Pałac. Wyznanie intymne

Pałac. Wyznanie intymne

Temat burzenia Pałacu Kultury i Nauki wraca do warszawskich mediów jak bumerang. Wczoraj znowu zawrzało po słowach ministra Glińskiego, który zapytany o pomysł zburzenia budynku na 100-lecie odzyskania przez Polskę niepodległości powiedział, że „nie ma nic przeciwko“. Dla jednych symbol stalinizmu, dla innych najbardziej rozpoznawalny symbol miasta, a dla mnie przede wszystkim miejsce, gdzie spędzam 40 godzin tygodniowo. I nie, nie zgadzam się na żadne jego wyburzenie.

Palac Kultury i Nauki, PKiN

To nie była miłość od pierwszego wejrzenia. Od zawsze oczywiste było dla mnie to, że gdyby dało się cofnąć czas, wolałabym żeby ten fragment miasta wyglądał jak przed wojną. Ale czasu cofnąć się nie da, więc nie będziemy się tu teraz nad tym rozwodzić. Potem coś się zmieniło. Najpierw był film dokumentalny „Pałac” w reżyserii Tomka Wolskiego, później reportaż Beaty Chomątowskiej „Pałac. Biografia intymna”. To one w dużej mierze zmieniły moje postrzeganie Pekinu (i film i książkę polecam). Podejrzałam go od środka, poznałam historie ludzi, którzy go projektowali i budowali, którzy tworzą go dziś. Stał mi się… bliższy.

Niedługo potem zaczęłam pracę w jednym z biur mieszczących się w Pałacu. Od tamtej pory mogę codziennie obserwować ten żywy organizm od samego środka i powiem Wam szczerze, że to ciekawa obserwacja i pasjonujące doświadczenie – otworzyć potwornie ciężkie drzwi wejściowe (czy to możliwe, żeby w poniedziałki rano były cięższe niż w inne dni tygodnia?), podglądać sędziwych panów z ochrony, na których biurkach dzwonią jeszcze ogromne telefony z tarczą, zastanawiać się dokąd prowadzą małe tajemnicze drzwi na korytarzu (zawsze zamknięte – sprawdzam regularnie!), przeżyć chwile grozy, gdy nagle ktoś zaczyna mówić przez trzeszczące głośniki głosem jak z zaświatów, wpaść po kanapkę do Ciasteczkowa do najmilszej na świecie pani Agnieszki, która w Pałacu zna chyba wszystkich i pamięta doskonale, kto jakie kanapki kupuje, czy wreszcie poobserwować tłumy turystów w kolejce na taras widokowy i słuchać ich zachwytów nad architekturą, która często jest im zupełnie obca i dlatego niezwykle ciekawa. To za ten mikroklimat Pałac lubię najbardziej.

Warszawa przedwojenna zniknęła bezpowrotnie, po odbudowie powstało w pewnym sensie nowe miasto. Jeżeli spojrzymy w tym kontekście na Pałac Kultury i Nauki, to właśnie on stał się symbolem tej nowej Warszawy. Symbolem, bez którego bardzo trudno wyobrazić sobie dziś stolicę Polski. I jeśli ktoś kiedyś faktycznie będzie chciał go wyburzyć, będę pierwsza w kolejce, żeby przykuć się na znak protestu do tych diabelsko ciężkich drzwi.

Magda Liwosz
fot. Jarek Zuzga

Co z tym parkiem, czyli słów kilka o Parku Natolińskim

Co z tym parkiem, czyli słów kilka o Parku Natolińskim

Park Natoliński owiany jest tajemnicą, ponieważ od czasu jego rewitalizacji przez Fundację Centrum Europejskie Natolin pozostaje niedostępny dla odwiedzających (poza nielicznymi spacerami wraz z przewodnikiem). Wokół zespołu parkowo-pałacowego rozciąga się również Las Natoliński posiadający status rezerwatu. Powstaje pytanie czy prawie całkowite zamknięcie Parku Natolińskiego dla warszawiaków (i nie tylko), jest rzeczywiście podyktowane ochroną przyrody czy też ma być to miejsce elitarne, dostępne jedynie dla nielicznych, czyli studentów i kardy profesorskiej Kolegium Europejskiego?

Trochę historii

Historia Parku Natolińskiego rozpoczęła się, gdy Jan III Sobieski kupił wieś Milanowo, w której skład wchodziła również część natolińskiego lasu, gdzie stworzył zwierzyniec i Bażantarnię. Na polecenie Augusta Czartoryskiego wybudowany również został Pałac Potockich. Podczas dziedziczenia samego pałacu oraz przyległego do niego terenu, przez kolejnych właścicieli zostały dobudowane oficyna, wozownia ze stajnią i domy dozorców. Wybudowano również świątynię dorycką, bramę i most mauretański oraz akwedukt rzymski. Powstał również pomnik-sarkofag Natalii Potockiej. Wszystkie zabytki przetrwały początkowy okres II Wojny Światowej, jednak niestety zostały prawie doszczętnie zniszczone przez Niemców podczas Powstania Warszawskiego. W 1945 roku Natolin upaństwowiono i przekazano Muzeum Narodowemu, dzięki czemu usunięto większość skutków wojennych zniszczeń. Niestety, z biegiem lat Pałac zaczął ponownie niszczeć. Dopiero w latach 90. XX w., po przejęciu Pałacu przez Fundację Centrum Europejskie, skutecznie zrewitalizowano Pałac i stan ten trwa do dziś. Nic tylko się cieszyć, ale…

Co z tym Parkiem?

Pałac Natoliński i jego przyległości zostały odrestaurowane, ale trudno się nimi cieszyć, skoro nie można go właściwie oglądać. To znaczy istnieje możliwość zwiedzania (od 2011 roku po interwencji władz Ursynowa w tej sprawie), ale jak piszą zainteresowani, możliwość dostania się na takie zwiedzanie graniczy z cudem, gdyż chętnych jest aż nadto, a liczba osób w grupie ograniczona do 20. Pytanie dlaczego tak właśnie jest. Teorii jest wiele. Według oficjalnych wypowiedzi obecnego burmistrza Ursynowa oraz przedstawicielki Regionalnej Dyrekcji Ochrony Środowiska celem takiego postępowania jest ochrona terenu rezerwatu, czyli pozostałości pradawnej puszczy mazowieckiej oraz około tysiąca drzew-pomników. Tylko dlaczego mieszkańcy nie mogą mieć dostępu do części pałacowej? Według władz Kolegium podyktowane jest to ochroną studiujących i mieszkających tam osób. Pytanie kto miałby im zagrażać i dlaczego?

Wśród samych mieszkańców Ursynowa zdania są również podzielone. Część chciałaby całkowitego udostępnienia Parku zwiedzającym. Inni natomiast zwracają uwagę na ryzyko zaśmiecania rezerwatu i zniszczenia jego naturalnego piękna.

Co o tym wszystkim sądzić?

A więc otwierać czy nie otwierać? Chciałoby się rzec „jestem za, a nawet przeciw”. Park i Rezerwat Natoliński jest jednym z kilku, do których wstęp jest wciąż zamknięty, a w tym wypadku wręcz zabarykadowany, ponieważ wejście na jego teren bez specjalnego pozwolenia jest niemożliwe. Wręcz można by zaśpiewać „moja stolica murem podzielona”. I tak jak przemawiają do mnie argumenty co do ochrony terenu Rezerwatu (zważywszy, że mam niestety okazję obserwować jak zaśmiecane są nadwiślańskie tereny obszaru Natura 2000 na Siekierkach), tak argument związany z ochroną studentów jest dla mnie mocno naciągany. W ten sposób tworzy się wrażenie specyficznej elitarności uczelni (prawie niczym Hogwart!), do której dostępu trzeba bronić przed tajemniczymi siłami zła. Cena odrestaurowania Pałacu i jego przyległości przez Centrum również wydaje się zbyt wysoka, jak na fakt, że podziwianie tego piękna jest tak niedostępne.

Co należałoby zrobić?

Czas przywrócić część Pałacową mieszkańcom – wszak bez problemu można zwiedzać Pałac na Wodzie w Łazienkach, czy ten w Wilanowie, a jeśli dobrze sobie przypominam, żadna uczelnia w Polsce nie jest tak zabarykadowana jak Kolegium. Nie widzę tutaj istotnych zagrożeń dla studentów, sądzę, że jest ono nie większe niż możliwość zamachu w metrze warszawskim, czy napadu na którąkolwiek (choćby zagraniczną szkołę). Oczywiście otwarcie Parku powinno odbyć się z należytą rozwagą i dbałością o część stanowiącą rezerwat, ponieważ jestem w stanie uwierzyć, że ludzie to jedyne stworzenia, które potrafią podcinać gałąź na której same siedzą. W tej materii rozumiem więc obawy Regionalnej Dyrekcji Ochrony Środowiska.

A co Wy o tym wszystkim myślicie?

Trzy kolory: Jelonki

Trzy kolory: Jelonki

Jelonki to typowe warszawskie osiedle z wielkiej płyty. Najstarsze bloki pochodzą z lat 70. ubiegłego wieku. W tamtych czasach osiedla projektowano jako całość, i mimo masy bezsensownych rozwiązań urbanistycznych, całość (przynajmniej na makietach) wyglądała zgrabnie – geometrycznie rozrzucone budynki tonęły wśród zieleni, alejek, pagórków, uzupełnionych ławeczkami i placami zabaw. W praktyce wyglądało to nieco inaczej, ale nie o tym chciałem pisać. Felieton ten będzie o jelonkowych kolorach.

Wychowałem się na Jelonkach, a dokładniej – w ich północnej części, ograniczonej ulicami Powstańców Śląskich, Górczewską, Lazurową i Człuchowską. Jak każdy dzieciak, miałem „swoją” część osiedla, na której czułem się jak w domu, oraz dalsze rewiry, do których zapuszczałem się rzadziej i nigdy samemu. Podział na swoje i obce na Jelonkach pokrywał się ściśle z obszarem występowania kolorów elewacji bloków. Kolory były – jak w filmie Kieślowskiego – trzy (choć nie tworzyły francuskiej flagi): brązowy, niebieski i zielony. I najważniejsze: barwy elewacji nie były, jak dziś, wynikiem stosowania farby, lecz tworzyły je miliony małych ceramicznych kafelków. Należy dodać, że nie były to kolory jednolite, tylko z danej tonacji – niebieski miał zakres od błękitu do granatu, brązowy – od jasnego piaskowego po ciemny brąz, podobnie zielony. We wszystkich trzech przypadkach uzupełnieniem był kolor czarny. Kafelki miały rozmiar ok. 2x2cm, niektóre były matowe, inne – szkliste.

Trzy kolory, które określały naszą jelonkową rzeczywistość

Trzy kolory, które określały naszą jelonkową rzeczywistość

Kafelkowa mozaika była permanentnie związana z betonową płytą, w takiej gotowej postaci przyjeżdżały one z fabryki. Czasem, choć rzadko, zdarzało się, że pojedynczy kafelek odpadł od płyty, i znalezienie takowego w trawie było dla nas – osiedlowych dzieciaków – gratką. Nosiliśmy je w kieszeniach jak skarb, błyszczały się ładnie w słońcu, wyglądały trochę jak cukierki, trochę jak szlachetne kamienie. Największym wyróżnieniem było znalezienie kafelka z „obcego” rejonu. Wymienialiśmy się z nimi jak kapslami, zakopywaliśmy pod szkiełkiem w ziemi tworząc tzw. „widoczki” (zwane też „sekretami”).

W którymś momencie dzieciństwa zorientowałem się, że nasze osiedlowe kafelki są wyjątkowe, bo większość bloków w Warszawie była wówczas po prostu szara – betonowa. A my mieliśmy kolory i to nie z byle czego zrobione. Odrobina szlachectwa w peerelowskiej rzeczywistości. Kafelki zbierałem, miałem całą kolekcję odcieni, układałem je sobie na biurku w różne wzory. Nie wiem, czy to nie dzięki nim zacząłem zauważać i doceniać wszystko, co estetyczne. Dziś jestem z zawodu projektantem graficznym – kto wie, czy nie zawdzięczam tego właśnie tym małym ceramicznym płytkom z dzieciństwa?

Największa (i najstarsza) część osiedla była brązowa, najmniejsza – niebieska. Moim regionem był brąz – i rzeczywiście – to kolor decydował, gdzie kończyła się nasza mała ojczyzna. Póki było się w „brązowej” części, było się u siebie. Wybierając się do kolegi z „brązowego” bloku, choćby położonego wiele ulic dalej, nie trzeba było mówić rodzicom. Swojska, bezpieczna okolica. Niebieska część osiedla była stosunkowo blisko mojego podwórka, ale chodziło się tam rzadziej i zawsze trochę z duszą na ramieniu. Brązowe bloki nie lubiły się z niebieskimi. Nikt nie wiedział czemu, ale też nikt specjalnie nie wnikał. Na „niebieskie” szło się w grupie, albo z rodzicami. Na rowerze przejeżdżało się bez zatrzymanki. Nie, że było jakoś groźnie – po prostu tak było „od zawsze”. Na klepisku, które oddzielało nas od „niebieskich”, toczyliśmy bitwy z obcymi rzucając bomby (przedziurawione foliowe torebki wypełnione piaskiem, które lecąc „dymiły”) i kryjąc się w porozrzucanych wokół betonowych prefabrykatach. Wojny te ustały po katastrofie w Czarnobylu, gdy po osiedlu rozeszła się wieść o skażonym piachu.

jelonki2

Jeden z „brązowych” bloków, który na szczęście do dziś nie został ocieplny

Najdalej mieliśmy na „zielone bloki”. Miałem chyba 7 albo 8 lat, gdy pierwszy raz tam poszliśmy z kolegami. Zielona część osiedla była najładniejsza, bo prócz koloru elewacji, który kojarzył się z wiosną, najwięcej też mieli prawdziwej zieleni. Od nich oddzielał nas wielki pas pustej przestrzeni, na którym stały pozostałości przedwojennych ogrodniczych wsi – kilka zrujnowanych domków z czerwonej cegły otoczonych drzewkami owocowymi. Mieszkali tam jeszcze autochtoni; gdy zakradaliśmy się po kuszące, apetyczne jabłka, strzelali do nas z wiatrówek nabitych solą. Postrzał taki był niezwykle niemiły, skóra piekła wiele dni – na szczęście mi się ani razu nie dostało. Dziś po tych domkach nie ma śladu, w ich miejscu powstał Amfiteatr Bemowo i Park Górczewska.

Ale wróćmy do kolorów. Zielone bloki były dla nas takim trochę zakazanym owocem, bo nie dość, że daleko, to jeszcze wyjątkowo fajne towarzystwo wtedy tam mieszkało. Lubiliśmy się. Więc kiedy tylko się dało, i rodzice pozwolili – jechaliśmy tam na naszych składakach (dla niewtajemniczonych: popularnych rowerach typu „Wigry 3”), i spędzaliśmy całe popołudnia. Do domu wracaliśmy po ciemku (bez lampek, bo nawet jeśli ktoś takową miał, to nigdy nie działała), licząc na to, że rodzicielstwo nie będzie zbyt wściekłe za zbyt późny powrót.

Kolorowy podział Jelonek Północnych obowiązywał również w szkole. Na osiedlu były wówczas dwie wielkie podstawówki, i w każdej, w sposób naturalny, towarzystwo dzieliło się na tych z brązowych, zielonych czy niebieskich bloków. I co ważne: podział ten nie był dla nikogo krzywdzący. Choć konflikty terytorialne owszem, zdarzały się, nie było podziału na lepszych i gorszych. W szkole byliśmy razem, po lekcjach wychodziliśmy grupując się w trzy ekipy – każda szła w swoją stronę. Gdy poznawało się nowego kolegę, pierwszym pytaniem było zawsze: „gdzie mieszkasz?” „Tam za górką, na niebieskich blokach” – odpowiadał nowopoznany kolega (każde osiedle miało swoją górkę, na ogół usypaną z gruzów po budowie, pełniącą funkcję rozrywkową, ale też orientacyjną). W połowie lat 80. oddano do użytku trzecią szkołę, w „zielonej” części osiedla, i wtedy też nastąpił podział klas, część uczniów poszła do nowej szkoły, a że był to czas pierwszych przyjaźni i sympatii, wielu z nas boleśnie to przeżyło.

Jelonkowy trójpodział zaczął zacierać się u schyłku peerelu, gdy na rozległych podwórkach-placach (tam, gdzie toczyliśmy piaskowe wojny) zaczęły powstawać nowe bloki. Były one zwykle tynkowane na biało, i zakłócały naszą kolorystyczną jednolitość. W dodatku na nasze mozaikowe bloki spadła plaga ociepleń. Powoli, lecz konsekwentnie kolorowe kafelki znikały pod blaszanym „sidingiem” a później – styropianową pastelozą. Co gorsza – kolory ocieplonych elewacji nie były już spójne. W blokach zawiązywały się wspólnoty mieszkaniowe, a każda miała inną wizję co do koloru swojej elewacji. Powstało mnóstwo wzorzystych koszmarków opartych w większości na majtkowo-jogurtowej kolorystyce i dziwnych geometrycznych wzorach.

Niedawno zrobiłem sobie sentymentalny spacer po starej okolicy. Ze smutkiem stwierdziłem, że spośród (tak licznych przecież) niebieskich i zielonych budynków nie ostał się żaden (!) z oryginalną elewacją. Wszystkie przykryte są styropianem i barankowym tynkiem. Przetrwało tylko kilka brązowych – jakim zresztą cudem, nie wiem. Wybudowano za to mnóstwo nowych budynków, o bardzo różnej architekturze.

Nie ma już kolorowych Jelonek, kawałka mojego dzieciństwa. Szkoda. Może kiedyś, za jakieś 50 lat (bo ponoć blokowiska przetrwają jeszcze dłużej), ktoś odkryje, że pod warstwą brudnego tynku kryją się owe magiczne kafelki i napisze w internecie (o ile ten będzie istniał), że warto je odsłonić i wyeksponować?

Tekst i zdjęcia: Jarek Zuzga

Pałac po ludzku

Pałac po ludzku

Beacie Chomątowskiej udała się rzecz niesamowita. Napisała książkę, po której zacząłem lubić Pałac Kultury.

Bo – czas się przyznać – nie lubiłem go nigdy. Dzieckiem będąc, w latach 80. XX wieku, zatem jeszcze za PRLu, chadzałem do PKINu na zajęcia z modelarstwa. Lubiłem je, ale niestety z tamtych dni zapamiętałem dwie rzeczy: to, jak bardzo smutne, przytłaczające wydawały mi się wnętrza Pałacu, jaki byłem wobec nich mały i nieistotny. O to zresztą chyba chodziło projektantom budynku, to w końcu miał być obiekt dla bliżej niezdefiniowanego doskonałego społeczeństwa socjalistycznego. Ja z moim wrodzonym przekonaniem, że przede wszystkim liczy się jednostka, czułem się tam źle.
Drugą rzeczą, jaką zapamiętałem, był fakt skreślenia mnie z listy uczestników zajęć, bo nie poszedłem na pierwszomajowy pochód – nie miałem odpowiedniego stempelka w legitymacji. Nie był ten Peerel taki fajny, prawda?

pkin

Pałac był dla mnie zawsze „nieludzki”, przytłaczała mnie jego skala

Potem, gdy komuna padła, a ja dorosłem do licealnego wieku, pod Pałacem bywałem często. Głównie po to, by w otaczających go stalowych szczękach kupować koszulki z nazwami zespołów metalowych, bo tylko tam były dostępne w dużym wyborze. Pamiętam stoiska z mięsem o – delikatnie mówiąc – wyrazistym zapachu i wąsatych typów w skórzanych kurtkach, którzy niby nic nie sprzedawali, ale co jakiś czas pokątnie wymieniali grubszą gotówkę z typami o podobnej aparycji. Okradziono mnie tam kilka razy, raz napadnięto. Obraz Pałacu, który i tak miałem kiepski, pogarszał się.

Gdzieś w tzw. międzyczasie zaczęła się u mnie fascynacja Warszawą, co tylko spowodowało zwiększenie niechęci, jaką żywiłem do nieszczęsnego daru Stalina. Przyznaję, że gdy pierwszy raz zobaczyłem przedwojenne zdjęcia ul. Złotej czy Siennej – nie wierzyłem, że to wszystko było tu, gdzie dziś rozpanoszył się Pałac ze swoimi bazarowymi przyległościami. Szybko w mojej głowie powstał – przyznaję, wyidealizowany – obraz pięknego bogatego miasta, o zwartej zabudowie godnej Paryża czy Wiednia, które musiało ustąpić najpierw niemieckim bombom, potem Pałacowi.

No nie mogłem polubić tego Pałacu. Niemoc kolejnych władz miasta w kwestii zabudowy terenu wokół, przekonywała mnie tylko, że tam się po prostu nie da nic wybudować. Klątwa jakaś, czy inne licho. Tak już tu będzie po wieki – megalomański PKiN otoczony szeroką fosą wiecznej prowizorki w postaci parkingów, trawników, budek i parkingów.

Ale wróćmy do książki. Normalnie bym pewnie nie wziął się za czytanie pałacowej biografii, gdyby nie nazwisko Beaty Chomątowskiej, której felietony w Gazecie.pl czytuję i cenię.

Książka „Pałac. Biografia intymna” wciąga. Po przeczytaniu kilku zdań ciężko się od niej oderwać, jakby to był dobry kryminał, a nie monografia poświęcona budynkowi. Autorka używa krótkich zdań, reporterskiej narracji, całość okrasza trafnymi spostrzeżeniami. To fascynujące, że można pisać o historii budynku tak, że czytelnik utrzymany jest w napięciu i niepewności – a co się wydarzy dalej?

Pałac. Biografia intymna

Zanim w ogóle na dobre zacznie się o samym Pałacu, jest sporo o tym, co się działo przed jego powstaniem. Jak kwitło życie w kwartałach ulic zmiecionych z powierzchni Warszawy najpierw przez wojnę, potem przez Biuro Odbudowy Stolicy. Podróżujemy z Warszawy do Moskwy, i z powrotem, razem z planistami, architektami i oczywiście – politykami. Dowiadujemy się dlaczego postanowiono uszczęśliwić nas Pałacem, jak szukano dla niego lokalizacji, jak pomysłowo określono jego wysokość, jak pierwotnie miał wyglądać, i wreszcie – jaką funkcję miał pełnić (bo to też się zmieniało).

Żeby nie zdradzać za wiele szczegółów – jest to książka o Pałacu pisana przez pryzmat historii ludzi z nim związanych. Ludzi zwykłych, ale fascynujących. Nietuzinkowych. Takich, których mijamy codziennie na ulicy, i których nie da się opisać jednym słowem. Wszyscy są „pałacowymi satelitami”, każdy z nich bliżej lub dalej krąży(ł) wokół epicentrum w postaci lustrzanej iglicy Pałacu. Architekci i budowlańcy. Dyrektorzy i sprzątaczki. Wielcy politycy i zwykli księgowi, którzy – jak się potem okazuje – mają swoje mroczne tajemnice. Warszawiacy i przyjezdni. Zwierzęta, a nawet duchy (tak, tak, w Pałacu straszyło, są świadkowie!).

Jak wspomniałem na początku – książka tak na mnie wpłynęła, że po raz pierwszy spojrzałem na Pałac z sympatią. Ile ludzkich historii krąży po tych kamiennych korytarzach? Dla ilu Pałac stał się całym życiem? Kto przez pałac stracił życie, a kto znalazł miłość? Ile kotów biega po mrocznych piwnicach sobie tylko znanymi ścieżkami? Mnie takie historie bardziej ruszają, niż opowieści o architekturze, stylach, wpływach i inspiracjach. Jakiś taki ludzki wydał mi się Pałac – pierwszy raz w życiu. Za to Autorce dziękuję, a wszystkich zachęcam do przeczytania tej niezwykle ciekawej i wydanej ze smakiem książki.

Beata Chomątowska, Pałac. Biografia intymna, Wydawnictwo Znak, Kraków 2015
Tekst i zdjęcia: Jarek Zuzga

Mini-felieton o Patelni

Mini-felieton o Patelni

Patelnia. Zwierciadło stolicy. Można tu spotkać każdy typ warszawiaka. Biznesmeni pod krawatem przemykają z komórkami w ręku pomiędzy bezdomnymi. Młodzież umawia się na spotkania. Drobni handlarze kryją się przed strażnikami miejskimi. Uliczny grajek w kowbojskim kapeluszu śpiewa „Mój koń, mój koń – nie mieści mi się w dłoń”, przechodnie śmieją się, przyklaskują. Pod ścianą młodociani z wyglądu policjanci spode łbów obserwują teren. Akwizytorzy kręcą się z plikami ulotek. Zbieracze podpisów pod różnymi społecznymi inicjatywami walczą między sobą o najlepsze miejsca, polityczni przeciwnicy wrogo na siebie spoglądają. Przy schodach stoją panowie z wąsem i w skórzanych kurtkach, którzy nie-wiadomo-co-robią. Rozglądają się. Turyści w drodze na dworzec z trudem wciągają walizki po betonowych schodach. Na ścianach niby-mural, ale tak naprawdę to reklama. Wejście na antresolę metra obwieszone plastikowymi szyldami jak świąteczna choinka bombkami. Okoliczne krzaki całe w fekaliach, butelkach po wódce i śmieciach. Z pobliskiego przejścia podziemnego wieje fast-foodem. Nad wszystkim góruje strzelisty dar Narodu Radzieckiego. Nasze małe centrum Warszawy.

Felieton: Co się dzieje z rocznicą powstania?

Felieton: Co się dzieje z rocznicą powstania?

Z roku na rok coraz smutniej mi się robi w dniu rocznicy wybuchu powstania warszawskiego. Nie dlatego, że jakoś głębiej to wszystko przeżywam. Też nie dlatego, że coraz więcej wiem o tragediach, które wówczas się wydarzyły. Powodem jest to, że coraz trudniej mi identyfikować się ze sposobem, w jaki to święto jest obchodzone.

powstanie warszawskie

Pamiętam, jeszcze kilka lat temu, gdy o godz. 17.00 wyły syreny, zatrzymywałem się na chwilę w miejscu, w którym akurat byłem. Zwykle w drodze z pracy do domu. Osoby w pobliżu robiły to samo, albo i nie. Niektóre samochody zatrzymywały się. Była chwila wewnętrznej ciszy, refleksji, każdy sobie to po swojemu przeżywał. Ja wyobrażałem sobie, co czuli ludzie, dla których dźwięk syren w mieście oznaczał zbliżający się nalot bombowców.  I myślałem, że dziś przecież w wielu miejscach na świecie ludzie nadal drżą w obliczu tego dźwięku. Czułem przez chwilę ten strach, przechodził mnie dreszcz – że np. nie wrócę dziś szczęśliwie do domu, tylko będę musiał chronić się w jakiejś najbliższej piwnicy, że może nie zobaczę już bliskich, choć rano normalnie wstałem do roboty. Dziś  mam telefon w kieszeni, mógłbym zadzwonić, uprzedzić, że coś się złego dzieje, ostrzec innych. A wtedy? Nikt nie mógł nic przekazać. Wyszedł i nie wrócił. I nigdy go już nie zobaczyli. Gdy w 2013 roku pisałem książkę „Wola. Ludzie i historie”, rozmawiałem z wieloma świadkami tamtych dni, głównie cywilami. Z tych rozmów najbardziej zapamiętałem strach. Oni się bali. Okrutnie. Aż prosili żołnierzy – nie róbcie tego powstania, przecież wszystkich nas pozabijają. I tak się stało. Wojna jest straszna, nie ma w niej żadnego piękna.

Takie myśli kumulowały się we mnie w tę symboliczną godzinę.

Przeżywałem to, i stąd też brał się mój szacunek do ludzi, których los skazał na takie doświadczenia. To też powodowało, że nigdy nie rozważałem, czy powstanie było słuszne, czy nie – ono po prostu się wydarzyło i tylko to możemy brać dziś pod uwagę.

W ostatnich latach okazało się jednak, że w godzinę „W” wypada (a nawet trzeba) być w pewnych miejscach – na rondzie Dmowskiego, pod pomnikiem powstania. Na facebooku mnożą się posty typu „ja dziś jestem na rondzie obowiązkowo z całą rodziną”. Czuję presję – jeśli mnie tam nie będzie, to znaczy, że nie przeżywam, nie szanuję, nie jestem prawdziwym warszawiakiem. Nad wspomnianym rondem krążą już helikoptery TVN-u – musi być przecież relacja na żywo.

Nawet bym poszedł na to nieszczęsne rondo, bo nie mam nic przeciw zbiorowemu obchodzeniu uroczystości, ale… no właśnie. Coś się stało z tamtą ciszą, którą pamiętam jeszcze sprzed kilku lat. Nie jest tak, że ludzie zamierają w ciszy, przerwanej wyłącznie złowrogim dźwiękiem syren.

Słychać za to krzyki, płoną race i wybuchają petardy. „Cześć-i-chwała! Bo-ha-terom!” brzmi jak stadionowy wrzask. Flagi, niektóre z symbolami nazistowskimi (!). Kibicowskie szaliki. Mnóstwo rąk z komórkami w górze – bo trzeba to nagrać i wrzucić na youtuba, że byłem i uczciłem powstanie. Ci, co się nie zatrzymują, zbierają miażdżące spojrzenia. Prawdziwy warszawiak przecież by stanął, to muszą być jakieś wieśniaki. Słoiki! Najgłośniejsi są tacy, na widok których przeszedłbym na drugą stronę ulicy. Z boku ustawili się handlarze: na kramach są flagi, znaczki, koszulki z powstańczą kotwicą w przeróżnych mutacjach. I pełno telewizyjnych reporterów, którzy filmują to show. Czy ktoś tu jeszcze próbuje przeżyć tragedię tamtych dni? Na pewno są tacy, ale giną w dymie wszechobecnych rac.

Do tego to, co dzieje się w internetach. Dyskusje o tym, czy powstanie miało sens już dawno przestały być merytoryczne. Liczą się argumenty dotyczące pochodzenia i liczby krewnych pochowanych na Powązkach. Nieliczne głosy rozsądku giną w zalewie krzyku i hejtu. Temat powstania miesza się z dyskusjami o polityce – przecież zaraz wybory, a na powstańczych emocjach można coś zawsze ugrać. W jednym poście jest o sierpniu ’44 i o syryjskich uchodźcach, których przyjęła ostatnio Warszawa.

W telewizji widzę jakichś ludzi, którzy gwiżdżą i buczą pod pomnikiem Gloria Victis na Powązkach. Nawet nie próbuję zrozumieć, co nimi kieruje.

Wolę się z tego wycofać. W tym roku pierwszy raz o godzinie „W” byłem w domu i słuchałem sobie albumu Lao Che „Powstanie Warszawskie”, który wywołuje we mnie mnóstwo emocji, choć prawie w ogóle nie odwołuje się do pojęć honoru, świętości, chwały i ojczyzny. Mówi za to o bólu, strachu, zwyczajnym powstańczym życiu, zniszczonym mieście, płucach zgniłych od popiołu i luksusie, jakim była możliwość pochowania w trumnie, a nie w gołej ziemi.

Jarek Zuzga