystkich urządzeń (zawory, studzienki itp.) umieszczać w rabatach, trawnikach. Takie rzeczy zdarzają się nagminnie.

Które z drzew na terenie centralnym UW są najstarsze? Jakie czasy pamiętają?

Jeszcze parę lat temu powiedziałabym, że najstarsze drzewa i pomniki przyrody to klon i kasztanowiec. One już niestety skończyły swój żywot. Teraz najstarsze drzewa na uniwersytecie to wysokie wiązy – rosną przy Wydziale Prawa i z prawej strony, przed starą biblioteką. Myślę, że są w wieku uniwersytetu lub nawet trochę starsze. Bardzo źle reagują teraz na suszę, co mnie ogromnie martwi. Reszta drzew umarła w czasie wojny. Ostrzał zza Wisły okaleczył nie tylko budynki, uszkodził również drzewa. Wojnę przeżył kasztanowiec – pomnik przyrody, który był za Pałacem Kazimierzowskim. Niestety był zupełnie pusty w środku i 2 lata temu przewrócił się. Dziś zostały jego resztki, są obrośnięte bluszczem. Znakomita większość, to są nasadzenia lat powojennych. Szperając w papierach znalazłam projekt, który miał być zrealizowany w Parku Kazimierzowskim, czyli na terenie przed pałacem i u podnóża – w dół skarpy. Niestety nie został on zrealizowany, myślę , że ze względów finansowych. Był to projekt pary znakomitych architektów – Romualda Gutta i Aliny Scholtz – Richert. Tę parę projektantów „spotkałam” kilkanaście lat temu zajmując się Cmentarzem Powstańców Warszawy. Zamiast realizacji projektu posadzono na uczelni drzewa szybko rosnące czyli głównie topole. Teraz wszyscy narzekają na nie, ale wtedy były one ratunkiem dla miasta „bez drzew…” Kiedy przyszłam tu do pracy, starałam się trochę uatrakcyjnić ten teren. W tamtym ustroju wszystko się zdobywało, ciekawe odmiany drzew i ciekawe gatunki roślin też się zdobywało. Więc część jest z tych zdobyczy. Część to były dary, np. metasekwoja, którą sadziłam w 80-tych latach, wyższa od Wydziału Prawa, jest darem kogoś z Wydziału Chemii. Część magnolii jest darem od zaprzyjaźnionych ogrodników, choćby magnolia na Krakowskim Przedmieściu 32 była darem starych ogrodników Ochoty. Mamy na terenach uniwersyteckich mieszaninę darów i celowego nasadzenia.

Na jakie oryginalne gatunki roślin na terenie zabytkowym warto zwrócić uwagę? 

Moją zdobyczą sprzed 10-ciu lat jest pięknotka. To jest krzew ozdobny, który rośnie obok Szkoły Głównej, po lewej stronie. Po prawej rośnie judaszowiec. Takie ciągoty dydaktyczne odzywają się we mnie, żeby to ludziom pokazać i zainspirować być może modę ogrodniczą, którą część ludzi się zarazi. W wielu wypadkach są to prezenty od moich kolegów ogrodników. Ciekawym krzewem jest kłokoczka – z jej owoców robiło się różańce, korale. Odganiała złe moce. Boleję nad tym, że budynki nie są obrośnięte pnączami, jak przed wojną. Nadawało to im urok, tworzyło klimat.

Czy na dzisiejszym terenie zabytkowym są relikty ogrodów przy Villa Regia z XVII w. opisanych przez Adama Jarzębskiego w „Gościńcu” ?

Właściwie nikt nie zwraca uwagi na fakt, że kiedyś był tu owalny dziedziniec, na którym w XIX w. powstał gmach biblioteki. Czasy Villa Regia, kiedy rezydencję Wazów otaczała roślinność i zwierzyniec poniżej zbocza, są na tyle odległe, że trudno dziś mówić o reliktach z tamtej epoki, czy nawet epok późniejszych – z czasów Szkoły Rycerskiej, Liceum Warszawskiego. Widoki dziedzińca przed Pałacem Kazimierzowskim i zieleni wokół oficyn zachowały się na obrazach Marcina Zalewskiego, Jana F. Piwarskiego czy Ludwika Horwarta. Kiedy pytam różnych ludzi, z czym im się kojarzy zielony uniwersytet, większość ma skojarzenia kwitnących magnolii. To nasza współczesność. Jak przyszłam do pracy na UW – już rosły, były to magnolie Kobus. Teraz rosną w ich miejscu magnolie gwiaździste. Nie zasłaniają budynku biblioteki. Jednak patrząc od strony Krakowskiego Przedmieścia w kierunku starego BUW-u niektórzy mają skojarzenia z komisem samochodowym. W takiej scenerii nie można mówić o reliktach dawnego założenia między dziedzińcem a ogrodem.

Brakuje Pani kontynuacji ogrodu górnego u podnóża skarpy?

Bardzo brakuje, to był właściwy Park Kazimierzowski ogród na górze i na dole… Po 1968 ogrodzono uniwersytet od strony skarpy. Pamiętam jeszcze furtkę i Ogród Farmakognostyczny, który należał do Wydziału Lekarskiego, rozwiązany w latach 70- tych. W czasach studenckich odwiedzałam ten teren, nie wiedząc, że będę tu pracować. A w połowie lat 70 – tych XX w. miasto odebrało uczelni teren pod skarpą.

Co uważa Pani za swoje największe osiągnięcie?

Największą dla mnie satysfakcją zawodową jest ogród w Bibliotece Uniwersyteckiej. Byłam od początku jego zakładania. To jest wizytówka Warszawy, ale i olbrzymia satysfakcja. Pani Irena Bajerska, projektantka tego ogrodu, jest nadzwyczajną osobą. W praktyce sprawdziło się to, co zaprojektowała z olbrzymią wyobraźnią. Pani Irena pracowała w zespole architektów Badowski- Budzyński, od początku jako osoba odpowiedzialna za projekt ogrodów. Ogród jest częścią całego budynku. Przykład miejskiej architektury, która stara się być integralną częścią natury.

Czy trudno jest utrzymać ogrody na dachu biblioteki? 

Fantastycznie to wszystko wygląda, bardzo trudno jednak utrzymać rośliny w doskonałej kondycji. Sezonowość naszej pracy jest wszechobowiązująca. Biblioteka korzysta z usług firm zewnętrznych. Firmę wyłania się w ramach przetargu i to jest przekleństwo dla właścicieli ogrodów, dla roślin, ponieważ co jakiś czas – co trzy lata lub co 1, 5 roku zmienia się firma ogrodnicza. Następuje zaburzenie ciągłości w opiece nad długoletnimi roślinami. Przetargi, tymczasowość, to jest tragedia też miasta, tragedia państwa. Nie ma planowania perspektywicznego, jedynie od do, na czas kadencji lub obowiązywania umowy. Bardziej liczy się krótkotrwały interes niż idea i dobro nadrzędne. Można powiedzieć, że jak w soczewce skupiają się tutaj te same problemy, które ma całe społeczeństwo.

Czy ogrody na dachu Wydziału Lingwistyki Stosowanej i Wydziału Neofilologii, na ul. Dobrej 55 są dostępne dla wszystkich?

Są dostępne w godzinach otwarcia budynku. Aktualnie zagospodarowana jest jedna trzecia planowanego nasadzenia. W tym roku, pod koniec lata, uniwersytet planuje budowę dalszego ciągu tego założenia. To będzie duży ogród – cały dach od Browarnej do Dobrej, przez całą długość i szerokość działki. To jest inny projekt od tego w Bibliotece Uniwersyteckiej. Bardzo ciekawy lecz bardzo trudny do uzyskania ogrodniczo. Składa się z ogrodów tematycznych, które powstaną w patiach. Będą patia słowiańskie, germańskie, francuskie… Projektantką tego ogrodu jest pani Urszula Maciejewska-Stefańska, która przez wiele lat pracowała w Łazienkach Królewskich.

Jakie spektakularne koncepcje Pani zrealizowała? 

Trawniki, rabaty i żywopłot z bukszpanu przed dawaną biblioteką. Wzór posadzenia żywopłotu jest oparty na wzorach XIX-wiecznych rabat, które były w Warszawie. W miejscach centralnych na terenie zabytkowym wymieniamy nasadzenia na rabatach trzy razy do roku, wg zwyczajów utrzymania ogrodów przypałacowych. Zmieniamy gatunki roślin w zależności od pory roku – od bratków do chryzantem. W tym roku staramy się utrzymać większość nasadzeń w kolorach uniwersyteckich białym i niebieskim. Jubileusz pomógł odnieść wielkie zwycięstwo – prawdziwe wazy kwiatowe, które stoją przed Pałacem Kazimierzowskim, starym BUW-em i Audytorium Maximum. Są wykonane na wzór wazy, przylegającej do północnej fasady biblioteki. Łącznie 12 waz, niezwykle efektownych, nawiązujących do elementu istniejącej architektury, znakomicie wykonanych.

Jakie są Pani najpiękniejsze wspomnienia związane z uniwersytetem? 

Dla mnie wspomnienia, poza budynkami, związane są z ludźmi. Poznałam tu niezwykłe osoby i miałam szczęście pracować w większości z odpowiedzialnymi i dobrymi ludźmi – byli też tacy, którzy podzielali pasje ogrodnicze i zafascynowanie miejscem, którzy żyli uniwersytetem. Kiedy zaczęłam swoją przygodę na uniwersytecie, większość ludzi tu pracujących doceniało to miejsce. Byli to ludzie zaprzyjaźnieni ze sobą i nawzajem się wspierający. W tej chwili, w czasach brutalnego kapitalizmu, to niestety zanika. Ludzie traktują uniwersytet jak fabrykę, miejsce pracy – przychodzą na 8-mą, wychodzą o 16-stej. A wtedy była spora grupa ludzi związanych z tym miejscem, traktująca to miejsce i relacje międzyludzkie zupełnie inaczej. Wzorem dla mnie była moja pierwsza zwierzchniczka pani Daniela Chlebowska, niezwykle wymagająca od siebie i od innych, doceniająca i sprawiedliwa. Z latami zdawałam sobie sprawę, w jakim pięknym jestem miejscu, że wszędzie jest historia. Bardzo mnie denerwuje jak ktoś niszczy, zmienia, nie szanuje ciągłości, tradycji. Nie tylko uniwersytet, ale to miasto, które tyle przeżyło, wymaga niezwykłego szacunku, choćby ze względu na trud odbudowy po wojnie, po Powstaniu Warszawskim. Myślę, że uświadamianie sobie tego, w jakim miejscu jesteśmy, żyjemy, ile pokoleń na to patrzyło, współtworzyło – ubogaca, obdarowuje dziedzictwem i dumą, zobowiązuje. Odkąd zaczęło działać Muzeum UW przychodzi do nas coraz więcej wycieczek. Nie tylko szkolnych, odwiedzają nas turyści zagraniczni. Od strony skarpy teren został zdewastowany, ale trzon środkowy założenia przetrwał. Patrzę na turystów, którzy korzystając z wiedzy o Chopinie, zwiedzają teren uniwersytetu. Widzę ich zachwyt. Nie dziwię się, bo miejsce było i jest cudowne. I to nasze sąsiedztwo – Kościół Wizytek z ogrodem, w którym bywam. Czas jubileuszu to piękne miesiące i lata w życiu uniwersytetu. Ilość osób zaangażowanych w obchodzenie tego święta, których przy tej okazji poznaję jest imponująca. Odżywa atmosfera, której doświadczyłam na początku swojej pracy, kiedy ważne było, żeby realizować wspólne inicjatywy edukacyjne, kulturalne, towarzyskie. Wehikuł czasu – całodzienną imprezę na terenie centralnym – zorganizowały osoby z Uniwersytetu Otwartego. Wielką przyjemnością było obserwowanie efektów ale i współpraca z tymi młodymi, zaangażowanymi ludźmi. Drugi oddany zespół pracowników i pasjonatów związany jest z Muzeum UW, które mieści się w pałacu Tyszkiewiczów – Potockich. Wielką przyjemnością jest obserwowanie efektów ale i współpraca z tymi młodymi, zaangażowanymi ludźmi. Jestem dumna z miejsca, w którym pracuję, z zawodu, który wykonuję, z miasta, w którym żyję.

Dziękuję za rozmowę.

Rozmawiała Maria Kamińska,
Członek Komisji Historycznej Towarzystwa Przyjaciół Warszawy i Klubu Organizatorów Ruchu Turystycznego TPW (Oddział KORT TPW)
zdjęcia: Maria Kamińska, Franciszek Trynka, Barbara Siedlicka

To nie mury tworzą teatr

To nie mury tworzą teatr

Jesteśmy spadkobiercami 6 milionów zamordowanych Żydów, którzy nie mogli opowiedzieć swojej historii – rozmowa z Gołdą Tencer, dyrektorką Teatru Żydowskiego i organizatorką Festiwalu Warszawa Singera.

Golda Tencer, dyr. Teatru Zydowskiego w Warszawie, czerwiec 2016, fot. Jarek Zuzga

Gołda Tencer, dyrektorka Teatru Żydowskiego w Warszawie, fot. Jarek Zuzga

 

Od Redakcji: Teatr Żydowski od wielu lat promuje kulturę żydowską w Polsce, a Gołda Tencer stała się twórczynią jednego z najbardziej znanych festiwali, którego celem również jest popularyzacja żydowskiej kultury, Festiwalu Singera. Trwa obecnie spór między właścicielem ziemi na której znajduje się Teatr Żydowski, firmą Ghelamco, a samym Teatrem, co do stanu technicznego budynku. Według Ghelamco stan Teatru zagraża życiu osób w nim przebywających, co uniemożliwia granie w nim spektakli. Dlatego też aktorzy postanowili zagrać sztukę – „Skrzypek na dachu” na placu Grzybowskim. 

Z Teatrem Żydowskim jest pani związana od wielu lat. Czy jest to pani miejsce na Ziemi?

Po przyjeździe do Warszawy byłam przez niecały rok związana z teatrem przy ulicy Królewskiej. Do Teatru Żydowskiego przyszłam w 1971 roku. Pamiętam jeszcze, jak był budowany. Dwa drzewa, które tu rosną (pani Gołda Tencer pokazuje widok za oknem, zastawionym teraz przez kraty – przyp.red.), zasadziłam razem z Szymonem Szurmiejem. Tak to już jest – wyrosło drzewo, ma gałęzie i w pewnym momencie przychodzi człowiek i odrąbuje te gałęzie. A to drzewo przecież zapuściło korzenie! Tak, teatr to moje miejsce na Ziemi. Po tej scenie chodziła Ida Kamińska, Szymon Szurmiej, cała plejada aktorów. A aktorów mieliśmy i mamy wspaniałych.

Ostatnio, grając poza deskami teatru, pod gołym niebem, udowodniliście, że to nie mury tworzą miejsce.

Wielokrotnie rozmawialiśmy o tym, czy to mury tworzą teatr, czy ludzie. Przychodziliśmy tu mając 18-20 lat, kończyliśmy studia teatralne, jesteśmy bardzo mocno związani z Teatrem Żydowskim. Niektórzy są tu od dwudziestu, trzydziestu lat. To całe nasze życie. Kiedy robiłam maturę w żydowskiej szkole im. Pereca w Łodzi, dostałam książkę Arnolda Szyfmana „Labirynt teatru”. Już wtedy wiedziałam, że będę aktorką. Występowałam od zawsze. I zawsze powtarzam: kocham to miasto, kocham ten teatr, no i publiczność, która do nas przychodzi.

Czy przekraczając wiele lat temu próg Teatru Żydowskiego przewidziała pani, że zwiąże się z nim na tak długo?

Tak. Od zawsze bardzo chciałam występować w Teatrze Żydowskim. Kiedy byłam jeszcze małym dzieckiem, Teatr przyjeżdżał do Łodzi. Oglądałam dziesiątki razy te same przedstawienia, na przykład „Sen o Goldfadenie”. Po latach sama zagrałam Mirełe czy Bube Jachne. Wiedziałam, że to jest mój teatr i moja kultura. Teatr jest dla mnie pomnikiem. Czuję, że jesteśmy spadkobiercami 6 milionów zamordowanych Żydów, którzy nie mogli opowiedzieć swojej historii. My jesteśmy tymi, którzy powinni ciągnąć tę nić. Dlatego też dziesięć lat temu stworzyłam Centrum Kultury Jidysz. To dla mnie bardzo ważne. Tutaj, na placu Grzybowskim, tętniło życie żydowskie.

Plac Grzybowski bardzo zmienił się przez ostatnie lata.

Jaki był plac Grzybowski gdy zobaczyłam go po raz pierwszy wiele lat temu? Na pewno nie był betonowy. Przypominał mi miejsce jak z opowiadań Singera, plac, na którym jeszcze unosił się zapach czuleniu i innych wiktuałów. Kocham ten plac, rosłam razem z nim. Ma niesamowitą duszę. On mówi, on cały czas mówi. Zawsze chciałam stworzyć tu pomnik Matki Żydowskiej, która oddawała dzieci polskim matkom, które ratowały im życie. Irena Sendlerowa powiedziała kiedyś, że żałuje, że nie napisała o tym książki. Posadzić drzewo, wierzbę płaczącą – taki mam pomysł na pomnik. Mam jeszcze dużo planów, ale oczywiście na pierwszym miejscu jest mój teatr, aktorzy i cały zespół, który stworzył tu swój dom.

Wiele lat temu przyjechała pani z Łodzi do Warszawy. Jak ocenia pani Warszawę dzisiaj?

Warszawa jest moja i ja jestem jej” -­ powiedział Janusz Korczak. Wprawdzie kocham moją Łódź, ale kocham ją we wspomnieniach. Czuję się bardzo związana z Warszawą, a szczególnie z Teatrem. Plac Grzybowski, Teatr – to są moje miejsca, to są moje klimaty. Warszawa się zmieniła, zmienia się z dnia na dzień, zaczyna tętnić życiem. Jestem zakochana w Warszawie. Wybieram takie miejsca, które mają duszę.

Gdzie powinny skierować swoje kroki osoby, które zaczynają interesować się kulturą żydowską? Co warto przeczytać, obejrzeć?

Oczywiście przede wszystkim chciałabym polecić Teatr Żydowski, gdzie gramy bardzo duży przekrój sztuk, od „Dybuka” Mai Kleczewskiej, po „Aktorów Żydowskich” Anny Smolar. Zachęcam do sięgnięcia po książki Singera. Trudno mi polecić jedną, warto przeczytać je wszystkie. Jeśli ktoś chce dowiedzieć się czegoś więcej o kulturze żydowskiej, przy Andersa 15 jest Centrum Kultury Jidisz. Można nauczyć się języka, zapisać się na Uniwersytet Trzeciego Wieku. Jest też Uniwersytet Otwarty. Na kursy języka jidisz przyjeżdżają osoby z Japonii, Ameryki, z Izraela, no i oczywiście z Polski. Jest też Muzeum Historii Żydów Polskich czy Żydowski Instytut Historyczny. Ja zapraszam do naszego Teatru.

Dziś lokalizacja Teatru Żydowskiego stoi pod znakiem zapytania.

Tak, ale kiedy graliśmy „Skrzypka na dachu” poza budynkiem teatru, na Placu Grzybowskim, było to coś niesamowitego – tyle ludzi przyszło, tyle młodzieży! Chyba wtedy do nas dotarło, że to nie tylko budynek tworzy teatr – chociaż ja tak do niedawna myślałam. To ludzie go tworzą. Mamy fantastyczny zespół aktorski. Jesteśmy spadkobiercami kultury żydowskiej i to na nas ciąży obowiązek jej przekazywania, który chętnie wykonujemy. Zapraszam na Festiwal Singera, którego Teatr Żydowski jest częścią. Na pewno wszystkie zaplanowane wydarzenia zlokalizowane na Placu Grzybowskim się odbędą. Wielkie podziękowanie dla dyrektora Teatru Kwadrat – Andrzeja Nejmana, który użyczył nam sali i użyczy nam jej również podczas trwania Festiwalu Singera. Gmina Żydowska również użyczy nam swoich pomieszczeń. Będziemy też w Pardon to Tu, w Cosmopolitanie. Festiwal wrósł w życie kulturalne Warszawy.

Festiwal Singera promuje kulturę żydowską, ale z racji współpracy z różnymi środowiskami można powiedzieć, że stał się ponadkulturowy.

Tak, on jest ponadkulturowy. Tradycja żydowska wyrosła z jednego pnia z kulturą polską. Jedna na drugą wpływa. Nie można ich rozdzielać i my tego na pewno nie będziemy robić.

Zobacz program Festiwalu Warszawa Singera

Rozmawiały: Karolina Przybysz-Smęda, Izabela Wojtal; zdjęcie: Jarek Zuzga

Warszawa w eterze

Warszawa w eterze

Kto w dobie internetu i cyfryzacji słucha jeszcze analogowego radia? Na czym polega praca w newsroomie lokalnej, warszawskiej rozgłośni? Czy warto studiować dziennikarstwo? Jak wykorzystać wiedzę, ile dzielnic ma Warszawa? Czy życie stolicy można porównać do „Mody na Sukces”? Na te i wiele innych pytań, wprost ze studia przy ul. Narbutta, odpowiada Paweł Nadrowski – szef newsroomu Radia Kolor.

Posłuchaj rozmowy:

Bartosz Cheda: Pierwsze pytanie nie będzie zaskoczeniem — jak trafiłeś do radia i skąd się w ogóle wzięło zainteresowanie nim?

Paweł Nadrowski: Na radiu miało się nie kończyć. Na początku miała być telewizja; już w liceum zastanawiałem się, jak wejść do świata dziennikarstwa. Zacząłem spotykać się z dziennikarzami, głównie telewizyjnymi, śledziłem codziennie serwisy informacyjne. Bardzo pomógł mi facebook, potęga social media jednak robi tutaj swoje. Każdy z dziennikarzy jak jeden mąż powtarzał mi jedną rzecz: „absolutnie nie zaczynaj od telewizji, idź do radia”. Mówili jeszcze „absolutnie nie idź na dziennikarstwo”, ale tutaj stwierdziłem, że ich nie posłucham. I faktycznie — radio jest dobrą szkołą dla kogoś, kto nigdy nie miał do czynienia z dziennikarstwem.

Jaka jest specyfika pracy dziennikarza radia lokalnego, w porównaniu do rozgłośni ogólnokrajowych?

Mamy tę przewagę nad radiem ogólnopolskim, że jesteśmy bliżej słuchaczy. Na przykład, możemy pozwolić sobie na antenie na korki, czyli powiedzieć, w którym miejscu nie przejedziemy, a którą drogą, dla odmiany, przejedziemy szybciej. Poza tym, jako radio lokalne stawiamy na tematy, które zainteresują tego, kto mieszka na „naszym podwórku” i podwórko obok. Mówimy zarówno o tym, że nastąpi Brexit, a za chwilę o pani Gieni, która zostawiła torebkę w tramwaju numer 17 i pytamy, czy ktoś jej przypadkiem nie znalazł. Wydaje mi się, że jest to forma „puszczenia oczka” do naszego słuchacza, który czuje, że jesteśmy z nim.

Mówiąc o radiu ogólnie — nie uważasz, że ono powoli umiera, a przynajmniej w formie tradycyjnej, w czasach, kiedy sporo rozgłośni w całości lub części przechodzi na nadawanie internetowe? Czy radio nie jest więc przestarzałym medium?

Takie same rzeczy wieści się prasie i telewizji. Nie wydaje mi się, żeby to szybko nastało, ponieważ słuchacz, telewidz, czytelnik ma wybór — albo coś dopasowanego do jego potrzeb, i tu faktycznie mówimy o kanałach internetowych dedykowanych pod muzykę jazzową czy rockową. Mają one tę przewagę, że są lepiej dopasowane — jeśli jedna piosenka mi nie pasuje, mogę szybko zmienić stację na inną. Ale my za to oferujemy coś, czego radio internetowe nie posiada — profesjonalizm. Sam powiedz, ile znasz rozgłośni stricte internetowych, które odpalasz, bo chcesz posłuchać muzyki jazzowej i pomiędzy piosenkami słuchasz jakiegoś ciekawego wywiadu.

Żadnej…

No właśnie. My, w przeciwieństwie do radia internetowego dysponujemy budżetem. Możemy zatrudnić dziennikarzy, którzy specjalizują się np. w wywiadach.

Tak, ale znaczenie ma sama forma nadawania. Chodziło mi o to, że radio wymiera w formie tradycyjnej, ponieważ nawet poważne rozgłośnie — chociażby Kolor — stawiają coraz silniej na możliwość słuchania ich w internecie. Nie jest tak, że coraz więcej słuchaczy preferuje właśnie wersję on-line? A po drugie, wydaje mi się że do lamusa odchodzi radio czysto tradycyjne — takie, w których prezenter wypowiadał się na dowolny temat i sam dobierał muzykę, którą prezentował na antenie. Czy radio w obecnych czasach nie musi desperacko dostosowywać się do komercyjnej rzeczywistości, by przetrwać? Przez to na przykład prezenterzy mają narzucone, komercyjne treści swoich wejść, chociażby rozwiązanie konkursu…

Nie… Nie możemy mówić o czymś takim, że rozwiązanie konkursu jest tematem narzuconym. To znaczy — po części jest narzucony, ale też konsekwentny. To, co robimy, robimy dla słuchaczy. Słuchacze chcą brać udział w konkursach, więc każdy z nich trzeba rozwiązać. Jeśli chodzi o samo radio analogowe — zdajesz sobie sprawę z tego, że na wzór telewizji następuje cyfryzacja radia? Nie sądzę, by dochodziło tutaj do „reanimowania trupa” — ktoś widzi potencjał w radiu analogowym i chce, żeby ten „analog” przeszedł do lepszej, cyfrowej wersji.

Czy Twoim zdaniem zawód radiowca może być frustrujący? Sztywne ramy działania, niestandardowy czas pracy…

Na przykład jakie ramy masz na myśli, ten konkurs? (śmiech)

To był tylko mały urywek!

Więc chodzi o to, że mamy się wypowiadać w konkretnych godzinach…

…i na konkretne tematy. To nie jest, moim zdaniem taka swoboda dziennikarska, jakiej oczekiwałoby się od człowieka, który własnym nazwiskiem — i głosem — firmuje jakąś audycję.

Powiedz mi w takim razie, co postrzegasz jako dziennikarską wolność. Tutaj oczywiście możemy wkroczyć na głębszą wodę, ale są pewne zasady, które obowiązują w każdym medium, czyli na przykład reklamy o konkretnych godzinach. Nie jest tak, że ktokolwiek narzuca komuś: „na antenie masz mówić o tym i o tym”, wymagania brzmią za to: „masz mówić o tym, co chcesz, ale w konkretnych godzinach”. Chodzi o to, by nie zagadać słuchacza. Nie bez powodu pewne „mądre głowy” przeprowadzają analizy konkretnych profili radia. Jeśli więc mamy do czynienia z radiem „mówionym”, na antenie gada się non stop, tam trafisz na jedną-dwie piosenki w ciągu godziny i nikt nie mówi o żadnym ograniczeniu wolności. Dziennikarze mają pełną świadomość tego, gdzie decydują się pracować, jaki jest profil tej stacji i, co za tym idzie, jaki jest profil słuchacza. Jeśli ktoś chce słuchać więcej muzyki, będzie go irytował prezenter, który odzywa się co chwilę. W takim przypadku dziennikarz ma określone, według tak zwanego zegara, że może mówić na przykład raz na dziesięć minut.

Tak jak w Kolorze?

To tylko przykład, tak jest w wielu innych stacjach komercyjnych. Jeśli posłuchasz paru takich rozgłośni to zorientujesz się, że pod tym względem nieszczególnie się różnią.

Ale konieczność pracy w niestandardowych porach dnia, bądź w weekendy, a także — nie oszukujmy się — dość niewygórowane wynagrodzenie…

…to zależy już od dziennikarza. (śmiech)

Oczywiście. Ale te okoliczności, które wymieniłem, nie składają się chyba na obraz człowieka wykonującego ten zawód z innych pobudek niż czysta pasja. Dlatego myślę, że w przypadku nowicjuszy radiowych, zderzenie ich wyobrażeń z rzeczywistością może być bolesne.

Jest wiele różnych zawodów, które wymagają pracy w niedzielę, święta i innych niestandardowych porach. To że ktoś pracuje, tak jak ja, od 5 do 12, jest dla niego czymś normalnym. Nie jest tak, że cały świat idzie do pracy na 9, a wychodzi o 17, vide strażacy, lekarze, policjanci… Jeśli chodzi o dziennikarza, to można zadać sobie pytanie — czy dziennikarzem się jest, czy się bywa? Jeśli to drugie, to bywa się nim właśnie od wspomnianej 9 do 17. Jako dziennikarz nie patrzysz, czy akurat masz wolne — jeśli widzisz, że płonie most Łazienkowski, nie patrzysz na to czy jesteś w pracy czy może w kinie, tylko idziesz i robisz swoje, bo masz „nerwówkę” i czujesz, że powinieneś zająć się takim tematem. Oczywiście mówię to z własnej perspektywy dziennikarza newsowego.

Jako dziennikarz nie patrzysz, czy akurat masz wolne — jeśli widzisz, że płonie most Łazienkowski, idziesz i robisz swoje.

Średnia ilość newsów w jednym serwisie informacyjnym

Średnia ilość tematów w programie "Tydzień w Warszawie"

No właśnie, Ty zajmujesz się przede wszystkim informacją. Masz dobre pojęcie o tym, jakie jest na nie zapotrzebowanie w obecnym radiu. I stąd moje pytanie — czy słuchacze nie oczekują przede wszystkim muzyki i ewentualnie samej osobowości prezentera, a z serwisów informacyjnych interesuje ich przede wszystkim pogoda i sytuacja na drogach?

To zależy, gusta są różne. Nie można do końca przewidzieć, co spodoba się słuchaczom. Mogę tylko mieć nadzieję, że serwisy, które ja przygotowuję, spotykają się z dobrym odbiorem, bo umieszczam w nich to, co sam chciałbym usłyszeć. Powiem tylko, że serwisy informacyjne są atrakcyjne — ale jeśli spytasz pana Krzysia z ulicy Madalińskiego, to ten odpowie, że jego kompletnie nic nie interesuje. Natomiast pani Marysia z Żoliborza może mieć odwrotne zdanie — serwis był w porządku, ale brakowało konkretnych informacji i chciałaby usłyszeć więcej. Dobieramy różne tematy tak, by każdy znalazł coś dla siebie. Jeśli dla jakiegoś słuchacza chociaż pogoda będzie atrakcyjna, to też się z tego cieszę.

Te serwisy w porannym szczycie prowadzisz co 30 minut. Jak nadążasz z przygotowywaniem porcji informacji co pół godziny? W końcu nie chodzi tylko o wejście do studia i odczytanie wiadomości przed mikrofonem.

To nie jest tak, że dziennikarz newsowy ma na biurku stertę gazet i każdą z nich musi przynajmniej przekartkować. Bardzo pomaga tu internet i ogólnie nowe technologie. Na wiadomości lokalne mam swój patent — przed pójściem spać przeglądam wydarzenia z bieżącego dnia i zapowiedzi wydarzeń z następnego. Wiadomo, że świat rano jeszcze śpi i nie dostarcza zbyt wielu ciekawych informacji. O siódmej niewiele się dzieje, nie ma konferencji prasowych… W mojej pracy bardzo pomagają agencje newsowe — Polska Agencja Prasowa, Newseria i wiele więcej, nie sposób wymienić wszystkie. Depesze informują nas w skrócie, co w danym momencie jest istotne, my przeredagowujemy do „z polskiego na bardziej polski”.

Potencjalnych tematów jest na pewno sporo. W jaki sposób odróżniasz informacje ciekawe od tych niewartych uwagi? Sam pamiętam, że w trakcie stażu w Kolorze powiedziałeś mi kilka razy, że dany temat nie zainteresuje słuchaczy.

W takim razie może od razu powiesz o co chodziło, wtedy odniosę się do tego najprościej. (śmiech)

Jeden był o tygodniu artystycznym (nie przywołam szczegółów), drugi dotyczył otwarcia pl. Europejskiego przy Warsaw Spire…

…który jest komercyjną inicjatywą.

Wszystko w Warszawie jest komercyjne!

Ty stawiałeś głównie na kulturę i to zrozumiałe. Jednak każde radio ma swój target, pod który musimy stworzyć dany temat. W przypadku Radia Kolor są to kobiety od 25 do 49 roku życia i na nich się koncentrujemy. Jeśli chodzi o inicjatywy kulturalne nie chcemy wchodzić w szczegóły, bo kultura jest specyficzna — konkretne wydarzenia interesują nielicznych, co widać po frekwencji na takich eventach. Wiadomości to wiadomości. Dostosowujemy się do rytmu dnia, po godzinie 18 kończą się wiadomości i przestajemy stresować ludzi polityką — wtedy, podobnie jak w weekendowe poranki, mówimy o kulturze, nawet o świecie jazzu, którego nie puszczamy i z którym nasz słuchacz teoretycznie nie ma nic wspólnego.

Wrócę do początku naszej rozmowy, kiedy powiedziałeś, że zignorowałeś wszystkie rady dotyczące studiowania dziennikarstwa. Krąży opinia, że ten kierunek to fabryka bezrobotnych magistrów. Czy wiedza teoretyczna zdobyta na dziennikarstwie faktycznie pomaga Ci w pracy? A może liczy się praktyka i równie dobrze mógłbyś być politologiem albo ekonomistą?

(śmiech). Jeśli chodzi o studiowanie dziennikarstwa… zdecydowanie odradzam. Ale tylko pod kątem nauki teoretycznej. Mógłbym oczywiście powiedzieć: „absolutnie nie idźcie!”. Idźcie. Niech każdy robi w życiu to, co chce i to, co go kręci. Przyznam, że samo dziennikarstwo, z perspektywy studiów, niewiele mnie nauczyło. Może dlatego, że pracę w rozgłośni radiowej zacząłem już na II roku.

A może dlatego, że opuszczałeś większość zajęć?

Akurat zajęcia na dziennikarstwie pozwalają na to, by je opuszczać. Przykładowo, na pierwszym roku mieliśmy przedmiot, na którym tylko i wyłącznie definiowaliśmy skróty. Wykładowca przez cały semestr przerabiał z nami takie zagadnienia jak: co to jest ZOMO, ORMO, KPRM… To były takie oczywistości, że człowiek był nie tylko zaskoczony, ale i załamany (część studentów nie wiedziała…). Jeśli ktoś chce iść na dziennikarstwo, to na pewno będzie miał dużo czasu na rozwój praktyczny. A przy pierwszej rozmowie rekrutacyjnej, potencjalny szef spyta nas: „Ok, skończyłeś dziennikarstwo, ale co ty właściwie umiesz?”. Wtedy najlepiej powiedzieć: „Skończyłem politologię”, „filologię” albo „historię”. Od razu wiadomo, że na czymś się znasz. Nie jest oczywiście tak, że wszyscy idący na dziennikarstwo są z góry skazani na bezrobocie. Ale większość na pewno. Ostatnio przeczytałem raport, z którego wynika, że 90% studentów tego kierunku w ogóle nie wiąże przyszłości zawodowej z dziennikarstwem.

Można powiedzieć, że to taki wypełniacz?

Dokładnie. Coś, żeby mieć papierek. Więc po części jest to faktycznie fabryka bezrobotnych, ale wydaje mi się, że bardziej z winy samych studentów.

DSC_6052

Zadam Ci teraz moje ulubione pytanie: ile dzielnic ma Warszawa?

Osiemnaście. (śmiech)

Pamiętam, że dostałem od Ciebie to pytanie na rozmowie rekrutacyjnej…

…a ja nie pamiętam, czy znałeś odpowiedź!

Znałem! (śmiech)

Więc przyklaskuję, bo wbrew pozorom większość nie wie.

I z tym wiąże się następne pytanie: czego jeszcze oczekuje się od praktykantów w Radiu Kolor?

Przede wszystkim otwartości, ciekawości świata i głowy pełnej pomysłów. Nie wymagamy umiejętności związanych na przykład z edycją dźwięku, ponieważ właśnie po to są praktyki, by się tego nauczyć. My zapoznajemy ze sprzętem reporterskim, programami do montażu i pomagamy wydobyć z człowieka śmiałość, dzięki której taki stażysta będzie chciał sięgać po więcej. Staż jest najlepszą możliwością stworzenia sobie drzewka decyzyjnego, które umożliwi nam uzyskanie odpowiedzi na pytanie: chcę być dziennikarzem czy nie?

Trzeba być varsavianistą?

Oczywiście, że nie trzeba, ale biorąc pod uwagę lokalny profil naszego radia, trzeba mieć rozeznanie w kilku „warszawskich” rzeczach. Wtedy, nawet bez wiedzy, ile dzielnic ma Warszawa, wystarczy chęć do nauki.

Sam określiłbyś się mianem varsavianisty?

W stolicy jest mnóstwo wybitnych varsavianistów, więc bałbym się takiego określenia względem siebie. (śmiech)

Ale przecież co tydzień tworzysz dwugodzinną audycję, w której znajduje się ogromna ilość warszawskich informacji. Nie sądzisz, że po kilku latach pracy nad takim programem, prezenter staje się prawdziwą encyklopedią?

Muszę poczekać jeszcze kilka lat, by powiedzieć ci, czy tak faktycznie jest. Audycja, o której wspomniałeś, to weekendowy program „Tydzień w Warszawie”. Od godziny 6 do 8 nie ma tam ani jednej piosenki. Usłyszymy tylko słowo, i to słowo wyłącznie o Warszawie. Słuchając tydzień w tydzień takiego programu można dojść do wniosku, że mamy do czynienia z jakimś serialem. Nie wiadomo, jak dalej potoczy się życie miasta, Warszawa to momentami taka dobra „Moda na sukces”.

Porozmawiajmy jeszcze chwilę o Twojej codzienności. Zajmujesz się serwisami i programem „Tydzień w Warszawie”. Czym jeszcze?

Przede wszystkim koordynowaniem pracy newsroomu. To, co jest na antenie jest wisienką na torcie, na tym, co cały czas robimy w radiu. Żeby jakąś informację przekazać, najpierw trzeba ją znaleźć, wypytać się o szczegóły, nadać jej atrakcyjną formę… Najtrudniejszymi elementami są: znalezienie newsa i dotarcie do osoby, która mogłaby coś ciekawego powiedzieć. Reszta to fraszka.

Zdarza Ci się też prowadzić audycję w plenerze, z całym mobilnym studio. Jak się do tego przygotowujesz i jakie są największe różnice pomiędzy nadawaniem z siedziby radia i z pleneru?

Ktoś kiedyś stwierdził, że kumam wszystko, co zobaczę chociaż raz. W ten sposób dostałem w Kolorze szybki kurs obsługi sprzętu do nadawania zewnętrznego. Jeśli nasze radio nadaje z pleneru, to jest duża szansa, że będzie można mnie spotkać za konsoletą. Podstawową różnicą jest brak przewidywalności. Studio to azyl, gdzie masz gwarancję, że wszystko zadziała — za to odpowiada technik i sztab ludzi z działu IT. Nawet jeśli dojdzie do awarii, zaraz zgromadzi się tuzin osób, które zajmą się usunięciem usterki. „Na mieście” jesteś skazany sam na siebie, ewentualnie na pomoc telefoniczną. Przypadkowi ludzie też potrafią sprawić niespodziankę. Jako przykład podam program „Kolor i Przyjaciele”, w którym co piątek wybieramy się do jakiejś restauracji i z niej nadajemy. Przesłanie jest proste: kończy się tydzień, zapraszamy — każdy może przyjść i opowiedzieć jakąś historię, chociażby o tym, jak minął czas w pracy. Nie wiadomo, kto przyjdzie i jaką opowieść ma do zaoferowania…

To leci na żywo?

Tak, na żywo jest każdy program emitowany ze studia plenerowego.

Jedno wydarzenie z pracy w Kolorze, które szczególnie zapadło Ci w pamięć?

Pytasz o aspekt newsowy czy towarzyski?

O każdym, przecież praca dziennikarza to nie tylko sucha obróbka informacji.

Zażyłeś mnie teraz… (dłuższe zastanowienie). Wydaje mi się, że to był ten pożar Mostu Łazienkowskiego.

Dla dziennikarza radiowego chyba najważniejszy jest głos. To cecha, dzięki której jest lubiany i rozpoznawany. Jak długo pracowałeś nad swoim głosem, by móc swobodnie czytać serwisy i co robisz obecnie, żeby utrzymać formę?

Regularne czytanie na głos jest kluczowe — nieużywany mięsień zanika, a mięsień niewyćwiczony jest do niczego. Na początek warto wybrać się do logopedy, który podpowie, nad czym należy szczególnie popracować. Poza tym logopeda na pewno przepisze jakieś ćwiczenia na dykcję, które trzeba regularnie wykonywać. W moim przypadku największym problemem było mlaskanie, „ćlamkanie”. Taki dźwięk w połowie słowa brzmiał dziwnie; bardzo się stresowałem, że nie będę w stanie sobie z tym poradzić. Jak się okazało, wystarczy trochę szerzej otwierać usta. Ważna jest również praca przepony. Co pamiętasz z naszej pracy przed mikrofonem? (śmiech)

Zdecydowanie dmuchanie w kartkę.

To pozwala zachować odpowiednią pracę przepony. Bierzemy kartkę A4, drzemy ją na ćwierć, przykładamy do ściany i dmuchamy w nią tak szybko i długo, jak to tylko możliwe, tak, aby nie spadła na ziemię.

I po takich ćwiczeniach można wejść do studia i dumnie przeczytać serwis!

Na przykład — czego osobiście każdemu życzę.

Dziękuję za rozmowę.

Ja również dziękuję.

Rozmawiał Bartosz Cheda, fot. Jarek Zuzga

Ursynów Zapomniany

Ursynów Zapomniany

Jego działalność można by uznać za destrukcyjną dla wizerunku dzielnicy i nazwać ją antypromocją. Szare murki, obdrapane bloki, wątpliwej wartości grafitti na śmietnikach, to wszystko możecie znaleźć na stronie Ursynów Zapomniany. Nie przeszkadza to fanom jego strony, wręcz przeciwnie, wciąż ich przybywa.

Na Ursynowie mieszka od 20 lat. Dzielnicę zna jak własną kieszeń i trudno mu sobie wyobrazić, by być gdziekolwiek indziej. Zresztą nie chciałby być gdzie indziej. Od dziecka szwendał się po okolicy, grywał w nogę na boiskach z piachu na Kabatach (nie było jeszcze orlików), biegał z pistoletem na kulki po polach, na których teraz stoją osiedla. Sebastian Kalinowski, bo to on jest twórcą strony Ursynów Zapomniany, opowiedział o tym jak ona powstawała, skąd czerpie inspiracje do swoich zdjęć i jakie ma plany na rozwój fanpage’a.

12106764_1909708209253430_6046030045826542437_n

Skąd pomysł na stronę?

To wszystko wzięło się z tych miejsc, które przez lata mijałem, które nie zmieniły się, a które są na widoku. Jak chodziłem nad Dolinkę, na granicę dzielnicy, to mimochodem w głowie zostawały obrazy. Później zacząłem się interesować bardziej świadomie tym, gdzie jestem, czytać o historii dzielnicy. Od tego była niedaleka droga do strony.

1613827_1667013816856205_2001951205497873329_n

Jaki jest cel pokazywania tych miejsc?

Pewnie prędzej zainteresują one osoby, które je znają, dla których nie są zaskakujące. Choć powinny, bo jeśli przyjmiemy, że to najmłodsza, najbogatsza dzielnica, to takie miejsca nie bardzo pasują do tego obrazu. Przede wszystkim stroną interesują się ludzie z Ursynowa, ale spotkałem się też z opiniami, że fanpage burzy stereotypy, ludzie mówią – a myślałem, że tam jest ładnie i sterylnie, myślałem, że tam wszystko jest nowe. Przecież nawet te wszystkie bloki z początku lat 90. nie wyglądają jakoś bajecznie. Ja pamiętam drogę do metra Kabaty po płytach między krowami, to jest coś, co dzisiaj jest bezcenne.

10527696_1646992912191629_8306692928114992928_n

Co to znaczy zapomniany?

Taki, o którym nikt nie myśli i nikt nie chce wiedzieć. Zapomniany, czyli opuszczony. To miejsca zapomniane przez ludzi, na których nikomu nie zależy, żeby wyglądy lepiej, nikt o nich nie myśli a więc nikt o nich nie pamięta.

10488000_1660947187462868_1549271302150388085_n

Zdarza się Tobie odwoływać do sentymentów?

Tak, ludzie patrzą i mówią, to tam robiłem zakupy jak mieszkałem na Ursynowie
Takim symbolem jest neon Ursynów, to nasz dziki zachód, jego połowa jest jakby zjedzona, a wciąż stoi i pewnie nieprędko się to zmieni.

12074864_1909709335919984_5557661941576390884_n

Fani strony podsyłają zdjęcia?

Tak, dostałem kilka, ale niestety nie wszystkie się nadają. Mam jednak zamiar stworzyć dla nich osobny album. To wpisuje się w w mój plan rozwoju strony. Chcę, żeby było trochę więcej treści np. historii dzielnicy, żeby pojawiały się archiwalia, ale też nie chcę, żeby to było coś wielkiego jak portal.

Wybierasz miejsca do zdjęć, bo je kojarzysz, czy trafiasz na nie przypadkiem?

3/4 zdjęć to są miejsca, których nie szukałem, ale wiedziałem, gdzie iść, jak wytyczyć trasę, żeby je znaleźć. Na niektóre trafiałem, bo sprawdzałem lokalizacje, w których nie bywałem. Chodziłem i robiłem zdjęcia brzydkim rzeczom. A ludzie, których spotykam często mówili – to trzeba zburzyć, po co robić zdjęcia.

14354_1776135499277369_7113153786190011386_n

Na stronie raczej nie pojawiają się historyczne miejsca, dlaczego?

Miejsca historyczne, często otoczone są pamięcią, a mnie interesują miejsca zapomniane. To, żeby były w świadomości to zadanie powołanych do tego instytucji, a nie moje. Ja ocalam od zapomnienia miejsca innego rodzaju, niektóre z nich pewnie nie są warte pamięci.

Ulubione zapomniane miejsce?

Trudne pytanie. Moje pierwsze zdjęcia to była stacja postojowa metra, mur za nią. Poza tym tory, jeziorko. Tam poszedłem na początku.

1907768_1646992838858303_1432669217266269530_n

Rozmawiała: Iza Kieszek-Wasilewska

Wszystkie zdjęcia pochodzą ze strony Ursynów Zapomniany.

Warszawie wybaczę prawie wszystkie błędy

Anna Alboth

Tęsknię za upierdliwymi paniami w autobusach, które wtrącają się w wychowywanie dzieci, za nowomową dresiarzy, za księgarniami i kawiarniami, w których mogę wpaść na znajomych – opowiada podróżniczka Anna Alboth.

Od początku wakacji zaspokajamy naszą ciekawość i pytamy osoby, które wyprowadziły się z Warszawy, za czym tęsknią.  Czego im  brakuje? A czego zupełnie nie brakuje? Jak odległość od miasta, w którym spędziło się wiele lat, wpływa na jego postrzeganie?

Do rozmowy zaprosiliśmy podróżniczkę Annę Alboth, warszawiankę, która na stałe mieszka w Berlinie. Swoje podróżnicze życie opisuje w blogu Rodzina bez Granic. Za czym tęskni?

Gdybyś teraz wróciła do Warszawy, gdzie skierowałabyś swoje pierwsze kroki?

Gdybym miała wrócić tu na stałe, chciałabym zamieszkać w centrum, żeby czuć rytm miasta jak najmocniej. Jeśli na chwilę – do kawiarni Wrzenie Świata albo baru Plan B, bo tam – jak za starych czasów – zawsze spotkam kogoś znajomego.

Za czym tęsknisz będąc daleko?

Za upierdliwymi paniami w autobusach, które wtrącają się w wychowywanie dzieci („a czapeczkę ma? a czapeczki nie ma?”), za nowomową dresiarzy, którą sobie zapisuję na karteczkach, za „moimi” wszystkimi ulicami, za polskimi księgarniami i kawiarniami, w których mogę wpaść na znajomych.

Mam sentyment do okolic Metra Politechnika (bo liceum na Polnej), okolic Krakowskiego Przedmieścia (bo okienka na studiach i – przede wszystkim – mieszkanie Babci na Nowym Świecie), Pola Mokotowskiego (bo niedaleko domu), Wisły (bo letnie życie). Lubię też Pragę i Żoliborz, ale to już przez pojedyncze miejsca czy historyjki.

Jak w skrócie opisałabyś Warszawę swoim przyjaciołom i znajomym z Berlina?

Moje miasto! Ja jestem absolutnie nieobiektywnie zakochana w Warszawie, tęsknię za nią, kiedy mnie tam nie ma i wybaczam prawie wszystkie błędy. Ale też widzę jak pięknieje i mądrzeje w ciągu ostatnich lat. No świetna jest, tak w skrócie!

Jak myślisz, co mogłoby im się spodobać? A co mogłoby ich zdziwić?

Myślę (i wiem), że podobają im się na przykład cmentarze. Że są prawdziwym miejscem, które żyje, które jest dla ludzi wciąż ważne. W Niemczech jest inaczej. A na minus – dziwi ich, że rzeka jest tak słabo wykorzystana, choć my wiemy, że to i tak się bardzo zmienia. We wszystkich europejskich miastach – życie kręci się wokół rzek, a u nas tylko latem w nocy. No i co dziwi bardzo: że nie można pić alkoholu na ulicach.

Miałaś kiedyś taki moment, kiedy na drugim końcu świata pomyślałaś: „O, zupełnie jak w Warszawie”?

Nie, nigdy. Jeszcze mieszkając w Warszawie myślałam, że tak, owszem, mogę podróżować dużo i na długo, ale mieszkać tak naprawdę będę mogła tylko w Warszawie. Kiedy pierwszy raz, dawno dawno temu, odwiedziłam Berlin, pomyślałam, że to drugie miejsce na świecie, w którym wyobrażam sobie żyć. No i tak zostało.

Co widziałaś ze swojego okna na Warszawę, a co widzisz teraz z okna w miejscu w którym mieszkasz?

 W Warszawie miałam dobre okno: wychodziło na osiedlową ulicę, którą wielu musiało przekraczać, żeby pójść na zakupy czy przystanek autobusowy. Dobry punkt strategiczny dla nastolatki. W Berlinie mieszkamy w bardzo głośnym miejscu: obok szpitala, straży pożarnej, komisariatu policji, przy ulicy, która jest wyjazdówką na autostradę, obok okna przejeżdża tramwaj, a dokładnie nad naszym budynkiem lecą samoloty na lotnisko Tegel. Ale poza tym to spokojna dzielnica: z parkami i basenem odkrytym.

Miejsce w Warszawie, które ma rację bytu tylko w Warszawie, bo w każdym innym miejscu na świecie to nie byłoby już to samo, to Twoim zdaniem…

Plac  Zbawiciela z tęczą. Gdzie na świecie odbywałyby się takie walki o wesołą konstrukcję z kolorowych kwiatów? Ja uwielbiam tęczę (nie tylko ideologicznie, ale też wizualnie: widok na nią nad ranem, kiedy w barze rozmawiam sobie z przyjaciółmi – zawsze mnie cieszy).

Miejsce, bez którego Warszawa nie byłaby Warszawą to…

 Nowy Świat i cały Trakt Królewski. Jak tamtędy przejeżdżam, przechodzę, czy widzę stamtąd zdjęcia w książkach czy u międzynarodowych znajomych na Facebooku – myślę sobie: moja Warszawa.

Co Warszawa mogłaby zaczerpnąć z Berlina?

Luz: żeby ludzie nie przejmowali się tak bardzo tym, jak wyglądają i czy robią ważne sprawy. W Berlinie jest więcej wolności, kreatywności i przyzwolenia na różnorodność. Wszyscy się czują jak u siebie. Mają też mnóstwo możliwości, żeby robić to, co naprawdę kochają. Życie w Berlinie jest łatwiejsze niż w Warszawie.

A co Berlin mógłby zaczerpnąć z Warszawy?

 Pierogarnie, ceny taksówek i bardziej kontaktowych ludzi na ulicach. W Warszawie ludzie częściej wchodzą z obcymi w interakcje: w autobusach, na wystawach, w kawiarniach. W Warszawie też międzysąsiedzkie więzi są mocniejsze: ludzie mieszkający w jednym bloku czy na jednym podwórku trochę się znają, pożyczą sobie cukier. W Berlinie sąsiedzkie spotkania to niestety rzadkość. Ludzie organizują projekty wspólnego mieszkania (że do budynku wprowadza się kilkunastu przyjaciół), ale mi chodzi bardziej o taką naturalną wymianę, w przypadkowych gronie. Moja sąsiadka staruszka zawsze jest zadziwiona, że chcę jej pomóc nieść zakupy.

Czy Wy również mieszkaliście w Warszawie przez wiele lat i podjęliście decyzję o przeprowadzce do innego miasta lub kraju? Czy tęsknicie za Warszawą? Czego Wam brakuje po przeprowadzce? Czy w nowym mieście jest Wam lepiej?  Czekamy na Wasze listy: oknonawarszawe@gmail.com.