Nowy mural i wystawa Tytusa Brzozowskiego

Nowy mural i wystawa Tytusa Brzozowskiego

Nowy mural i wystawa Tytusa Brzozowskiego

Przy rondzie Wiatraczna powstał nowy mural projektu Tytusa Brzozowskiego. Już w piątek 16 listopada o 18:00 artysta opowie o tym i innych projektach podczas otwarcia wystawy w PROMie Kultury Saska Kępa. Wstęp wolny. 

Projekt na Grochowie to drugi mural Tytusa Brzozowskiego w Warszawie. Pierwszy powstał w czerwcu w narożniku ulic Wolskiej i Karolkowej. Na mierzącym 35 metrów wysokości malowidle odnajdziemy znajdujące niegdyś się w tym miejscu budynki: Rogatki Wolskie, Kino Helios czy dawne czynszowe kamienice. Na muralu nie zabrakło historycznych szczegółów takich jak szyldy ogłoszeniowe odnalezione na starych fotografiach. Jest tu między innymi afisz „Amerykańskiej Awantury” czyli komedii romantycznej ze słynnym Eugeniuszem Bodo w roli głównej. Między budynkami latają wielkie pszczoły w żółto-białych  koszulkach – na dachu biurowca na których znalazł się mural rzeczywiście są ule a w kantynie można dostać lokalny miód. 

Kolejny projekt znajduje się przy ulicy Grochowskiej 215. Tytus Brzozowski przyzwyczaił nas do obrazów przedstawiających charakter i atmosferę Warszawy, nie inaczej jest w przypadku nowego muralu. Malowidło pokazuje charakterystyczne elementy Pragi Południe w dniu stuleciu odzyskania niepodległości. Na samym dole, stojącego pośród spacerujących Grochowską przechodniów odnajdziemy marszałka Piłsudskiego przyglądającego się dzisiejszej Warszawie. Tuż obok znajduje się charakterystyczny dla ronda Wiatraczna tramwaj a nad nim porywani podmuchami wiatru lecą ludzie na biało-czerwonych parasolkach. Tłem dla tej sceny staje się most Poniatowskiego z charakterystyczną wieżyczką. Most był impulsem, który rozpoczął dynamiczny rozwój tej części miasta, jest również bardzo ważny dla Marszałka oraz dziejów II Rzeczpospolitej. To właśnie na nim po nieudanych rozmowach z prezydentem Wojciechowskim rozpoczął się Zamach Majowy. 

W górnej części muralu znajdziemy ważną lokalną dominantę – strzelisty szczyt kościoła z placu Szembeka. Obok, ponad zielenią Skaryszaka wyrasta Stadion Narodowy, który bardzo zmienił wizerunek Pragi Południe. Na muralu, jak w wielu pracach artysty pojawia się bardzo dużo ludzi. Miasto Tytusa Brzozowskiego jest gwarne, żywe i pełne aktywności.

Otwarcie wystawy Tytusa Brzozowskiego, piątek, 16 listopada, godz. 18.00, PROM Kultury Saska Kępa, ul. Brukselska 23, Warszawa. 
Wystawa będzie czynna do 12 stycznia 2019. Okno na Warszawę jest patronem wydarzenia.

Dawnych neonów czar

Dawnych neonów czar

Dawnych neonów czar

Końcówka lat 50. Warszawa rozbłyska światłem nowych neonów. Jako jedna z pierwszych sterowanej odgórnie neonizacji podlega ul. Krucza. Poboczna, choć położona centralnie ulica dzięki mieniącym się światłom po zmroku zaczyna przypominać wielkomiejską metropolię. Taki powiew świeżości, wielkiego świata.

W pamięci mieszkańców zachowało się kilka najważniejszych neonów tej ulicy. W pamięci, bo materialny ślad po zdecydowanej większości z nich dziś odnaleźć można jedynie w archiwach, na starych pocztówkach czy fotografiach prasowych. Trudno też w opowieści o nich zachować chronologię, a czasem nawet w pełni oddać lokalizację dawnych reklam. Potraktujcie więc ten przegląd jak impresję – wprost zachęcającą do udziału w wycieczce…*

A za oknem – kwiaty

Już u zbiegu z al. Jerozolimskimi przechodniów witał umieszczony na szczycie budynku słoń. Figura egzotycznego zwierzęcia, symbolu loterii królowała nad okolicą. Zanim jednak stała się znakiem rozpoznawczym, na tym samym narożniku znalazły się już gigantyczne kwiaty – popis wyobraźni artystów, którzy na przełomie lat 50/60 stali za większością projektów nic-nie-reklamujących reklam świetlnych. Spięte w bukiet kwiaty wyrastały na wysokość ponad trzech pięter nad mieszczącą się tu kwiaciarnią i – jak głoszą miejskie legendy – silnym światłem często wręcz rozzłoszczały mieszkańców kamienicy. 

Skrzyżowanie Al. Jerozolimskich i Kruczej - widoczny słoń reklamujący loterię oraz kwiaty reklamujące kwiaciarnię. Fot. ze zbiorów Pawła Starewicza

Wcale nie z mniejszym rozmachem swoją obecność zaznaczał na przeciwległym narożniku Jubiler. Charakterystyczny napis, przywołujący odręczne pismo wśród miłośników miejskiej typografii jest do dziś jednym z bardziej rozpoznawalnych w Polsce. Neon z Kruczej liczył ok. 8 metrów długości. Zdjęto go stosunkowo niedawno, bo dekadę temu. W dobrym dla niego momencie, bo już wtedy społeczna świadomość wartości dawnych neonów na tyle wzrosła, że Jubilera udało się uratować. Można oglądać go teraz na terenie Fabryki Soho, gdzie mieści się Muzeum Neonów.

Neon Jubiler w kolekcji Muzeum Neonów, na terenie SOHO na Kamionku, fot. Jarek Zuzga

W muzeum przy Mińskiej można zobaczyć również miniaturową replikę neonu kina Śląsk na ówczesnym Grand Hotelu, jednej z siedzib „wędrującego” kina Filmoteki Narodowej (dziś mogącego pochwalić się pięknym, współczesnym neonem na własnym zabytkowym budynku przy Narbutta). Jest tu także replika motocyklisty z Warszawskiej Fabryki Motocykli.

Nocne pastwisko

W głębi Kruczej, po tej samej stronie co kino i hotel świecił m.in. klucz wiolinowy Polskich Nagrań, na którego szczycie siedział kogucik. Zwierzęcych akcentów było tu jednak więcej. Po drugiej stronie ulicy spotkać można było słynną krowę Baru Bambino. Słynną, bo żaden innych neon, tak jak ona nie rozbudzał fantazji artystów. Mrugająca okiem krasula pojawiła się w wierszu Wandy Chotomskiej i w piosence Lombardu.

Fot. dzięki uprzejmości Muzeum Sztuki Nowoczesnej

Krowa doczekała się odtworzenia, również przez artystkę – Paulinę Ołowską. Od strony technicznej nad jej powstaniem pracował m.in. zmarły przed rokiem Ryszard Kałowski z firmy, która wywodzi się z dawnego przedsiębiorstwa Reklama. Istny mistrz fachu, który potrafił m.in. z brudu na fasadzie odtworzyć dawne neony czy na podstawie cienia oszacować proporcje nowej reklamy. Pan Ryszard wykonał setki reklam dla Warszawy. Lubił wszystkie, ale do krowy miał szczególny sentyment. Kiedyś zaprosił mnie do siebie na działkę, by pochwalić się konstrukcją, która stworzył na bazie… odratowanych tzw. podkładów tego neonu.

Fot. dzięki uprzejmości Muzeum Sztuki Nowoczesnej
Krowa na działce pana Ryszarda, fot. Anna Brzezińska-Czerska
Neonowi ogrodnicy

Dziś Krucza, jako jedna z głównych biznesowych ulic miasta, też nie może narzekać na brak reklam świetlnych. Cześć z nich to tradycyjne neony. W tym ten ukryty nieco w głębi, na siedzibie Zarządu zieleni Warszawy. Animowana konewka, z której leje się woda to jedna z ostatnich prac, w tworzenie których zaangażowany był pan Ryszard. Niezamierzenie przywołująca „neonowy” klimat… jego działki.

tekst: Anna Brzezińska-Czerska
foto: dzięki uprzejmości Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Warszawie,
z archiwum Pawła Starewicza, Anna Brzezińska-Czerska, Jarek Zuzga

Okno na Warszawę jest partnerem projektu „Neonowe opowieści”. Więcej na http://www.obserwatorium.org.pl/

* Uwaga: 24 listopada przewodniczki z Warszawskiej Fabryki Spacerów zapraszają Was na bezpłatną neonową wycieczkę. Szczegóły tutaj.

Czy to najstarszy tor w Warszawie?

Czy to najstarszy tor w Warszawie?

Czy to najstarszy tor w Warszawie?

Na terenie pierwszej warszawskiej zajezdni tramwajowej przy ul. Inżynierskiej można zobaczyć prawdopodobnie najstarszą szynę tramwajową w mieście. Na dziedzińcu zajezdni, gdzie kiedyś stały wagony, spod zniszczonego asfaltu wyłania się mały fragment tego toru. Być może jest on tam pod spodem w całości.
Zajezdnia rozpoczęła działalność w 1866 roku*, kiedy pierwszy warszawski tramwaj (konny) wyjechał z jej progów na trasę z dworca Petersburskiego do dworca Wiedeńskiego (przez most Kierbedzia).
Potem, w międzywojniu, tramwaje przeniosły się na Kawęczyńską, a zajezdnię przejęły autobusy, które ostatecznie wyprowadziły się stąd w latach 50. XX w.
Dziś działają tu pojedyncze warsztaty samochodowe.

Wyobraźcie sobie, jak fajnie by wyglądało, gdyby odsłonić ten tor, a na nim ustawić jakiś stary wagon, który mógłby być punktem informacji turystycznej.

* Tę datę podają rozliczne źródła oraz tablica pamiątkowa na elewacji budynku przy Inżynierskiej. Dostaliśmy jednak od dwóch osób informację, że w 1866 roku remizy jeszcze nie było, została wybudowana później.

Warszawa w budowie, z sąsiadami

Warszawa w budowie, z sąsiadami

Warszawa w budowie, z sąsiadami

O tegorocznym festiwalu “Warszawa w budowie” jest jakby ciszej, niż było to w latach ubiegłych. Czemu tak jest – nie wiem, bo wystawa jest wciągająca, a miejsce wydarzenia – niezwykle ciekawe.

Sąsiedzi – taki tytuł ma 10. edycja festiwalu. Twórcy próbują wprowadzić widza w sferę narracji związanej z coraz większą rolą imigrantów w życiu współczesnej Warszawy. Do stolicy Polski przyjechało w ostatnich latach wielu obcokrajowców w poszukiwaniu pracy i lepszego życia. Nie zawsze jednak znajdują tu godne warunki życia – mieszkają, pracują obok nas, ale są gorzej wynagradzani, nie mają ubezpieczeń, często pracują na czarno, są gorzej traktowani. Sytuacja ta dotyczy przede wszystkim osób zza wschodniej granicy, szczególnie Ukraińców, dlatego właśnie oni są kuratorami tegorocznej odsłony festiwalu, a samo wydarzenie odbywa się jednocześnie w Warszawie i w Kijowie. Losy Ukraińców w Warszawie są oczywiście przykładem, jednym z wielu, w czasach, w których kwestia imigracji urosła do rangi najważniejszych problemów świata.

Na wystawie możemy zobaczyć prace ukraińskich artystów, które odnoszą się do tematu imigracji i sąsiedztwa. Filmy, multimedialne prezentacje, gry komputerowe, ale też instalacje, makiety, fotografie, rzeźby, robią duże wrażenie na odbiorcy. Widz nie wyjdzie z wystawy podniesiony na duchu, bo ogrom problemów, które stoją przed światem, jest przytłaczający, a rozwiązań jakby nie widać. Ale na pewno jednym z powystawowych wniosków jest przekonanie, że warto w tej nowej i niepewnej rzeczywistości poruszać się świadomie i szukać rozwiązań korzystnych dla wszystkich grup, którym przyszło ze sobą sąsiadować. Nie jest to zadanie łatwe, szczególnie w obecnym klimacie politycznym – tym bardziej wartość tegorocznej wystawy jest niezwykle wysoka.

Na lokalizację festiwalu wybrano modernistyczny pawilon Cepelii znajdujący się przy rondzie Dmowskiego. Obiekt ten dobrze wpisuje się w tematykę wydarzenia – powstał jako miejsce mające promować polską sztukę ludową, dziś jest zaniedbanym, poszatkowanym wizualnie i użytkowo budynkiem, będącym przy okazji schronieniem dla bezdomnych. Wystawa (zlokalizowana w miejscu po salonie gier oraz w piwnicach) staje się zatem wymownym symbolem sąsiedztwa, ale też niepewności, nietrwałości i przemiany.

Tekst i zdjęcia: Jarek Zuzga

Festiwal Warszawa w Budowie, 10. edycja, 13 października – 11 listopada 2018 r., pawilon Cepelii, ul. Marszałkowska 99/101, Warszawa, czynny od wtorku do niedzieli w godz. 12.00-20.00, wstęp 2 zł.

Niezrealizowany projekt centrum Warszawy

Niezrealizowany projekt centrum Warszawy

Niezrealizowany projekt centrum Warszawy

Pożółkła gazeta przeganiana wiatrem na muranowskim trawniku okazała się Ekspresem Wieczornym z 1972 roku. A w nim taka ciekawostka: wizualizacja zabudowy obszaru pomiędzy Pałacem Kultury, Świętokrzyską, Marchlewskiego (Jana Pawła II), Chałubińskiego, Nowogrodzką i Emilii Plater. Dla jasności – było to jeszcze przed powstaniem dworca centralnego, który miał być elementem tejże koncepcji.
 
Fragment artykułu: “(…) staną tu budynki o łącznej kubaturze przeszło 1,2 mln m sześć. (…) Zachodnie centrum to skupisko obiektów o charakterze turystyczno-rozrywkowym. (…) nad Al. Jerozolimskimi (powstaną) dwie kładki prowadzące z Dworca do zespołu hotelowego Orbis-Lot (dziś Marriott). Na jednej z tych kładek zainstalowany zostanie pierwszy w Warszawie ruchomy chodnik”. (…) Autorzy projektu (…) wysunęli koncepcję zabudowania pomiędzy al. Marchlewskiego a Emilii Plater drugiego krytego pasażu o postaci ogromnej hali pomiędzy Chmielną i Sienną. Pasaż połączony byłby z hotelami jakie mają powstać wzdłuż al. Marchlewskiego.”
 
Nie doczekaliśmy się tej realizacji, dziś miejsce to zajmują głównie Złote Tarasy. Nie powstały też hotele wzdłuż Marchlewskiego ani kładka z ruchomym chodnikiem. A to byłby dziś hit, taki peerelowski taśmociąg napędzany pewnie radzieckim silnikiem – już byłby na liście zabytków, jak ruchome schody przy Starówce!
Rzeźbiarz staromiejski

Rzeźbiarz staromiejski

Rzeźbiarz staromiejski

Rzadko się zdarza, że zaglądając komuś przez płot na prywatne podwórko, usłyszy się “zapraszam, wejdźcie, mam dobre młode wino”. A to właśnie nam się przydarzyło pewnego upalnego dnia, w czerwcu 2014 roku. Pomagaliśmy wówczas przy sesji fotograficznej na Starym Mieście, a gdy praca się skończyła, urokliwymi Kamiennymi Schodkami zeszliśmy na dół, do Bugaju, gdzie na trawniku stoją intrygujące kamienne rzeźby – na pewno znacie to miejsce. My też niby znamy – choć jak się okazało, tylko powierzchownie.

Trochę nieśmiało, ale skuszeni okazją zwiedzenia bajkowo wyglądającego podwórza, z zaproszenia skorzystaliśmy. Gospodarzem okazał się autor wspomnianych rzeźb – Zbigniew Maleszewski. Artysta w pierwszym już kontakcie wzbudzał sympatię i zaufanie –  postawny, wysoki, siwy starszy pan, z przesympatycznym uśmiechem na twarzy, spojrzeniem pełnym ciepła i wielkimi dłońmi, godnymi zawodu, który uprawiał. Od razu podsunął nam ogrodowe fotele i nalał po kieliszku wina.

Usiedliśmy zatem w tym pięknym podwórku, przypominającym trochę romantyczne zaplecza domów na południu Europy. Zewsząd otaczały nas kamienne rzeźby, w różnych stadiach wykończenia, drewniane stoły, stoliki, taborety, wiszące lampy naftowe, zestawy narzędzi, a całość tonęła w pnącej się zieleni.

Wino, które pan Zbigniew sam robił i częstował swoich gości

Z początku trochę nie wiedzieliśmy o czym rozmawiać, bo cała sytuacja była dla nas zaskoczeniem, na szczęście pan Zbigniew okazał się być bardziej sprawny towarzysko i sam zaczął opowiadać – najpierw o tym, jak wino jego produkcji jest popularne w Warszawie. Że piją go wszyscy jego znajomi, artyści, koledzy z ASP, ale też sąsiedzi ze Starówki, i że dzięki niemu czuje się zdrowo mimo wieku, i ma siłę do pracy. Wino faktycznie było smaczne, orzeźwiające, idealne na tak upalny dzień.

Potem pokazywał nam różne rzeźby, część robionych na zamówienie dla prywatnych kolekcjonerów, część na sprzedaż dla turystów, inne robione ot tak, dla siebie, pod wpływem natchnienia. Na pytanie, czy dobrze się sprzedają, odpowiedział, że całkiem nieźle, pomimo cen idących w tysiące złotych. Jakby na potwierdzenie tych słów rozmowę przerwał nam turysta z Francji, zainteresowany kupnem kamiennej figurki. “Ten nie kupi, przyszedł tylko pooglądać” – powiedział pan Zbigniew wstając, po czym płynnie przeszedł na francuski, coś tłumacząc gościowi. “Ja ich rozpoznaję z daleka” – dodał, gdy klient poszedł faktycznie nic nie kupując – “od razu wiem, który kupi, a który tylko udaje”.

Na tarasie przy pracowni Zbigniewa Maleszewskiego

Zbigniew Maleszewski urodził się w 1924 roku w Łyszczycach (obecnie Białoruś). Jego pradziadek był pułkownikiem, dowódcą Powstania Listopadowego na Wileńszczyźnie, zesłanym po upadku powstania na Sybir. Jego syn, czyli dziadek pana Zbigniewa, powrócił do Białegostoku jako młody chłopak, brał udział w I Wojnie Światowej. Po odzyskaniu niepodległości ożenił się i miał dwie córki – matkę i ciotkę pana Zbigniewa.

A on sam młodość spędził w Wilnie, gdzie brał udział w operacji “Ostra Brama” (1944 r.), w której – jak wspominał – musiał walczyć przeciwko niektórym swoim kolegom ze szkoły, co było strasznym przeżyciem i na zawsze zostawiło ślad w jego psychice. W pracowni, do której nas zaprosił, miał wiele pamiątek z tamtych czasów: pistolety, strzelby, bagnety, wojskowe hełmy. “Za peerelu miałem z tym trochę kłopotów” – opowiadał – “milicja sprawdzała, czy nie jest to przypadkiem nielegalne posiadanie broni”. Ale nawet jeśli kolekcja była nielegalna, to wszelkie takie sprawy pan Zbigniew załatwiał z sąsiadem – emerytowanym pułkownikiem Urzędu Bezpieczeństwa, byłym wiceministrem, z którym łączyło go wspólne hobby – pędzenie bimbru. “To był przyzwoity facet, paznokci nie rwał. A jakie robił nalewki!” – wspominał. Koniec końców milicja zgodziła się zostawić broń w spokoju, pod warunkiem, że spusty zostaną zakłódkowane – co pan Zbigniew dla świętego spokoju zrobił. Znajomość z pułkownikiem miała jeszcze jedną korzyść –  w piwnicy pana Zbigniewa działała drukarnia nielegalnej opozycyjnej gazety – Przeglądu Wiadomości Agencyjnych. Ryzyko wpadki było nieduże, bo kto ośmieliłby się kontrolować mieszkanie przyjaciela wiceministra. Pod latarnią najciemniej – wiadomo.

Po wojnie, w 1945 roku, pan Zbigniew został z Wilna “wyrzucony”, jak sam to określał. Bydlęcym wagonem, z niewielką walizeczką, przyjechał do Lublina, gdzie przyjęto go na świeżo powstałą Politechnikę, na wydział architektury, bez egzaminów. Komisja wzięła pod uwagę, że miał ukończone liceum budowlane, poza tym fachowcy byli zrujnowanej Polsce potrzebni na szybko. Po roku przeniósł się do stolicy, podejmując jednocześnie studia na Politechnice (architektura) i ASP (rzeźba). “W Warszawie wszędzie było daleko. Kupiłem sobie rower, żeby zdążyć z jednych zajęć na drugie” – wspominał. Sport był zresztą panu Zbigniewowi nieobcy – należał do AZS, został nawet (choć jak twierdzi – przypadkowo) mistrzem stolicy w skoku w zwyż. “Tak się złożyło, że wszyscy najlepsi zawodnicy wyjechali na jakieś inne zawody, no i dlatego ja wygrałem” – śmiał się. Po studiach mieszkał kątem u różnych znajomych, między innymi na Mariensztacie, skąd obserwował budowę trasy W-Z i obsuwającą się skarpę pod kościołem św. Anny. Trzy lata przepracował w Instytucie Wzornictwa Przemysłowego, brał udział w pracach projektowych metra. O zrujnowanej Warszawie mówił: “Pamiętam, że ze wszystkich ocalałych kamienic skuwano zdobienia i architektoniczne detale”. W 1960 roku otrzymał od miasta pracownię przy ul. Bugaj – tę właśnie, w której go spotkaliśmy.

Kolekcja militariów, m.in. pamiątek z Wileńszczyzny

A pracownia pana Zbigniewa wyglądała niesamowicie. Podobnie jak na podwórku, wypełniona była rzeźbami. Uwagę zwracało stojące na komodzie popiersie kobiety – “to moja siostra, niestety już nie żyje” – wyjaśnił. Prócz rzeźb było tam mnóstwo obrazów – prezentów od licznych znajomych pana Zbigniewa – wybitnych artystów, profesorów ASP. Półki wypełnione były pamiątkami, o których z chęcią opowiadał, a każda miała swoją historię godną osobnego artykułu. Pamiątki z Wileńszczyzny, dyplomy, stare fotografie. Czaszki ludzkie i zwierzęce. Mamuci róg. W kącie na poduszce drzemał bury kot; na nasz widok pierzchł do piwnicy – tej, w której kiedyś była drukarnia. Kotów, jak się potem okazało, było tu więcej, ale kryły się w zakamarkach podwórka. “Dokarmiam je” – mówił. Wszystkie wykastrowane i zaszczepione, bo pan Zbigniew odpowiedzialnie korzystał z miejskiego programu opieki nad dzikimi kotami, a dzięki kociemu wsparciu na obejściu nie prześlizgnęła się najmniejsza nawet mysz.

W pracowni Zbigniewa Maleszewskiego
W pracowni Zbigniewa Maleszewskiego - pamiątki z Wileńszczyzny i mamuci róg

Po schodkach na górę można było dostać się do biblioteki pełnej książek ze wszystkich chyba zakątków świata. Mnóstwo literatury fachowej, albumów fotograficznych, malarskich. Wśród nich maszynopisy autorstwa samego gospodarza: “napisałem siedem książek, wciąż leżą w szufladzie”. Tu i ówdzie różne symbole masońskie – bo pan Zbigniew, jak wielu architektów i rzeźbiarzy – był wolnomularzem, o czym chętnie i ciekawie opowiadał.

W pracowni Zbigniewa Maleszewskiego - biblioteka

Za swoją pracę Zbigniew Maleszewski otrzymał wiele nagród, w tym między innymi najwyższe państwowe odznaczenie dla artystów – złoty medal “Gloria Artis”. Został też odznaczony Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski, z czym łączy się zabawna historia: pewnego dnia pan Zbigniew dostał zaproszenie na uroczystość wręczenia Krzyża Wielkiego Orderu Odrodzenia Polski, która odbyć się miała na Zamku Królewskim. Wyróżnienie to przyznane zostało pośmiertnie generałowi Aleksandrowi Krzyżanowskiemu, odebrać je miała jego córka Olga. A że do Zamku z Bugaju droga krótka, to pan Zbigniew postanowił dla rozrywki przejść się w towarzystwie zaprzyjaźnionej sąsiadki – aktorki. Na wydarzenie trochę się spóźnił, więc z towarzyszką stanęli gdzieś z tyłu. No i nagle wyczytują jego nazwisko. “Zastanawiam się, kto może tak samo się nazywać?” – zdziwił się, a tymczasem jakaś niezydetyfikowana ręka wyciąga go przed publiczność i sadza na krześle. Po chwili na sali zjawił się prezydent i wręczył kilkunastu osobom Krzyż Kawalerski, w tym zaskoczonemu panu Zbigniewowi. “No i wracałem sobie wieczorem Starówką z przypiętym do klapy medalem” – wspominał z uśmiechem. Odznaczenie było oczywiście powodem do dumy, ale przynosiło też pewne doraźne korzyści: “po jakimś czasie moi przyjaciele uradzili, że trzeba oblać to wydarzenie. Siedzymy sobie zatem na tarasie, 11 wieczór, pijemy winko,  a tu pewna wrażliwa sąsiadka zadzwoniła po policję, że za głośno. No i faktycznie przyjechała policja, ale jak zobaczyli mój Krzyż w klapie, to zasalutowali, przeprosili i poszli”. Historia ta pokazuje w piękny sposób, jakim skromnym człowiekiem był pan Zbigniew, i jaki miał dystans do samego siebie.

Zbigniew Maleszewski odznaczony został m.in. Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski oraz złotym medalem Gloria Artis

W pracowni i na tarasie u pana Zbigniewa czas płynął niezauważenie. Dopiero zachodzące słońce przypomniało nam, że siedzimy tu już parę ładnych godzin. Coś miał w sobie takiego pan Zbigniew, że nie chciało się od niego wychodzić. Nic dziwnego, że znajomych i przyjaciół miał mnóstwo. Przez cały czas, gdy rozmawialiśmy, uśmiech nie schodził z jego twarzy. Mowę miał płynną, ton śpiewny, gawędziarski, z charakterystycznym wileńskim akcentem. Słuchać można by było bez końca. Ale my przecież niezapowiedzianymi gośćmi byliśmy, i wypadało jednak dać gospodarzowi trochę spokoju, choć ten – trzeba przyznać – nie przejawiał żadnych objawów zmęczenia. A przecież rozmawialiśmy z 90-latkiem! “Litwini tak długo żyją” – śmiał się – “mam to po matce”. W końcu jednak idziemy, ale obiecujemy sobie, że jeszcze kiedyś wpadniemy, na dłużej, pogadać. “Zawsze przychodźcie” – powiedział nam na pożegnanie.

Zbigniew Maleszewski - rzeźbiarz staromiejski

Niestety, już nie napijemy się młodego wina z przemiłym panem Zbigniewem. Rzeźbiarz odszedł w maju tego roku, w wieku 93 lat. Mamy nadzieję, że jeszcze zdążył pojechać do rodzinnego Wilna, bo planował wycieczkę – a jakże – z grupą przyjaciół. My na pewno nigdy go nie zapomnimy, otwartego, życzliwego, uśmiechniętego, prawdziwego wilnianina i warszawiaka, rzeźbiarza staromiejskiego. Pomyślcie o nim ciepło, gdy będziecie przechodzić ulicą Bugaj!

Tekst i zdjęcia: Jarek Zuzga

Zobacz więcej zdjęć: